10.02.2007 Amazonia

Pisze Cieplas.

O Rio de Janeiro, gdzie wyladowalem 1 lutego i gdzie spedzilem pierwsze 3 dni w Brazylii [nota bene moje pierwsze 3 dni poza Europa] napisze przy innej okazji. Przeskakuje o ponad tysiac kilometrow do malej amazonskiej miejscowosci Santarem. Santarem to miasto portowe, nieco senne, ale sympatyczne. Wokolo jest pare ciekawszych miejsc do zobaczenia, my mielismy tu spedzic zaledwie poltora dnia.

Wyjscie z samolotu na lotnisku w Santarem bylo nieco szokujace – dostalem w gebe goracym, wilgotnym, "gestym" powietrzem. Byl ranek 4 lutego, hmm. Biorac pod uwage, ze poprzednia noc spedzilem na klimatyzowanym lotnisku w Belem, a potem lecialem do Santarem samolotem, w ktorym bylo wyjatkowo chlodno, Amazonia przywitala mnie naprawde cieplo.

Gulum juz stal i machal na tarasie widokowym w swojej koszulce z krokodylem [wygladal iscie po amazonsku]. Oblalismy wspolne rozpoczecie podrozy piwkiem marki Cerpa i slodka cafezinho. Na przystanku autobusowym, czekajac na onibus do centrum miasta, zaprzyjaznilismy sie z jednym z mechanikow z lotniska, ktory mimo niedzieli zostal wezwany do pracy. Rozmawialismy troche o futebolu i o powodach naszego przybycia.

W Santarem skierowalismy pierwsze kroki do Erinaldo – goscia, ktorego pare godzin wczesniej Kamil poznal na przystanku autobusowym. Erinaldo pokazal nam swoje trzy zolwie, poczestowal dziwnymi, czerwonymi owocami prosto z drzewa, ugoscil kawalkiem aligatora nabitym na wykalaczke. Gulum zapil to wszystko cachaca. Erinaldo zaklinal sie, ze mozemy w ogole mieszkac u niego, spac, kapac sie do woli, bylebysmy tylko nie odchodzili. Podziekowalismy jednak za mile chwile, ja na odchodne nastroilem mu gitare, Gulum zadal na karnawalowej trabce i poszlismy do hostelu.

Popoludniu zaparadowalismy wzdluz portowej quasi-promenady i udalismy sie na zaulkowy lunchyk. Po strawie zapodalismy sobie niedlugi spacer. Natrafilismy na mecz futebolowy miejscowych Ronaldinho i na Australijczyka Sama. Sam wybral sie SAM ze swojej rodzinnej Tasmanii na piesza wedrowke wokol globu. Jest misjonarzem, a jego misja jest jednosc Chrzescijan, za ktora podczas wedrowki sie modli. Mial glejty od dwoch biskupow tasmanskich, skrupulatnie opracowana trase w teczce A4, niewielki plecak, strasznie ciezkie buty za kostke i dobry humor. Razem udalismy sie na wieczorna msze na 18 do pobliskiego kosciolka. Atmosfera malomiasteczkowa w wersji latynoskiej – duzo spiewania, przemieszczania sie po kosciele przy znaku pokoju, usmiechy do nas – gringos i dosc zywe reakcje na to, co mowi ksiadz. Po mszy przegadalismy wraz Samem rozne tematy siedzac na piwku na wybrzezu, czy zajadajac zupe tacaca na jednym z malych skwerow.

Nastepnego dnia szybka wyprawa na pobliskie mercado, gdzie wytargowalismy dobra cene za hamaki. Potem krajobrazowa wycieczka na spora i ladna plaze rzeczna w Alter do Chao [godzinka drogi onibusem] razem z Bernardem, wspollokatorem z naszego hostelu. Bernard to piecdziesiecioparo letni Francuz, mily Nicejczyk, bardzo zakochany w Brazylii.

Po powrocie prawie prosto pognalismy zaokretowac sie na barce. Bernard poszedl nas odprowadzic. To byl koniec odwiedzin pierwszego miejsca na naszej dosc dlugiej marszrucie. O godzinie 18:20 wyruszylismy usadowieni na hamakach na okazalej barce "Juan" do rownikowej miejscowosci Macapa.

Plywanie na barce nie rowna sie oczywiscie zeglowaniu – bom nie wali w leb, nie czysci sie zezy, a poza tym jest z Toba 300 innych osob telepiacych sie na swoich hamakach i zagladajacych ciekawie na swoich sasiadow. Podroz bareczka ma jednak wiele innych zalet, a gdy trwa wiecej niz jedna dobe, moze byc naprawde fajnym przezyciem. Na naszym "Juanie" spedzilismy ponad 30 godzin, a pobyt zaowocowal kilkoma nowymi adresami mailowymi, wieloma fajnymi zdjeciami, paroma nowymi figurami taneczynymi itd. Zapamietamy tez sporo milych i zabawnych osob: lokalnego pijusa Marcio z Monte Alegre [tam barka miala krotki przystanek], ktory mowil o sobie, ze jest profesorem matematyki, wesole trio – optymistycznego i zyczliwego gadule Fladmona Chiquitina, 22-letniego ojca dwojki dzieci Vaginho [jechal w odwiedziny do nich do Gujany Franc.] i Roberta, ktory chcial Kamilowi odstapic swoja zgrabna kuzynke na czas podrozy barka. Byla tez zaczepna i calusna Renatka, opiekuncza i zgrabna Rafaela, tajemnicza pieknosc w zielonej koszuli [nie zagadalismy], mily Marcus, ktory czytal Biblie i pare innych smiesznych ludzi. Bylo barwnie.

Do portu w Santana k/Macapa wplynelismy ok. 3 rano czasu lokalnego. Ok. 7 wskoczylismy w onibus i pojechalismy na zwiady do Macapa. Plan byl pierwotnie taki, aby po dniu spedzonym w miescie popoludniu wyplynac inna barka do Belem, u ujscia Amazonki. Po krotkim researchu w centrum Macapa okazalo sie, ze samolotem dostaniemy sie do Belem w 2 godziny, a nie w 22, a koszt przelotu bedzie nawet pare reais tanszy niz barka!

Bilety poszlismy zamowic u sympatycznej Alani w biurze podrozy, a potem udalismy do miejsca zwanego Marco Zero – punktu o szerokosci geograficznej 0′00”. Dziwne, ale miasto, przez ktore przebiega rownik mogloby zbijac na tym fakcie niezle kase. Marco Zero bylo tymczasem liche z marketingowego punktu widzenia. To jednak nie przyszkodzilo nam czuc sie equatorialnie, zrobic kilka filmikow i fotek, zjesc rownikowe lody. Taka sobie Macape pozegnalismy wobec powyzszego z calkiem milymi wrazeniami. Tym bardziej, ze Alani zapraszala usmiechnieta do ponownej wizyty.

Lotnisko w Belem przywitalem osobiscie z pewnym westchnieniem. Przespalem tam przeciez noc przy fliperach, w drodze do Santarem. Gulum nie mial z Belem zadnych wspomnien, byl wiec oschly.

W informacji dowiedzielismy sie, ze, aby dojechac do Av. Presidente Vargas w centrum, trzeba wziac onibus przy gl. wejsciu do lotniska, ktory nadjedzie ‘from dy lefci tu dy rajci’. Juz nas tu nic nie zdziwi po tym, jak na barce wymienialismy sie mailami i niektorzy podawali adres na oczimejiu [hotmail], a niektorzy na zemejiu [gmail].

Belem bylo tego wieczoru martwe. Syf z calego dnia na ulicach, kilku lumpow, pare wachaczy kleju. Jedyna "atrakcja" byla dziwna kobieta, ktora z golymi biustem przemaszerowala przez pare glownych ulic. Zrobilismy maly rekonesans, zjedlismy na rogu dwoch ruas dobrego hamburgera, ogladajac lokalne stanowe rozgrywki futebolowe – Ituano z Palmeiras.

W dzien miasto okazalo sie o wiele ciekawsze. Kolonialna architektura, bardzo ruchliwy i ogromny targ Ver-O-Peso, kilka zabytkow, no ale przede wszystkim ruch na ulicach. W Belem caly rok pada prawie na okraglo. Nas tez zmoczylo. Jak tylko deszcz zmienil sie w mzawke, a woda splynela w kanaly, ten caly gorac z betonu i asfaltu uniosl sie i spowodowal, ze zrobilo sie dlawiaco. Taka goraco-wilgotna w ogole jest na razie cala Amazonia, ktora my odkrywamy. Sa momenty, ze cos niby zawieje, ale to jest rownik i to sie czuje. Miastu Belem poswiecilismy niewiele czasu, bo juz o 14:30 odplywalismy niewielka barka na wyspe o nazwie Ilha do Marajo.

Trzygodzinna podroz i zacumowalismy w malutkiej wiosce Camara na wyspie. Te trzy godziny ubarwilo nam poznanie Francis, ktora jest przedstawicielka firmy produkujacej materace na lozka i udawala sie w podroz sluzbowa na wyspe do klientki, ktora chciala zlozyc reklamacje. Francis chyba rzadko widuje gringos, bo robila nam z ukrycia zdjecia telefonem i swoim aparatem. Po ktoryms blysnieciu flashu, odwrocilem sie, a panna udawala, ze obserwuje bacznie jakis punkt w ogole na innej czesci kuli ziemskiej. Wzialem aparat i jej w gebe strzelilem fote. Hehe. To przelamalo lody i ostatnia godzine zesmy cala trojka spedzili na gadaniu o roznych sprawach. Francis dala nam wszystkie swoje numery telefonow, adresy imejiu [miala na oczimejiu] i kazala zadzwonic, jak bedziemy wracac z wyspy do Belem. Miala niesamowicie biale zeby, jak zreszta wielu tutejszych. Jak oni to robia?

Z Camara wzielismy busa do pyciej miejscowosci Juanes, gdzie sa 4 domy na krzyz, mnostwo pieknych palm, geste lasy z mokradlami i lepiacym blotem, wielka plaza rzeczna, kiosk z pania-cwaniara i wielu zyczliwych lokalnych. Urzekajace miejsce na urlop we dwoje… Hehe, niekoniecznie mam tu na mysli konstelacje Gulum/Cieplas. Wyspa jest odrobine wieksza od Szwajcarii, slynie z chodzacych ulicami i lakami buffalo. Z ich mleka robi sie smaczny ser, a mieso z buffalo jest skladnikiem smacznych potraw. Podobno, bo nie probowalismy. Byly inne dania, konkurencyjne – rybne. Pycha. Zostalismy tu dwa dni – rekreacja, las, kapiel, odpoczynek.

10 lutego o 5:00 rano odjechalismy do Camara, zapakowalismy sie na bareczke i ok. 9:00 Belem powitalo nas po raz kolejny.

Dodaj odpowiedź