IDZIEMY PRZEZ LAS
idziemy przez las
pijani od słów
TAK DUŻO, TAK MOCNO
tak dużo, tak mocno
nie pytaj już
nie pytaj
tak dużo, tak mocno
IDZIEMY PRZEZ LAS
idziemy przez las
pijani od słów
TAK DUŻO, TAK MOCNO
tak dużo, tak mocno
nie pytaj już
nie pytaj
tak dużo, tak mocno
"O szóstej rano miałem autobus do szkoły. W zimie było najgorzej. Ciemno, zimno i zawsze wiał wiatr. W środku okna były czarne. Na początku nic nie było widać, a kierowca miał zaciętą minę. Potem wysiadali ludzie z zawodówki a ja jechałem dalej. Tak przez cztery lata. W miejscu gdzie wysiadali ludzie z zawodówki, wsiadali ludzie z technikum i liceum. Autobus robił się pełny i gdzieś od tego momentu robiło się bardziej jasno niż ciemno. Do miasta zostawało dwadzieścia kilometrów. Czas był różny. W lecie z dwadzieścia minut. W zimie psuły się autobusy i musieliśmy wysiadać. Gdzieś w drugiej klasie zacząłem regularnie jeździć do Warszawy. W piątek miałem nocny. W sobotę rano byłem już tam, gdzie chciałem. Wracać zaczynałem w niedzielę a kończyłem w poniedziałek. Czasami szedłem od razu do szkoły a nauczyciele byli wyrozumiali, bo wiedzieli, że w tym wszyskim kryje się głębszy sens. W pierwszej i drugiej klasie naprawiałem przydrożne krzyże. Pierwszy krzyż, który poskładałem jest po prawej stronie na końcu wsi Moszczaniec. Nie pamiętam przed, czy za mostkiem. Są jeszcze inne, ale ten jest najważniejszy. W Balnicy jest kaplica. Zrobiłem do niej zwieńczenie kopuły. Cebule z drewna. Nie sam. Sam nie dałbym rady. Ale był człowiek, który mnie tego nauczył. To są najważniejsze rzeczy. Możecie je zobaczyć. I krzyże w innych wsiach. W trzeciej klasie skumplowałem się z ludźmi, o których napisałem potem książkę. Każdy z nich mieszka gdzie indziej. Jeden jest magazynierem w Poznaniu, innemu złamali ostatnio szczękę w Krakowie, ale nie chce powiedzieć, dlaczego. Jeszcze inny mieszka w Krośnie. Na maturze z polskiego coś popieprzyłem, ale nikt się nie zorientował. Albo tak. I wtedy dowodzi to tego, że jednak nauczyciele nie są w gruncie rzeczy tacy źli. Ciągle jeździłem do Warszawy. Tak, co dwa tygodnie. Czasami zatrzymywałem się w Krakowie. Potem zdałem na studia do Warszawy. Na początku wakacji miałem wypadek w samochodzie pod domem mojego wydawcy. Nie za bardzo to pamiętam. Wiózł mnie samochodem do szpitala, zakrwawiłem mu cały tył. Mojemu kumplowi, z którym jechałem samochodem na szczęście nic się nie stało. Ja leżałem, na ojomie a potem na ortopedii. W nocy wszyscy pacjenci się brandzlowali i brzmiało to dosyć szczególnie, zważywszy na to, że większość pacjentów miała nogi albo ręce na metalowych wyciągach. Wszystko skrzypiało. Potem wyszedłem i miałem blizny na twarzy. Trochę jeszcze zostało. Potem były wakacje, potem przeprowadziłem się do Warszawy i nie musiałem już nigdzie jeździć, bo wszystko miałem na miejscu. I teraz jestem w tym momencie, kiedy to wszystko pisze. A dalej się zobaczy."
wyglada na to ze mamy jedno wolne miejsce na wyprawe na Mont Blanc w dniach 20-28 lipca. Moze ktos chetny? A przy okazji szukam kogos to mi pozyczy na moment kasku, czekana i rakow. Znacie kogos takiego? a poki co znow odjazd na nieziemskie krajobrazy ameryki.
digi digi digi digi digi dong digi dong
nie ma to jak weekendzik na plazy w pcimiu. z karasiami!
