Pisze Cieplas
Tym razem nawet Gulum wetschnal. Ja z Belem przywitalem sie, jak ze starym dobrym kumplem pozdrowieniem: "siema Belem". Zwrocilismy swoje kroki ku dworcowi autobusowemu [rodoviario], gdzie zostawilismy plecaki i udalismy sie na zwiedzanie tych obiektow, ktorych nie udalo sie zobaczyc 3 dni wczesniej. Wieczorem odjechalismy nocnym do Sao Luis.
Do malej miejscowosci u ujscia Rio Anil do Atlantyku, zalozonej w XVII w. przez Francuzow [jedyna obok Rio de Janeiro miejscowosc zalozona przez ra-jadow, gdzie ra to w port. zaba] dotarlismy nad ranem. Byla niedziela, do centrum jechalismy prawie pustym onibusem. Musielismy znalezc sobie jakies lokum. Na nasze pytanie "jak daleko oddalony jest stad hotel Alcantara?" taksowkarz odpowiedzial "5 reali". To troche obrazuje, jak waznym zrodlem gotowki jestesmy dla calej Brazylii my z Kamilem, hehe.
W pousadzie [tutejszy synonim dla hostelu] "International" wytargowalismy przyzwoita cene za nocleg, po czym rozlaczylismy sie. Gulum poszedl na rekonesans miejski i kulinarny, a ja udalem sie onibusem pare km za miasto w poszukiwaniu fajnych plaz i miejsca do zabawy na wieczor. Sao Luis jest bowiem znane jako brazylijska stolica reggae i zagladaja tu od czasu do czasu reprezentanci reggae-owego swiata karaibskiego. Knajpki namierzylem wiec dosc latwo, na plazy zagralem z lokalsami w futebol, taknalem sie w slonej juz wodzie rzecznej [czy to wlasciwie jeszcze rzeka?] Rio Anil.
Popoludnie rozpoczelismy od spaceru. Miasto z kazda chwila coraz bardziej zaskakiwalo – jest naprawde miejscem urokliwym, z licznymi malymi uliczkami i ciekawymi zakatkami. Po czesci kamienice zostaly pieknie odrestaurowane i kolorowosc fasad – domena architektury kolonialnej przeciez – lechta oczy turystow i obiektywy ich aparatow. Posrod tych "quasi-nowek" stoja tez pozoronie brzydkie, zarosniete i brudne kamienice. Pozornie tylko bo wlasnie caloksztalt zlozony z kontrastow powoduje, ze jest to miejsce wyjatkowe. Magii dodaje fakt, ze nie jest ono [jeszcze] czestym przystankiem na szlaku turystow podrozujacych przez Brazylie. Tych, ktorzy tam dotarli, nie widac – gdzies sie rozmywaja na tle lokalsow.
Sao Luis tetnilo zyciem wieczorem. Na rozstawionych w roznych punktach miast scenach wystepowaly grupy karnawalowe, grala muzyka. Przez ulice szly pochody [jeden z nich mial na celu zachecanie love-makers do uzywania prezerwatyw; dostalismy po jednej z Gulumem, hehe]. Pozniej pojechalismy do klubu reggae. Genialna miejscowka – nad nami palmy, za ogrodzeniem plaza, rozbrzmiewaja jamajskie rytmy, a mlodziez brazylijska daje nam, gringos, najlepsza mozliwa szkole tanca. Ruchy lekkie, oszczedne, malo sensacyjnych figur, ale jakie to wszystko plynne i zmyslowe! Tez potanczylismy, a z nami Jujitsu [Gulum zapomnial imienia, brzmialo jak wymieniona sztuka walki] i Luisa. W tancu robimy stale postepy.
Miasto pozegnalismy z lekkim wzruszeniem. Tu spedzic karnawal byloby napewno przezyciem niezapomnianym. Udalismy sie do miejscowosci Barreirinhas, do parku narodowego Lencois Maranhenses co oznacza tyle, co maranienskie przescieradla, a odnosi sie do wydm zalegajacych na calej polaci parku [1550 km kwadr.].
Wysiadajac z autobusu poznalismy sie z podrozujacym po Brazylii Chrisem ze Szwajcarii. Chris przyjechal tu na kilka miesiecy, zrobil kurs z portugalskiego, a teraz podrozuje i relaksuje sie. Ciekawa postac z tego Chrisa, czego on to w zyciu nie sprobowal. Chris byl cholernie komunikatywny, zaczepial co druga osobe, mial ubezpieczenie na wszystkie drogocenne skladniki ekwipunku i byl panicznie zastraszony tym, co dzieje sie podczas karnawalu w Brazylii. Malo wiedzial o Polsce, bo w Szwajcarii nic o nas nie mowia. Chwalil latynoskie i rosyjskie kobiety. Nie jadal ryb, jesli nie wiedzial, z jakiego sa polowu. Ta cala mieszanka roznych jego cech spowodowala, ze nadalismy mu pseudonim Ser, na nasz uzytek jednakowoz.
Po nocy przespanej w skromnych warunkach [skromny to w tym przypadku eufemizm] ruszylismy cala trojka w droge wglab parku, do pyciej osady Atins, gdzie ulice przmieza sie najlepiej na bosaka, bo jest tu juz tylko piasek. Sama droga do Atins byla przygoda. Na terenie parku narodowego nie porusza sie nic innego poza jeepami z napedem na 4 kola. Jechalismy wiec taka Toyota na pace scisnieci wraz z 15stka brazylijskich dzieci i doroslych, siedzac na przeroznych skrzyniach i worach, ktore przy okazji przewozu ludzi, transportuje sie do domostw po drodze do Atins. Droga trwala jakies 2,5 godziny. Po godzinie Ser znal sie juz ze wszystkimi na pace. Fast Ser.
Po zalogowaniu sie w malym dormitorium "Rita" na glownej piaskowej ulicy w Atins, ruszylismy z Gulumem na wydmy. Ogromne polacie piachu, pofalowane, biale gory. Pofotkowalismy i wrocilismy plaza do Atins. Chcielismy pierwotnie przemieszczac sie dalej przez park do Cabure, potem do Tutoi, ale jedyny transport do Cabure – mala barka – byl tak niepewny, ze w obliczu kurczacego sie nam czasu, postanowilismy nie ryzykowac i nastepnego dnia o 4:00 rano wrocic do Barreirinhas, skad chcielismy sie jeepem dostac do Tutoi.
Podroz do miejscowosci na przeciwleglym skraju parku, Tutoia, przebiegla szybko. Tylki nieco bolaly od twardych desek na pace jeepow, ale wlasnie takie i inne niewygody [dlugie poszukiwania wlasciwego lokum i wlasciwej ceny, karaluch w odwiedziny w pokoju, czy brak wody w prysznicu] odrozniaja podrozowanie od turystyki. Nie chodzi mi tu o stawianie jednego wyzej nad drugim – warto po prostu znac roznice. Z Tutoi prawie od razu mielismy nocny do Fortalezy, wiec szybka kolacyjka, interneci [zgodnie z wymowa Brazylijczykow] i w droge.
Fortaleza [pol. forteca] nie zasluzyla w sumie na wiecej, niz kilka slow. Nudna, wielka, szara, bez blysku. Mialo tu byc ogromne drzewo z orzechami caju [cashew], ale musialo sie wyprowadzic stad przed laty z rozpaczy. Dzien tu byl cholernie dlugi bo przyjechalismy tu z Tutoi juz o 3 nad ranem. Biorac pod uwage, ze ostatnia noc w lozku spedzilismy 2 doby wczesniej, w Fortalezie bylismy mocno senni. O 19:15 odjechalismy kolejnym juz nocnym do Maceio.
Miala byc przeciez Olinda, nie Maceio. O karnawale w Olindzie mowi sie, ze to wlasciwie karnawal nr 1 w Brazylii. Kiedys krolowalo Rio, ale od lat stalo sie juz wielka machina komercyjna. Ta sama choroba pieniadza dotknela pozniej Salvador, dlatego nieoficalne miano najlepszego i najbardziej spontanicznego karnawalu nosi teraz ten z Olindy. To wlasnie niestety spowodowalo, ze postanowilismy zmienic swoje plany. Przestraszylismy sie, ze mozemy nie dostac w ogole miejsc noclegowych, ze moze byc kolejny juz dzien bez sensownego noclegu, nawet nie w autobusie, tylko przypuszczalnie na dworcu albo na jakims skwerze. Moglby to byc niebezpieczne wiec zdecydowalismy sie przeskoczyc Olinde i wybrac sie z Fortalezy prosto do Maceio. Podroz trwala 18 godzin. Podziebilismy sie, bo w busach jest zazwyczaj klima wlaczona na maxa i nie pomagaja ani bluzy, ani skarpetki na nogach. Gulum mowi, ze to rzeczywistosc w wiekszosci krajow Ameryki Pd.
Maceio, podobnie jak Fortaleza nie zasluguje na rozwodzenie sie. Jest tu pare plaz, pare skwerow i ladniejszych kosciolow. Nic poza tym. Za to przewodnik podpowiedzial, ze w miejscowosci Barra do Sao Miguel odbywa sie karnawal, ktory z roku na rok zyskuje nowych zainteresowanych, jest darmowy i warty zajrzenia, jesli sie juz jest w poblizu. Pomknelismy wieczorem onibusem do Barra do Sao Miguel. Byla 20:00, pustki. Okazalo sie, ze ekipa zjezdza sie dopiero ok. 22:00. Na wielkim piaskowym polu bawily sie tlumy, na wielkiej scenie graly brazylijskie karnawalowe kapele. Duzo tancow i plasow do powtarzanych rytmow. Fajnie, poruszalismy tez biodrami, ale jakos nie jestesmy na razie karnawalowo zachlysnieci. Wrocilismy nad ranem do pousady [znowu lozko!] z nadzieja, ze kolejne dni karnawalu – inna miescowka w Maceio, Salvador i Rio – dadza lepszy karnawalowy posmak.