Archive for Czerwiec, 2008

25.06.2008 Cartagena

czwartek, Czerwiec 26th, 2008

Cartagena. Milo tu. murzynsko tak. i kolonialnie z balkonami. na glownym placu szalony dziki taniec miejscowych. polaczenie poludniowoamerykanskich brzmien z afrykanskimi rytmami stanowi mieszanke wybuchowa. mozna wow zaliczyc, wielkie wow. i wilgotnosc tu inna. centrum moze juz troszeczke zbyt cukierkowe, ale na pewno jeszcze jutro znajde tu pare interesujacych miejsc. wyganiaja mnie z netu, bo polnoc

24.06.2008 Medellin i dolina Cocora

wtorek, Czerwiec 24th, 2008

Medellin. sa takie miasta ktore z samej nazwy chcialoby sie odwiedzic co nie? sajgon, bejrut, kinszasa czy wlasnie medellin. kiedys szalal tu slynny jeffe cartelu kokainowego meddelin. pablo escobar, ale dorwali go w koncu w 94 i teraz to juz tylko historia. Medellín niby niewele ma z zabytkow ale jest swietnym miastem. Mozna sobie poogladac w centrum pelnoksztalne rzeby Botero, po prostu popatrzec na ludzi.

Dla mnie niespodziewanym hitem byl wyjazd kolejka linowa do barrio santo domingo. Kolejka chodzi tu w ramach metra. Metro – oni sa tu z tego naprawde dumni i rzeczywisci kolejeczka ktora pociagneli zrewolucjonizowala slumsy. Zrobilo sie ladniej i piekniej, a hiszpanie im wybudowali piekne trzy szesciany, ktore mieszcza biblioteke hiszpanska. Widok z gory jest przecudny, a wokol biblioteki miaste organizuje dla dzieciakow wakacje w miescie i jest kupa smiechu i zabawy. to chyba jedno z nielicznych miejsc na swiecie, gdzie mozna popatrzec na slumsy z gory, naprawde zrobilo to na mnie dobre wrazenie. Co poza tym?

Dolina Cocora, atora jest w strefie kawy. Alez mi sie mistycznie chodzilo po rozleglych lakach, gdzie sa szczesliwe krowy pasa sie na znakomite steki. Spokojnie przezuwaja trawe pod najwiekszymi palmami jakie w zyciu widzialem. a troche juz tych palm widzialem. Milion metrow w gore czystego pnia i pare listkow na samej gorze. To wszystko na wysokosci  2300-2800  wiec klimacik spokojny i chiloutowy. Wojoki pilnuja zeby nas guerilla nie ukradla, miejscowi na koniach maszeruja na gore, jakies male estancje i hacjendy. Jeszcze plantacje tima swiezo nabyta zwiedzilem i popatrzylem jak sie ta kawa rodzi co ja mielilem w portobello. Musze odswiezyc sobie zdolnosci baristy :) dzisiaj zmykam nocnym na wybrzeze, sie zmobilizowalem bo chcialem jeszcze jeden dzien tu zostac bo do mexico city droga daleka, a czasu coraz mniej!

(więcej…)

21.06.2008 Wenezuela, Kolumbia

niedziela, Czerwiec 22nd, 2008

wyladowalem w strefie kawy. Salento, Kolumbia. Mam caly barak powiedzmy dla siebie poki co. widoczek na plantacje choc tak naprawde jej nie widac bo ciemno jest. Izraelita zotawil mi fajna muze. W ogole na temat podrozujacych zydow mozna by napisac ksiazke.

Dobra, ale nie o tym. Cos malo ostatnio pisalem, ale palma mam czesciowo nieczynnego, a poza tym sie naprawde trudno zmobilizowac. A czasem nie ma warunkow do pisania. Z trynidadu zafundowalem sobie drogi rejs do wenezueli. Tam w ciagu paru miesiecy jak tam bylem dolar spadl z 5.5 do 3.1 boliwara wiec ceny skoczyly. Nocny do caracas , meczyk polakow tamze obejrzalem, ale problemy byly bo el presidente zaczal nadawac I lokalni sami nie wiedza czy bedzie gadac trzy czy cztery godziny. Ale zlapalem meczyk na ESPN. lokalsi szybko mi wytlumaczyli ze jestesmy perdidores. Jak nie wiecie co to znaczy to zajrzycie do slownikow. Kolejny nocnik, tym razem do meridy. Troche zycia nocnego zesmy zobaczyli I nastepnego dnia do Encontradas. Tak na chybil trafil tu sa slynne blyskawice Catatumbo. Znaczy blyska sie a nie slychac grzmotow. Nawet najstarsi gorale nie potrafia rzecz, czamu tak jest! Jedna z teorii to ze jest bardzo duza roznica wzniesien na malym odcinku – od morza do ponad 5 tysiecy. Cos tam zesmy zobaczyli ale konczylo sie na rumie pod pomnikiem bolivara – tam akurat nie na koniu jest, a to wielka rzadkosc! No I miejscowy bar tetniacy zyciem, bialasy wielka atrakcja zostali!

No I kolumbia. Jestem juz tu tydzien I mowie wam ze extra jest. Przede wszystkim widokowo przepiekny kraj. Caly czasy zakretasy, wawozy, rzeki, gory. Pierwsza noc w pamplonie. Super studenckie miasteczko, wreszcie klimat przyjazny po wenezuelskich upalach. Potem san gil, gdzie w sumie zostalem troche dluzej niz myslalem. Fajny hostel prowadzony przez australijczyka I wpadlem w gringo trail. Czyli sciezka z lonely planet, ktora podazaja wszyscy mochilieros. Tak sie troche czuje ze w sumie z backpackerstwa powstalem, ale juz chyba troche latka leca bo nie kumam do konca tych klimatow. Milo sie posocjalizowalem, zagralismy pare dobrych partii w yanifa – zydowska gra karciana – troche jengi, takie tam budowanie z klockow haha. Jakies meczyki w telewizji I pitu pitu o niczym. Hydrospeeding zaliczylem, choc niektorzy nazywali to hydroslowing. Zwie sie to tez black-water rafting. Generalnie dostajesz deske, kladziesz sie na niej na brzuchu I sru w dol rzeki. Ciekawe doswiadczenie, choc mogloby byc troche wiecej bystrz. Sprobuje jeszcze gdzie indziej! Choc kolana I zebra jeszcze do dzisiaj czuje.

Kolejnego dnia fajne widoczki. Barichara I guane – male miasteczko indianskie sprzed ilus tam lat. Wioska w zasadzie, klimaty piekne, a barichara ze swoim placem tez fajna. Taki spokoj.

I dalej do Bogoty. Niby nic specjalnego, ale swietnie sie tam czulem. Fajne parki – nawet pomnik copernicusa stoi! – super muzeum narodowe, ulice w porzadalu, ludzie swietni. W ogole jak myslicie ze kolumbia to guerilla I porwania to jest to tylko niewielki margines. bidnych bialasow nie porywaja, tylko miejscowych bogaczy. Zreszta FARC juz sie chyba pomalu konczy, teraz wiekszym problemem sa prawicowe bojowki. No I hit Bogoty, dzielnicy La Candelaria I Plaza del Chorro de Quevedo piatkowym wieczorem. Pod wzgledem klimatu jak dla mnie razem na pierwszym miejscu na rowni z glownym placykiem san telmo w boskim buenos. Wszelkiej masci typy i postaci, muza, kuglarze, rzezbiarze, koraliki, speache pod kosciolem, policía z ostra bronia, beijimberowcy, starzy hipissi, kolesie w ramoneskach, wyznawcy GnR, pancur prawdziwy sie przesunal, rowerzysci, psy, che guevara. Costena, alguila i club columbia. Milosc, spiew, música, dialog, gwar. Kolumbia jest chevre, jak mowia miejscowi!

PS. wielkie dzieki za nawigacje przez latinoamerica dla mojego Personal Guide :)

(więcej…)

10.06.2008 Trynidad, Tobago, Barbados

wtorek, Czerwiec 10th, 2008

dobry dzien z trynidadu. panstwa, gdzie przewodnia sila napedowa spoleczenstwa jest "gangsta rap". murzynsko tu generalnie, chlopaki nosza zlote lanuchy, jezdza wypasionymi, stuningowanymi furami, a kobietki sie w to wszystko idealnie wpasuje jesli wiecie co mam na mysli. jakbym sie przeniosl na plan amrykanskiego teledysku, he he. choc oczywiscie to wielkie uproszczenie. w wielu miejscach kroluja niezmiemsko piekne rytmy reggae, w przeroznych konfiguracjach. wiecie jakie klimaty? wpadasz na bramki imigracyjne a tam kolesie cie stempluja z dreadami po pas. niezle klimaty. dobrze ze mnie mila pani puscila na granciy bo strasznie ciezko przekraczac granice na karaibach. problem jest to ze zadaja na wjezdzie biletu wyjadowego z kraju. a ja im pokazuje bilet z meksyku. gdzie rzym a gdzie krym pytaja i nie miesci sie im w glowie ze ja tam overland chce jechac. tak mialem kurde na barbadosie gdzie 2,5 godziny walczylem z twardoglowym. poszlo pare ostrych slow za daleko i sie zrobilo goraco. nie chcial mnie koles puscic na barbados bo nie mialem wyjazdowego biletu z trynidadu, do ktorego zmierzalem w nastepnej kolejnosci. po kolei zbijalem jego argumenty, ale koles mial wladze i powiedzial ze mnie nie pusci bo juz nadalem bagaz do trynidadu. no to sie wkurzylem i delikatnie mu przekazalem, ze nie o to chodzi by pokazywac przed swoimi podwladnymi jaka ma wladze (rozmowie przysluchiwala sie dwojka przydupasow, ktora ochoczo mu przytakiwala i patrzyla jak sie rozprawia ze mna). moja delikatnosc mogla byc odczytana przez niego jako obraza i tak sie stalo, co kolesia rozloscilo bo bylo cos w rodzaju i po co chcesz mi udowodniac ze ty tu masz wladze. poprosilem o rozmowe z jego szefem, guru calego lotniska i po 5 minutach dostalem pozwolenie na jednodniowy wjazd do barbadosu.

barbados byl zupelnie reggae’owy, nawet widzialem rasta z polska koszulka marleya co sprzedawal owoce. mala wyspa, 1200 rum-shopow, gdzie sie pija na schodach rum, piwo, co sie da. plaze piekne, autobus miejski pelnych takich starszych czarnych ludzi. klimaty jak z bajki. szmaragdowa woda. i naprawde mam na mysli szmaragd a nie ubarwianie. plantacje trzciny cukrowej i urocza stolica bridgetown. fajnie bylo i fajnie by wrocic na karaiby jachtem.

pozniej trynidad. wpdalem w hinduska dzielnice. dlatego to wszystko nazywa sie tu West India. jak w Indiach. roti na saniadanie :) pozniej walka o miejsce na prom i juz plyne na tobago. mala piekna wysepka, gdzie kurde znow szmaragd i gdzie sie wykapalem w bajecznych wodach, przy bajecznych palmach, wsrod bajecznych rytmow itd wszystko bajecznie. objechalem cala wyspe z jednym miesjcowym i jego rodzina i to bylaby bardzo udana niedziela, gdyby nie wtopa naszych, ktorym tu wszyscy kibicowali bo beenhaker wczesniej trenowal przeciez T&T. generlanie niezbyt tu tanio, bardzo z dala od utartych backpakerowskich szlakow, ale moze byc. jade od paru dni z Chrisem z Wisconsin, ktory tez kawalek swiata zweidzil, wiec rozumiemy sie dobrze i ogladamy euro gdzie sie da. jutro mykamy do wenezueli i zaczne szkolic espanol. Aaa I mialem super specjaly na lunch dzisiaj zupe z krowich piet, wiec chyba mozna ja nazwac raciczkowa I zupe ze swinskich ogonow, wiec chyba ogonowa. Do uslyszenia, juz z ameryki lacinskiej!

(więcej…)

05.06.2008 Gujany Trzy!

czwartek, Czerwiec 5th, 2008

Gujany

No I znow jestem w drodze. Juz od 10 dni. Tym razem niby w Ameryce Poludniowej ale jednak nie bardzo. Bardziej na Karaibach, bo to tego typu klimaty tutaj. Zaczalem w Gujanie Francuskiej , potem przez Surinam I teraz siedze w Georgetown Gujanie. Jutro lece na Trynidad I potem stateczkiem do Wenezueli, Kolumbia i po kolei kraje Ameryki Srodkowej I koncze 11 sierpnia w Mexico City. To bedzie chyba intersujaca trasa!

Gujana Francuska zabila mnie swoimi cenami I gdzies dyndalem na hamaku,w ramach ciecia kosztow. Naprawde jest tu drozej niz w Paryzu, bo mialem okazje wieczor tam spedzic I porownywalem ceny. Popatrzylem z hamaka na troche dzungli. Glownie padalo. Oprocz tego padalo. I padalo. Rakieta przez to nie poleciala w kosmos, choc pojechalem tam glownie to zobaczyc. Za to zolwie nie zawiodly! Na plazy przy rzece Maroni wpadajacej do Atlantyku widzalem piekne potezne leatherbacki skladajace jaja nap lazy. Iscie kosmiczne wrazenia. Inny swiat. Przemoklem do suchej nitki ale bylo warto.

Pozniej bylo Paramaribo, ktorego glowna atrakcja jest saczenie piwa Parbo I podgladanie miasta na tle holenderskiej kolonialnej zabudowy. To najfajniejsza z gujanskich stolic I milo sie tamtedy spaceruje.

Gujana. Byla kolonia brytyjska. Jest chyba najbardziej karaibska. Pelno palm, rastamanow I rumu. Georgetown to taka wieksza wioska I do tego zla slawe ma przestepcza. Luzik na ulicach, ale w gazetach rzeczywiscie sporo pisza o przestepczosci. Troche “wujowsko” polecialem malym samolocikiem zobaczyc przepiekny wodospad Kaieteur. Chyba lepiej by smakowal dobywany ladem, ale I tak bylo warto. Klimaciki typu stolowe tepuis, gesta dzungla. Dywany gestego zielonego jak leisz samolocikiem. Pieknie.

Jutro lece do poprzedniej krainy Beenhakera – Trynidadu I Tobago. Tam bede kibicowal naszym, moze wreszcie wklupiemy Niemcom?! Ale tak sobie sprytnie zaplanowalem ze bede mial caly dzien przesiadkowy na Barbadosie. Zobaczymy jak tam jest. Naraaaaaaa!

(więcej…)