26.07.2007 Mirosław Nahacz – a dalej sie zobaczy

"O szóstej rano miałem autobus do szkoły. W zimie było najgorzej. Ciemno, zimno i zawsze wiał wiatr. W środku okna były czarne. Na początku nic nie było widać, a kierowca miał zaciętą minę. Potem wysiadali ludzie z zawodówki a ja jechałem dalej. Tak przez cztery lata. W miejscu gdzie wysiadali ludzie z zawodówki, wsiadali ludzie z technikum i liceum. Autobus robił się pełny i gdzieś od tego momentu robiło się bardziej jasno niż ciemno. Do miasta zostawało dwadzieścia kilometrów. Czas był różny. W lecie z dwadzieścia minut. W zimie psuły się autobusy i musieliśmy wysiadać. Gdzieś w drugiej klasie zacząłem regularnie jeździć do Warszawy. W piątek miałem nocny. W sobotę rano byłem już tam, gdzie chciałem. Wracać zaczynałem w niedzielę a kończyłem w poniedziałek. Czasami szedłem od razu do szkoły a nauczyciele byli wyrozumiali, bo wiedzieli, że w tym wszyskim kryje się głębszy sens. W pierwszej i drugiej klasie naprawiałem przydrożne krzyże. Pierwszy krzyż, który poskładałem jest po prawej stronie na końcu wsi Moszczaniec. Nie pamiętam przed, czy za mostkiem. Są jeszcze inne, ale ten jest najważniejszy. W Balnicy jest kaplica. Zrobiłem do niej zwieńczenie kopuły. Cebule z drewna. Nie sam. Sam nie dałbym rady. Ale był człowiek, który mnie tego nauczył. To są najważniejsze rzeczy. Możecie je zobaczyć. I krzyże w innych wsiach. W trzeciej klasie skumplowałem się z ludźmi, o których napisałem potem książkę. Każdy z nich mieszka gdzie indziej. Jeden jest magazynierem w Poznaniu, innemu złamali ostatnio szczękę w Krakowie, ale nie chce powiedzieć, dlaczego. Jeszcze inny mieszka w Krośnie. Na maturze z polskiego coś popieprzyłem, ale nikt się nie zorientował. Albo tak. I wtedy dowodzi to tego, że jednak nauczyciele nie są w gruncie rzeczy tacy źli. Ciągle jeździłem do Warszawy. Tak, co dwa tygodnie. Czasami zatrzymywałem się w Krakowie. Potem zdałem na studia do Warszawy. Na początku wakacji miałem wypadek w samochodzie pod domem mojego wydawcy. Nie za bardzo to pamiętam. Wiózł mnie samochodem do szpitala, zakrwawiłem mu cały tył. Mojemu kumplowi, z którym jechałem samochodem na szczęście nic się nie stało. Ja leżałem, na ojomie a potem na ortopedii. W nocy wszyscy pacjenci się brandzlowali i brzmiało to dosyć szczególnie, zważywszy na to, że większość pacjentów miała nogi albo ręce na metalowych wyciągach. Wszystko skrzypiało. Potem wyszedłem i miałem blizny na twarzy. Trochę jeszcze zostało. Potem były wakacje, potem przeprowadziłem się do Warszawy i nie musiałem już nigdzie jeździć, bo wszystko miałem na miejscu. I teraz jestem w tym momencie, kiedy to wszystko pisze. A dalej się zobaczy."

Komentarze są wyłączone.