30.06.2008 na granicy

gdzie bylem jak mnie nie bylo? hmmm na koncu swiata, Puerto Obaldia, klimaty takie ze az milo, palmy plaza, posterunki wojskowe. nie wypuszczaja cie za wioske bo niby guerilla. zero samochodow, pare rowerow, niedzielny mecz baseballa, muzyka i piwo, piwa nie brakuje. zeby tu dotrzec trzeba jechac caly dzien z Cartageny, autobus ze dwa razy cos z podwozia stracil, ale jakos go macherzy zreperowali. bylo wkolo caly czas zielono, pozniej mocno wertepiasto a na koniec Turbo – portowo-przemytnicze klimaty. spalem w malym hoteliku, gdzie kazdy sobie mowi "mi amor", zreszta wszedzie sobie kazdy tu w okolicy tak mowi. pozneij motoroweczka do Capurangi czy jakos takos. takie mile plazyczki dla turystow columbiano i pozniej do obaldia mala lupineczka. a po lewej caly czas zielone wzgorza, klify o ktore rozbijaja sie fale. bagaze przeszukali nam z 5 razy w obaldia, jeden pensjonat, final przerwany w 55. minucie bo siadlo zasilanie ;) ryba z ryzym na kolacje, potem cisza i spokoj, czytalem cos na werandzie a wolna osada spowalniala jeszcze bardziej. ale hicior przyszedl noca. blyskalo az bylo jasno (jestem ciekaw czy rzeczywiscie tam na wzgorzach partyzanci mokna), a grzmocilo prosto na nas. raz po raz i to dobre pare godzin. wyszedlem na werande i to byl inny nierealny swiat, naprawde jakbym trafil na inna zielona soczysta planete gdzie nikogo nie ma tylko posejdon ksztaltuje nowa planete. rytmiczny stukot deszczu o blache i  jasnosc.
no i ranek. trzeba bylo obudzic kolesia od imigracji bo sobie smacznie spal. poczta, biblioteka, cos tam jeszcze tez zamkniete na osiemnascie spustow no bo po co rano wstawac?! zapisalem sie na lot. wierza na slowo, placi sie dopiero w Panama City, przez wioske idzie betonowy pas startowy, taka hitlerowka jak kiedys do wroclawia mozna by powiedziec. tyle ze pod gorke. zaryczaly syreny (armia oblsuguje) przeploszono inwentarz do zjedzenia typu kury kaczki i inny drob, psiaki juz wiedzialy co sie swieci i same zeszly z drogi i za chwile wyladowala machina. zapakowalismy sie. widok na slynny Darien (kiedys trzeba by go przejsc ;) ), chmurki sie gdzies zaczepialy o wierzcholki, pozniej byla icha cala biala koldra i jak sie nagle obdzilem to mialem juz na ostrzu slynny Puento America, nieformalna granice pomiedzy Amerykami Sur i Norte.
 
no to poopowiadalem roznym sluzbom po piec razy po kiego do tej panamy przylecialem i mnie w koncu puscili, na dworcu juz prawdziwe USA. nie ma garkuchni tylko jeden wielki food court. hmmmm jak smakuje burger z frytkami po paru tygodniach jedzenia ryzu i fasoli!!!! i przyjechalem do Portobelo, bo fajne i fajna nazwa od czasow mojego naparzania kawy w sydney. to tutaj to taka nieodkryta zaniedbana perelka. urocza zatoczka, forty, kosciolek, ryz z osmiorniczka, chinczycy znow rzadza w supermarketach. tutaj maja taka maniere ze nie podaja produktow tylko nimi rzucaja. wiadomo whosdabossssss. no to pyrsk!

Komentarze są wyłączone.