Cieplas pisze. Salvador to najbardziej czarne miasto Brazylii, skupiajace ludnosc wywodzaca sie od niewolnikow przywozonych tu pare wiekow temu przede wszystkim z Angoli. Stad miasto to jest silnie kojarzone z kultem candoble, sztuka walki capoeira i wszechobecna muzyka (zarówno w postaci surowych rytmow granych na instrumentach perkusyjnych, jak i pulsującego i agresywnego frevo baiano czy stosunkowo nowego stylu o nazwie axe). Przetaczajacy sie przez Brazylie Karnawal zmienia niestety wszystkie napotkane na swojej drodze miasta nie do poznania. Nasze wspomnienia z Salvadoru sa wobec tego nieodlacznie zwiazane z dzikimi procesjami karnawalowymi podazajacymi za trios electricos, hiperglosna muzyka, uzdolnionymi kieszonkowcami i z cenami z kosmosu. Tu wlasnie poczulismy dopiero prawdziwa karnawalowa euforie, weszlismy w sklad dzikich tlumow rytmicznie kiwajacych sie w rytm klujacych w bebenki naszych uszu dzwiekow. Dosc powiedziec, ze wiele spotkanych osob, tez Brazylijczykow, pojawilo sie na fiescie w stoperach. Tu tez mocno widoczna byla komercja zwiazana z ta doroczna impreza made in Brazil. Aby dostac sie do scislej "swity" trios electricos [ciezarowka z kapela - niekoniecznie trio - na decku i naglosnieniem o wielkiej mocy], nalezy wylozyc pareset reais na t-shirt danego trio electrico. Koszulka pozwala podlaczyc sie do procesji tanecznej danego trio i maszerowac przez caly dzien i noc ze „swoimi” przez ulice Salvadoru. Jest nawet pewna presja na kupowanie koszulki. Kto nie kupuje koszulki, nazywany jest fazer pipoca czyli ten, co robi popcorn (pipoca to popcorn!). Z drugiej strony jednak marsz w procesji to pewna gwarancja bezpieczenstwa – procesje odgrodzone sa od dzikiego i gestego tlumu „ruchomymi” linami, niesionymi przez zastepy liniarzy. Bedac w srodku mozna wyciagnac aparat z kieszeni, nosic zegarek itp., co poza linami moze okazac sie problematyczne (wiem z autopsji). Trudno wobec powyzszego jakos w miare sensownie podsumowac pobyt w Salvadorze. Bylismy na karnawale, na dzikiej zabawie, fantastycznej fiescie, ale miasta tak naprawde nie zakosztowalismy. Byc moze nastepnym razem. Na noc udalismy sie na goscinne lotnisko salvadorskie. Taras widokowy, zdala od zgielku hali przylotow i odlotow, zdala od zapachow pietra restauracyjnego. Spalo sie elegancko. Rano szybka toaleta i zaboardowalismy sie w samolocie, ktorym w ok. 2 godziny dotarlismy do ostatniej stacji naszej podrozy – miasta wspanialego (cidade maravilhosa) Rio de Janeiro. Z lotniska odebrala nas senhora Carla, znajoma mojej kolezanki z Leverkusen (obrigado Lisa!). Pani Carla spadla nam z nieba – w dniach karnawalu znalezc jakies miejsce do spania jest piekielnie trudne. Kosztuje majatek, czesto trzeba sie liczyc z minimalnym okresem rezerwacji (4-7 dni!). Carla wykombinowala nam miejsce w… szpitalu kobiecym, polaczonym z domem opieki starszych kobiet. Glowna klientele stanowia starsze panie pochodzenia niemieckiego wiec nawet nie chcielismy myslec, czyimi zonami / partnerkami byly kiedys i dlaczego akurat spedzaja starosc w Brazylii. Zamieszkalismy zatem w szpitalu kobiecym w dzielnicy Rio Comprido. Rio Comprido to antyteza dzielnicy turystycznej – nie ma plazy, stosunkowo na uboczu, nie ma naprawde nic, co mogloby przyciagnac tu przybyszy z daleka. Ale dlatego wlasnie to bylo jedno z naszych odkryc Rio. Jak tylko wrzucilismy plecaki do naszego quarto, zabralismy sie z Carla do dzielnicy Copacabana. Szybka strawa za czworke i ruszylismy w kierunku jednego z najbardziej charakterystycznych miejsc Brazylii – na plaze. Spacer dwoch bialasow posrod opalonych i opalenszych sprawil nam (im pewnie tez) wiele radochy. Taknelismy sie w Oceanie, a jakze! Tu jeszcze nalezy wspomniec o gestosci zaludnienia plaz w tych dniach – jak wiadomo, Brazylia w Karnawale nao funciona nada! Wszyscy bawia sie, odsypiaja i ida na plaze. Na Copacabanie bylo tak gesto, jak chyba tylko wtedy, jak na ktorys z naszych supermarketow rzuca telewizory za 10 zlociszy i wiara sie wrecz depta nawzajem. Wyjatkowy widok. Wieczorem, zrelaksowani udalismy sie na karnalowanie w wydaniu Rio. Zaczelismy od Lapy – dzielnicy, w ktorej miesci sie pare szkol samby, wiele fajnych knajpek i gdzie pachnie bohema artystyczna. Masa ludzi, masa dzwiekow, scena amfiteatru emituje w eter jedno, wypakowane glosnikami bagazniki samochodow poustawiane na ulicach i chodnikach nadaja drugie. Wszystko na caly regulator. Grupki tanczacych, grupki halasujacych. Naokolo sprzedawcy napojow chlodzacych i przekasek, zapachy perfum zmieszane z zapachem grilli i (przepraszam) odorem uryny. Z Lapy ruszylismy na jeden z glownych skwerow centrum Rio, nieopodal stacji metra Cinelandia. Takze i tu scena i multum ludzi. Inna publika, inna muzyka, ale po prostu sama slodycz. Ludzie roztanczeni, usmiechnieci, zarazliwie radosni. Gulum robil ogolne rozeznanie oraz negocjowal juz zawodowo ceny kupowanych piw, ja probowalem nauczyc sie pytajac pewnego Brasileiro, jak rozroznic frevo, marchinie, pagode i sambe. Te gatunki – rozne od siebie z zalozenia – granicza ze soba, a dla niewprawnego ucha granice te sa nieraz niewyrazne. Pokolysalismy sie z tlumem po czym udalismy sie na Rio Branco, obok Avenida Presidente Vargas, jedna z glownych arterii RJ. Tam tez gesto. Przez ulice defiladuja bandy karnawalowe, komisja w specjalnym baraku ocenia bandy pod wzgledem roznych kryteriow. Pomiedzy bandami masy plasajacych i spiewajacych. Ale atmosfera inna niz w Salvadorze. Nie jest tak dziko i mimo wszystko jest nieco ciszej. Mozna sie nieco rozprezyc i dac poniesc karnawalowemu szalenstwu. To wlasnie nam sie udalo. Kolo polnocy zgodnie kiwnelismy glowami, ze realizujemy plan „Sambodromo”. Wejsciowki na ten najbardziej znany na swiecie stadion karnawalowy kosztuja krocie i sa trudne do dostania. Ale tu przydal sie nasz ksiazkowy przewodnik – podpowiedzial, ze o pewnych godzinach w pewne dni w pewnych miejscach mozna dostac wejsciowki prawie za bezcen. Udalismy sie wiec w owo miejsce z duza niepewnoscia, ale takze z duza nadzieja. I udalo sie. Dostalismy sie na sektor 6 za 20 reais. Wrazenie zapierajace dech w piersiach, porownywalne z tym, gdy wchodzi sie na pelny i rozkrzyczany Slaski pare minut przed meczem. Dziesiatki tysiecy ludzi na trybunach wiwatujace przechodzace wybiegiem bandy karnawalowe. Glosno, barwnie, niezwykle. Kazda banda, ktora przemaszerowuje przez Sambodromo komponuje swoja samba do enredo (piosenke, ktora spiewa przez caly czas przemarszu), wybiera jakis leitmotiv, do ktorego dostosowuje stroje i gigantyczne dekoracje, jadace na platformach przez wybieg. Caly wystep danej bandy jest zatem pod wzgledem muzycznym i teatralnym pelen alegorii i metafor. Te pare godzin stania w jednym miejscu (do 6:30 rano) umilalismy sobie wlasnie interpretowaniem symboli i doszukiwaniem sie ukrytych znaczen danego stroju czy elementu dekoracji. A zeby postawic kropke nad i pochwalic sie musimy, ze widzielismy wygranych tegorocznego karnawalu – bande Beija-Flor. Mielismy to szczescie, ze najlepsze bandy tegorocznego Karnawalu wystepowaly wlasnie w poniedzialek wieczorem. Gulumowi tak sie spodobala samba grana przez bande Beija-Flor, ze potem mi ja nastepnego dnia spiewal „po norwesku” (czyli dobierajac wyimaginowane slowa). W nasze szpitalne katy wrocilismy o swicie, prosto na sniadanie. Potem snu kapka i wybralismy sie do Niteroi, po drugiej stronie zatoki Guanabara, niedaleko RJ. Do Niteroi dostac sie mozna przejezdzajac bardzo dlugim mostem albo przeplywajac zatoke barka. My w jedna strone pojechalismy autobusem, wrocilismy bareczka. Niteroi – byla stolica stanu, podczas gdy RJ bylo stolica panstwa – nie jest moze warte grzechu samo w sobie. Ale skusila nas malowniczosc widokow podczas przeprawiania sie barka przez zatoke. Dodatkowa zacheta byl budynek Muzeum Sztuki Wspolczesnej, zaprojektowany przez pierwszego architekta Brazylii – Oscara Niemeyera. Wtorkowym (sledzikowym) wieczorem zaliczylismy jeszcze raz karnawalowe ulice RJ. Powtorka z dnia poprzedniego, ale w zadnym wypadku nie mozna napisac, ze nudna czy ospala. Taka powtorke z rozrywki mozna by sobie regularnie aplikowac – zabawa w najlepszym, w najradosniejszym wydaniu. Zakonczylismy wieczor na Lapie, rozprawiajac o powaznych tematach w takt karnawalowego grania. Nastepny dzien uplynal sennie i leniwie. Karnawal jeszcze dudnil w uszach, ale miasto sie doprowadzalo powoli do porzadku. Wielka fiesta dobiegla konca. Zrobilismy przechadzke plazami, docierajac miedzy innymi do Plazy Czerwonej (Praia Vermelha), gdzie obfotografowalismy pomnik Frederyka Chopina, ufundowany przez miasto dla mieszkancow pochodzenia polskiego. Na Leme i Copacabanie podziwialismy technike i gibkosc malych Ronaldinhos, grajacych w futebol czy futevolley tak czarujaco, ze reprezentanci od Leo mogliby sie zarumienic z zazdrosci. To samo tyczy sie plazowych siatkarzy – po prostu inny swiat. Nastepnego ranka odprowadzilem Guluma na autobus do Sao Paulo. Pozegnalismy sie rzewnym „nara” i zostalem sam. Sam zaczalem w Rio i sam koncze w Rio. Postanowilem, ze w ostatnie dni odhacze jeszcze pare obiektow z przewodnika, a ogolnie oddam sie relaksowi. Udalem sie do Buzios – miejscowosci oddalonej o 3 godziny jazdy autobusem od RJ. „Odkryta” przez Brigitte Bardot, rybacka miejscowosc Buzios (muszle) jest nazywana St. Tropez Brazylii. Rzeczywiscie klimat srodziemnomorski, male uliczki, malowniczy krajobraz. Ja porownalbym je z magicznym Capri we Wloszech. Jednak na urlop we dwoje (jak zasluzy) polecam zdecydowanie Ilha de Marajo (opisywane w pierwszej czesci) – zero turystow, zero komercji, rownie piekne otoczenie, prawie nienaruszona natura i – co tez wazne – dobre ceny. W inny dzien udalem sie do mekki brazylijskiego futebolu – na stadion Maracana. Narobilem zdjec odbitym stopom Pelego, Jairzinho, Garrinchy, Ronaldo, Romario e tutti quanti. Poprzechadzalem sie przez szatnie i korytarz prowadzacy na murawe. Probowalem sobie wyobrazic tumult, ktory robilo 200.000 ludzi w 1950 roku na przegranym finale MS z Urugwajem. Nie udalo mi sie, wyobraznia nie dala rady. Pobuszowalem co nieco po sklepach muzycznych, zakupilem sporo fajnych plyt. Tak jak marzylem, w pozdrozy udalo mi sie skompletowac calkiem ladny przekroj przez gatunki i podgatunki brazylijskiej muzyki. Oprocz tego nabylem cavaquinho – mala 4-strunowa gitarke o cieplym brzmieniu, wykorzystywana w muzyce pagode czy w sambie. Ucze sie cierpliwie grac. Odjechalem na lotnisko w sobote wieczorem, pelen wrazen i wspomnien. Zegnalo mnie zachodzace za favele na widnokregu slonce. Jak Gulum pozwoli, moze pokusze sie jeszcze o pare zdan krotkiego tym razem podsumowania, czym dla mnie byla Brazylia, ale do tego musze pozbierac mysli, przegladnac setki zdjec, uporzadkowac je. Moge jednak potwierdzic, ze duzo prawdy jest w powiedzeniu: Brasil e o melhor do mundo. I w tym miejscu musze tez podziekowac Gulumowi za wspolne podrozowanie, piekne podrozowanie. Uwazam, ze mialem nie tylko przyjemnosc, ale tez przywilej popodrozowac z Kamilem. Gulum, saude! Ate outra vez!
(więcej…)
Archive for Luty, 2007
27.02.2006 koncowka relacji z Brasil
wtorek, Luty 27th, 200721.02.2007 rio popielcowe
środa, Luty 21st, 2007ajajajajjajajajajajjaajaj
karnawal sie okazal pikny. co nie cieplas
maceio prowincjonalne, salwador dziki, rio w rytmie samby
bylo muzycznie i odlotowo. tani sambodrom i tance na ulicach, offowa lapa i w ogole mozna tak zyc
w niedziele jestem w domu!
17.02.2007 Karnawal
niedziela, Luty 18th, 2007Pisze Cieplas
Tym razem nawet Gulum wetschnal. Ja z Belem przywitalem sie, jak ze starym dobrym kumplem pozdrowieniem: "siema Belem". Zwrocilismy swoje kroki ku dworcowi autobusowemu [rodoviario], gdzie zostawilismy plecaki i udalismy sie na zwiedzanie tych obiektow, ktorych nie udalo sie zobaczyc 3 dni wczesniej. Wieczorem odjechalismy nocnym do Sao Luis.
Do malej miejscowosci u ujscia Rio Anil do Atlantyku, zalozonej w XVII w. przez Francuzow [jedyna obok Rio de Janeiro miejscowosc zalozona przez ra-jadow, gdzie ra to w port. zaba] dotarlismy nad ranem. Byla niedziela, do centrum jechalismy prawie pustym onibusem. Musielismy znalezc sobie jakies lokum. Na nasze pytanie "jak daleko oddalony jest stad hotel Alcantara?" taksowkarz odpowiedzial "5 reali". To troche obrazuje, jak waznym zrodlem gotowki jestesmy dla calej Brazylii my z Kamilem, hehe.
W pousadzie [tutejszy synonim dla hostelu] "International" wytargowalismy przyzwoita cene za nocleg, po czym rozlaczylismy sie. Gulum poszedl na rekonesans miejski i kulinarny, a ja udalem sie onibusem pare km za miasto w poszukiwaniu fajnych plaz i miejsca do zabawy na wieczor. Sao Luis jest bowiem znane jako brazylijska stolica reggae i zagladaja tu od czasu do czasu reprezentanci reggae-owego swiata karaibskiego. Knajpki namierzylem wiec dosc latwo, na plazy zagralem z lokalsami w futebol, taknalem sie w slonej juz wodzie rzecznej [czy to wlasciwie jeszcze rzeka?] Rio Anil.
Popoludnie rozpoczelismy od spaceru. Miasto z kazda chwila coraz bardziej zaskakiwalo – jest naprawde miejscem urokliwym, z licznymi malymi uliczkami i ciekawymi zakatkami. Po czesci kamienice zostaly pieknie odrestaurowane i kolorowosc fasad – domena architektury kolonialnej przeciez – lechta oczy turystow i obiektywy ich aparatow. Posrod tych "quasi-nowek" stoja tez pozoronie brzydkie, zarosniete i brudne kamienice. Pozornie tylko bo wlasnie caloksztalt zlozony z kontrastow powoduje, ze jest to miejsce wyjatkowe. Magii dodaje fakt, ze nie jest ono [jeszcze] czestym przystankiem na szlaku turystow podrozujacych przez Brazylie. Tych, ktorzy tam dotarli, nie widac – gdzies sie rozmywaja na tle lokalsow.
Sao Luis tetnilo zyciem wieczorem. Na rozstawionych w roznych punktach miast scenach wystepowaly grupy karnawalowe, grala muzyka. Przez ulice szly pochody [jeden z nich mial na celu zachecanie love-makers do uzywania prezerwatyw; dostalismy po jednej z Gulumem, hehe]. Pozniej pojechalismy do klubu reggae. Genialna miejscowka – nad nami palmy, za ogrodzeniem plaza, rozbrzmiewaja jamajskie rytmy, a mlodziez brazylijska daje nam, gringos, najlepsza mozliwa szkole tanca. Ruchy lekkie, oszczedne, malo sensacyjnych figur, ale jakie to wszystko plynne i zmyslowe! Tez potanczylismy, a z nami Jujitsu [Gulum zapomnial imienia, brzmialo jak wymieniona sztuka walki] i Luisa. W tancu robimy stale postepy.
Miasto pozegnalismy z lekkim wzruszeniem. Tu spedzic karnawal byloby napewno przezyciem niezapomnianym. Udalismy sie do miejscowosci Barreirinhas, do parku narodowego Lencois Maranhenses co oznacza tyle, co maranienskie przescieradla, a odnosi sie do wydm zalegajacych na calej polaci parku [1550 km kwadr.].
Wysiadajac z autobusu poznalismy sie z podrozujacym po Brazylii Chrisem ze Szwajcarii. Chris przyjechal tu na kilka miesiecy, zrobil kurs z portugalskiego, a teraz podrozuje i relaksuje sie. Ciekawa postac z tego Chrisa, czego on to w zyciu nie sprobowal. Chris byl cholernie komunikatywny, zaczepial co druga osobe, mial ubezpieczenie na wszystkie drogocenne skladniki ekwipunku i byl panicznie zastraszony tym, co dzieje sie podczas karnawalu w Brazylii. Malo wiedzial o Polsce, bo w Szwajcarii nic o nas nie mowia. Chwalil latynoskie i rosyjskie kobiety. Nie jadal ryb, jesli nie wiedzial, z jakiego sa polowu. Ta cala mieszanka roznych jego cech spowodowala, ze nadalismy mu pseudonim Ser, na nasz uzytek jednakowoz.
Po nocy przespanej w skromnych warunkach [skromny to w tym przypadku eufemizm] ruszylismy cala trojka w droge wglab parku, do pyciej osady Atins, gdzie ulice przmieza sie najlepiej na bosaka, bo jest tu juz tylko piasek. Sama droga do Atins byla przygoda. Na terenie parku narodowego nie porusza sie nic innego poza jeepami z napedem na 4 kola. Jechalismy wiec taka Toyota na pace scisnieci wraz z 15stka brazylijskich dzieci i doroslych, siedzac na przeroznych skrzyniach i worach, ktore przy okazji przewozu ludzi, transportuje sie do domostw po drodze do Atins. Droga trwala jakies 2,5 godziny. Po godzinie Ser znal sie juz ze wszystkimi na pace. Fast Ser.
Po zalogowaniu sie w malym dormitorium "Rita" na glownej piaskowej ulicy w Atins, ruszylismy z Gulumem na wydmy. Ogromne polacie piachu, pofalowane, biale gory. Pofotkowalismy i wrocilismy plaza do Atins. Chcielismy pierwotnie przemieszczac sie dalej przez park do Cabure, potem do Tutoi, ale jedyny transport do Cabure – mala barka – byl tak niepewny, ze w obliczu kurczacego sie nam czasu, postanowilismy nie ryzykowac i nastepnego dnia o 4:00 rano wrocic do Barreirinhas, skad chcielismy sie jeepem dostac do Tutoi.
Podroz do miejscowosci na przeciwleglym skraju parku, Tutoia, przebiegla szybko. Tylki nieco bolaly od twardych desek na pace jeepow, ale wlasnie takie i inne niewygody [dlugie poszukiwania wlasciwego lokum i wlasciwej ceny, karaluch w odwiedziny w pokoju, czy brak wody w prysznicu] odrozniaja podrozowanie od turystyki. Nie chodzi mi tu o stawianie jednego wyzej nad drugim – warto po prostu znac roznice. Z Tutoi prawie od razu mielismy nocny do Fortalezy, wiec szybka kolacyjka, interneci [zgodnie z wymowa Brazylijczykow] i w droge.
Fortaleza [pol. forteca] nie zasluzyla w sumie na wiecej, niz kilka slow. Nudna, wielka, szara, bez blysku. Mialo tu byc ogromne drzewo z orzechami caju [cashew], ale musialo sie wyprowadzic stad przed laty z rozpaczy. Dzien tu byl cholernie dlugi bo przyjechalismy tu z Tutoi juz o 3 nad ranem. Biorac pod uwage, ze ostatnia noc w lozku spedzilismy 2 doby wczesniej, w Fortalezie bylismy mocno senni. O 19:15 odjechalismy kolejnym juz nocnym do Maceio.
Miala byc przeciez Olinda, nie Maceio. O karnawale w Olindzie mowi sie, ze to wlasciwie karnawal nr 1 w Brazylii. Kiedys krolowalo Rio, ale od lat stalo sie juz wielka machina komercyjna. Ta sama choroba pieniadza dotknela pozniej Salvador, dlatego nieoficalne miano najlepszego i najbardziej spontanicznego karnawalu nosi teraz ten z Olindy. To wlasnie niestety spowodowalo, ze postanowilismy zmienic swoje plany. Przestraszylismy sie, ze mozemy nie dostac w ogole miejsc noclegowych, ze moze byc kolejny juz dzien bez sensownego noclegu, nawet nie w autobusie, tylko przypuszczalnie na dworcu albo na jakims skwerze. Moglby to byc niebezpieczne wiec zdecydowalismy sie przeskoczyc Olinde i wybrac sie z Fortalezy prosto do Maceio. Podroz trwala 18 godzin. Podziebilismy sie, bo w busach jest zazwyczaj klima wlaczona na maxa i nie pomagaja ani bluzy, ani skarpetki na nogach. Gulum mowi, ze to rzeczywistosc w wiekszosci krajow Ameryki Pd.
Maceio, podobnie jak Fortaleza nie zasluguje na rozwodzenie sie. Jest tu pare plaz, pare skwerow i ladniejszych kosciolow. Nic poza tym. Za to przewodnik podpowiedzial, ze w miejscowosci Barra do Sao Miguel odbywa sie karnawal, ktory z roku na rok zyskuje nowych zainteresowanych, jest darmowy i warty zajrzenia, jesli sie juz jest w poblizu. Pomknelismy wieczorem onibusem do Barra do Sao Miguel. Byla 20:00, pustki. Okazalo sie, ze ekipa zjezdza sie dopiero ok. 22:00. Na wielkim piaskowym polu bawily sie tlumy, na wielkiej scenie graly brazylijskie karnawalowe kapele. Duzo tancow i plasow do powtarzanych rytmow. Fajnie, poruszalismy tez biodrami, ale jakos nie jestesmy na razie karnawalowo zachlysnieci. Wrocilismy nad ranem do pousady [znowu lozko!] z nadzieja, ze kolejne dni karnawalu – inna miescowka w Maceio, Salvador i Rio – dadza lepszy karnawalowy posmak.
14.02.2007 maranhao w rytmie reggae
środa, Luty 14th, 2007sluchajcie sluchajcie sluchajcie
popychamy szybko do przodu i malo czasu jest na pisanie
w kazdym badz razie jest git
dozo
10.02.2007 Fado
sobota, Luty 10th, 2007"Czy w ogole istnieje lepsza metafora podrozy niz zniszczona mapa? Czy jest szlachetniejszy rodzaj podrozy niz podroz sladami pisarza, kotrego ksiazki sie podziwia? Tak, to pielgrzymka. Przeciez pielgrzymki to nic innego jak starsze siostry podrozyj ako takich.
Podrozowac znaczy zyc. A w kazdym razie zyc podwojnie, potrojnie, wielokrotnie."
Dlatego kiedys spedzeilem zimowy wieczor w dukli, a w lipcu ruszylem na poszukiwanie babdag. no a kiedys trzeba by sie przejsc calym camino do compostela co nie mody?
(więcej…)10.02.2007 Amazonia
sobota, Luty 10th, 2007Pisze Cieplas.
O Rio de Janeiro, gdzie wyladowalem 1 lutego i gdzie spedzilem pierwsze 3 dni w Brazylii [nota bene moje pierwsze 3 dni poza Europa] napisze przy innej okazji. Przeskakuje o ponad tysiac kilometrow do malej amazonskiej miejscowosci Santarem. Santarem to miasto portowe, nieco senne, ale sympatyczne. Wokolo jest pare ciekawszych miejsc do zobaczenia, my mielismy tu spedzic zaledwie poltora dnia.
Wyjscie z samolotu na lotnisku w Santarem bylo nieco szokujace – dostalem w gebe goracym, wilgotnym, "gestym" powietrzem. Byl ranek 4 lutego, hmm. Biorac pod uwage, ze poprzednia noc spedzilem na klimatyzowanym lotnisku w Belem, a potem lecialem do Santarem samolotem, w ktorym bylo wyjatkowo chlodno, Amazonia przywitala mnie naprawde cieplo.
Gulum juz stal i machal na tarasie widokowym w swojej koszulce z krokodylem [wygladal iscie po amazonsku]. Oblalismy wspolne rozpoczecie podrozy piwkiem marki Cerpa i slodka cafezinho. Na przystanku autobusowym, czekajac na onibus do centrum miasta, zaprzyjaznilismy sie z jednym z mechanikow z lotniska, ktory mimo niedzieli zostal wezwany do pracy. Rozmawialismy troche o futebolu i o powodach naszego przybycia.
W Santarem skierowalismy pierwsze kroki do Erinaldo – goscia, ktorego pare godzin wczesniej Kamil poznal na przystanku autobusowym. Erinaldo pokazal nam swoje trzy zolwie, poczestowal dziwnymi, czerwonymi owocami prosto z drzewa, ugoscil kawalkiem aligatora nabitym na wykalaczke. Gulum zapil to wszystko cachaca. Erinaldo zaklinal sie, ze mozemy w ogole mieszkac u niego, spac, kapac sie do woli, bylebysmy tylko nie odchodzili. Podziekowalismy jednak za mile chwile, ja na odchodne nastroilem mu gitare, Gulum zadal na karnawalowej trabce i poszlismy do hostelu.
Popoludniu zaparadowalismy wzdluz portowej quasi-promenady i udalismy sie na zaulkowy lunchyk. Po strawie zapodalismy sobie niedlugi spacer. Natrafilismy na mecz futebolowy miejscowych Ronaldinho i na Australijczyka Sama. Sam wybral sie SAM ze swojej rodzinnej Tasmanii na piesza wedrowke wokol globu. Jest misjonarzem, a jego misja jest jednosc Chrzescijan, za ktora podczas wedrowki sie modli. Mial glejty od dwoch biskupow tasmanskich, skrupulatnie opracowana trase w teczce A4, niewielki plecak, strasznie ciezkie buty za kostke i dobry humor. Razem udalismy sie na wieczorna msze na 18 do pobliskiego kosciolka. Atmosfera malomiasteczkowa w wersji latynoskiej – duzo spiewania, przemieszczania sie po kosciele przy znaku pokoju, usmiechy do nas – gringos i dosc zywe reakcje na to, co mowi ksiadz. Po mszy przegadalismy wraz Samem rozne tematy siedzac na piwku na wybrzezu, czy zajadajac zupe tacaca na jednym z malych skwerow.
Nastepnego dnia szybka wyprawa na pobliskie mercado, gdzie wytargowalismy dobra cene za hamaki. Potem krajobrazowa wycieczka na spora i ladna plaze rzeczna w Alter do Chao [godzinka drogi onibusem] razem z Bernardem, wspollokatorem z naszego hostelu. Bernard to piecdziesiecioparo letni Francuz, mily Nicejczyk, bardzo zakochany w Brazylii.
Po powrocie prawie prosto pognalismy zaokretowac sie na barce. Bernard poszedl nas odprowadzic. To byl koniec odwiedzin pierwszego miejsca na naszej dosc dlugiej marszrucie. O godzinie 18:20 wyruszylismy usadowieni na hamakach na okazalej barce "Juan" do rownikowej miejscowosci Macapa.
Plywanie na barce nie rowna sie oczywiscie zeglowaniu – bom nie wali w leb, nie czysci sie zezy, a poza tym jest z Toba 300 innych osob telepiacych sie na swoich hamakach i zagladajacych ciekawie na swoich sasiadow. Podroz bareczka ma jednak wiele innych zalet, a gdy trwa wiecej niz jedna dobe, moze byc naprawde fajnym przezyciem. Na naszym "Juanie" spedzilismy ponad 30 godzin, a pobyt zaowocowal kilkoma nowymi adresami mailowymi, wieloma fajnymi zdjeciami, paroma nowymi figurami taneczynymi itd. Zapamietamy tez sporo milych i zabawnych osob: lokalnego pijusa Marcio z Monte Alegre [tam barka miala krotki przystanek], ktory mowil o sobie, ze jest profesorem matematyki, wesole trio – optymistycznego i zyczliwego gadule Fladmona Chiquitina, 22-letniego ojca dwojki dzieci Vaginho [jechal w odwiedziny do nich do Gujany Franc.] i Roberta, ktory chcial Kamilowi odstapic swoja zgrabna kuzynke na czas podrozy barka. Byla tez zaczepna i calusna Renatka, opiekuncza i zgrabna Rafaela, tajemnicza pieknosc w zielonej koszuli [nie zagadalismy], mily Marcus, ktory czytal Biblie i pare innych smiesznych ludzi. Bylo barwnie.
Do portu w Santana k/Macapa wplynelismy ok. 3 rano czasu lokalnego. Ok. 7 wskoczylismy w onibus i pojechalismy na zwiady do Macapa. Plan byl pierwotnie taki, aby po dniu spedzonym w miescie popoludniu wyplynac inna barka do Belem, u ujscia Amazonki. Po krotkim researchu w centrum Macapa okazalo sie, ze samolotem dostaniemy sie do Belem w 2 godziny, a nie w 22, a koszt przelotu bedzie nawet pare reais tanszy niz barka!
Bilety poszlismy zamowic u sympatycznej Alani w biurze podrozy, a potem udalismy do miejsca zwanego Marco Zero – punktu o szerokosci geograficznej 0′00”. Dziwne, ale miasto, przez ktore przebiega rownik mogloby zbijac na tym fakcie niezle kase. Marco Zero bylo tymczasem liche z marketingowego punktu widzenia. To jednak nie przyszkodzilo nam czuc sie equatorialnie, zrobic kilka filmikow i fotek, zjesc rownikowe lody. Taka sobie Macape pozegnalismy wobec powyzszego z calkiem milymi wrazeniami. Tym bardziej, ze Alani zapraszala usmiechnieta do ponownej wizyty.
Lotnisko w Belem przywitalem osobiscie z pewnym westchnieniem. Przespalem tam przeciez noc przy fliperach, w drodze do Santarem. Gulum nie mial z Belem zadnych wspomnien, byl wiec oschly.
W informacji dowiedzielismy sie, ze, aby dojechac do Av. Presidente Vargas w centrum, trzeba wziac onibus przy gl. wejsciu do lotniska, ktory nadjedzie ‘from dy lefci tu dy rajci’. Juz nas tu nic nie zdziwi po tym, jak na barce wymienialismy sie mailami i niektorzy podawali adres na oczimejiu [hotmail], a niektorzy na zemejiu [gmail].
Belem bylo tego wieczoru martwe. Syf z calego dnia na ulicach, kilku lumpow, pare wachaczy kleju. Jedyna "atrakcja" byla dziwna kobieta, ktora z golymi biustem przemaszerowala przez pare glownych ulic. Zrobilismy maly rekonesans, zjedlismy na rogu dwoch ruas dobrego hamburgera, ogladajac lokalne stanowe rozgrywki futebolowe – Ituano z Palmeiras.
W dzien miasto okazalo sie o wiele ciekawsze. Kolonialna architektura, bardzo ruchliwy i ogromny targ Ver-O-Peso, kilka zabytkow, no ale przede wszystkim ruch na ulicach. W Belem caly rok pada prawie na okraglo. Nas tez zmoczylo. Jak tylko deszcz zmienil sie w mzawke, a woda splynela w kanaly, ten caly gorac z betonu i asfaltu uniosl sie i spowodowal, ze zrobilo sie dlawiaco. Taka goraco-wilgotna w ogole jest na razie cala Amazonia, ktora my odkrywamy. Sa momenty, ze cos niby zawieje, ale to jest rownik i to sie czuje. Miastu Belem poswiecilismy niewiele czasu, bo juz o 14:30 odplywalismy niewielka barka na wyspe o nazwie Ilha do Marajo.
Trzygodzinna podroz i zacumowalismy w malutkiej wiosce Camara na wyspie. Te trzy godziny ubarwilo nam poznanie Francis, ktora jest przedstawicielka firmy produkujacej materace na lozka i udawala sie w podroz sluzbowa na wyspe do klientki, ktora chciala zlozyc reklamacje. Francis chyba rzadko widuje gringos, bo robila nam z ukrycia zdjecia telefonem i swoim aparatem. Po ktoryms blysnieciu flashu, odwrocilem sie, a panna udawala, ze obserwuje bacznie jakis punkt w ogole na innej czesci kuli ziemskiej. Wzialem aparat i jej w gebe strzelilem fote. Hehe. To przelamalo lody i ostatnia godzine zesmy cala trojka spedzili na gadaniu o roznych sprawach. Francis dala nam wszystkie swoje numery telefonow, adresy imejiu [miala na oczimejiu] i kazala zadzwonic, jak bedziemy wracac z wyspy do Belem. Miala niesamowicie biale zeby, jak zreszta wielu tutejszych. Jak oni to robia?
Z Camara wzielismy busa do pyciej miejscowosci Juanes, gdzie sa 4 domy na krzyz, mnostwo pieknych palm, geste lasy z mokradlami i lepiacym blotem, wielka plaza rzeczna, kiosk z pania-cwaniara i wielu zyczliwych lokalnych. Urzekajace miejsce na urlop we dwoje… Hehe, niekoniecznie mam tu na mysli konstelacje Gulum/Cieplas. Wyspa jest odrobine wieksza od Szwajcarii, slynie z chodzacych ulicami i lakami buffalo. Z ich mleka robi sie smaczny ser, a mieso z buffalo jest skladnikiem smacznych potraw. Podobno, bo nie probowalismy. Byly inne dania, konkurencyjne – rybne. Pycha. Zostalismy tu dwa dni – rekreacja, las, kapiel, odpoczynek.
10 lutego o 5:00 rano odjechalismy do Camara, zapakowalismy sie na bareczke i ok. 9:00 Belem powitalo nas po raz kolejny.
04.02.2007 niedziela
poniedziałek, Luty 5th, 2007i´m easy like Sunday morning …..
03.02.2007 Sanatrem
sobota, Luty 3rd, 2007Czekajac na Cieplasa lapie brazylijski rytm. wstaje, dostaje pod nos zdrowe sniadanie z jajka wysadzonego, tej slodkiej wszechobecnej poludniowomaerykanskiej kawy i owocow wszelakich. Zaczynaja sie jakies bajania, pozniej cala seria nowel az do wieczornego wydania wiadomosci, serial Amazonas <taka nowa niewolnica isaura, u know what i mean> pozniej jakis mecz jak jest co pokazywac, big brother i powtorki telenowel. caly klimatyczny hotel przepelniony jest calodobowym halasem helikopterowych wiatrakow, warkotem airkonu i tak dalej. Jasnobrazowy kot wpasowuje sie w ten klimat znakomicie wylegujac sie caly dzien na drewnianej podlodze. My zmeczeni serialowymi problemami bogatych cariocas ciagniemy z plastikowymi kubeczkami do plastikowej butli z woda. Przewijaja sie lokatorzy majacy jakies galanteryjne czy homeopatyczne interesy. Ja w ramach walki z nuda wyskakuje na neta od czasu do czasu. dopiero wieczorem mozna jakos odetchnac, popatrzec jak te wszystkie uspione ciezkim powietrzem lodzie,. te kokoniaste od hamkow, te swiecace jarzeniowkami monstra ruszaja w gore lub w dol. mozna wtedy przysiasc przy nova schin, mozna siorbnac tacaca, mozna odetchnac. Lapie brazylijski rytm, totalnie nie moj, ale cieszacy dusze. Taki dziadek dzis szkicowal od linijki cos na swoim statku. mial kanciaste okulary, lysine spora i siwe rozpuszczone wlosy na resztkach swej tylnej kabezy. wygladal jak ta postac komiksowa nasza stara, profesor jakis tam. co tez maluje? – sie glowilem. nazwe statku, hmmm? nie drgnela mu reka jak zamalowywal swoje kreslarstwo krwistoczerwona farba. Wyszlo na koniec "nao fume inflamable". nie palic – latwopalne.
a w telewizji reklamuje sie kosciol wszystkich swietych dnia ostatniego. pierwszy raz cos takiego widze na swiecie. w przerwie dziennika – najdrozszy czas reklamowy!!! bo kosmos jest tu …
03.02.2007 Urugwaj zalegla relacja
sobota, Luty 3rd, 2007no tom jeszcze wam winien relacje z kraju, ktory liznalem po drodze – urugwaju. urugwaj kojarzy mi sie z Jaroslawem Gugala, ktory kiedys byl tam naszym ambasadorem. Mam takie postacie naszego zycia spoleczno-kulturalno-politycznego ktore moim zdaniem ni sa doceniane, a na to zasluguja. Gugala jest moim zdaniem jedna z nich, choc go przeciez nie znam. wydaje mi sie ze ma pozytwne i zdrowe patrzenie na swiat, calkiem odmienne do redaktora Lisa, ktory przeciez moze byc i swietnym prezydentem RP i drugim jankiem ciszewskim. wiec gugale szanuje bo pisze wiersze i walczy z takimi gigantami polskiej mysli politycznej jak urugwajski faszysta kobylanski i wie gdzie sa granice, gdzie dalej brnac nie mozna.
Colonia del Sacramento jak dla mnie zbyt cukierkowa. na miodowy miesiac, moze ok. lapie stopa dalej i lapie sie na Iana, Dene i rodzinke Angoli. Zapraszaja mnie do swego domu w Piriapolis, na plazy – wiec czemu nie!!! wczesniej owoce morza w starym porcie w montevideo i he he zycze w telewizji feliz nuevo ano wszystkim urugwajczykom
Ian i Dena byli dla mnie swietnym przykladem jaki swiat staje sie maly. Ian szuka zloz ropy i gazu na przeroznych cieplych morzach, 5 tygodni on, 5 off. jest angolem ale wraca na europejskie lato do swego domu we francji, a na europejska zime do swego domu w urugwaju. czasem zostaje popodrozowac po nowej zelandii, indonezji czy filipinach. Dena jest pol Austriaczka, pol Palestynka, jej rodzice poznali sie w Pradze, wychowala sie w anglii, mieszkala dlugi czas we Francji, a z Ianem poznali sie jak chodzili do szkoly w Kuwejcie. Tym razem przylecieli do Urugwaju przez dom siostry Deny w Dubaju, tygodniowy urlop w Omanie i trzydniowy shopping w Singapurze. wiec salud piwkami na hamku, swiat jest wielki, maly i piekny. zdrowie obywateli swiata.
montevideo . znow zbieram punkty za papieza. dyskutuje z czarniutkim dziadkiem-rybakiem z biala siwa broda i pania gospodynia knajpki z hiszpankiej Galicji. wieczorami wedruje przez biedne barria Palermo i Sur z grupami candomblistow. nowy rok. fajerwerki widziane z nabrzeza, potem jakis klub. Pony Pisador. oj czas wracac spac. sylwek inny niz wszystkie. 1 stycznia, nic nie funkcjonuje. jakis pierwszy autobus donikad, potem stopowanie na pace, miasto Trinidad <w ilu juz na swiecie miejscach o tej samej nazwie bylem!!!>. prowincje urugwaju. ale sie podobalo! pyrsk! Paczcie tam jako.
01.02.2007 BR-163
czwartek, Luty 1st, 2007Porwalem sie na wcale nie-krotka i na pewno niezbyt wygodna wycieczke brazylijska droga BR-163. Z Cuiaby do Santarem, 1800 kilosow w wiekoszosci przez czerwone bezdroza Amazonii. 66h godzin wertepiastych wrazen. Ale powiem Wam, ze jakos nie byloby mi zle, ba nawet czerpalem z tego duzo przyjemnosci. Nie padalo zbyt obficie, nie bylo tak goraco i parno jak sie tego spodziewalem, nie gryzlo nic po ciele. Raz tylko bylo przygodowo. Utknelismy w blotku i motorisci jeszcze probowali w te i we wte, ale juz czulem wtedy, ze to tylko pozory, ze tak naprawde czeka nas golostopowe maczenie sie po lydki w blocie i pchanie tego monstrum. Po paru godzinach nieudanych prob, wrocilismy jak swinki do chlewu. Sie wesolo zrobilo bo przy tym wspolnym wysilku sie ekipa zintegrowala.
Generalnie, Amazonia mysle to taki mit, o czym doskonale sobie zdawalem sprawe zanim tu przyjechalem. Mowie o takiej Amazonii dla zwyklego smiertelnika, nie o jakis wyprawach dlubankami po mokradlach puszczy. nie spotka sie tu kolesia z metrowa warga i drewienkiem, z jakimi to ludzmi sie na przyklad stingi czy inni tacy pokazuja. nie widac tych pnaczy i gaszczy. Takiej dzungli z wyobrazni uczniowskiej z lekcji geografii jeszcze nie psotkalem. ale czekam na kongijska. tam musi to byc ukryte, co w mojej wyobrazni. no bo tam jest przeciez jadro ciemnosci
3 noce w busie. i sie nawet dobrze spalo. i ogladalo, coz tez ciekawego za oknem. A za oknem ciagnely sie fazendy. Wszystko wytrzebione doszczetnie i pasa sie te biale krowy. Serce sie kraje jak sie widzi ogromne ciezarowki z wielkimi pniam pieknych drzew. Do tego asfalt klada od Santarem na poludnie i to juz na pewno dokonczy dziela zniszczenia w tym rejonie. Ale latwo sie marudzi z pozycji Europejczyka, bo my juz wszystkie las wytrzebilismy, ale ci tutejsi tutaj jakos z czegos i pomalu musza zyc. wiec pala kolejne polacie lasow, czekaja az wyrosnie zielona trawka <a rosnie wartko!> i wpuszcza bydlo na nia. A potem ja skonsumuje taka krowke w zajezdzie na lunchyk. I sie toczy, zmieniamy swiat!
Klasyczny widok malych wiosek po drodze to drewniane bary, wiszace hamaki, jeden czy dwa stoly bilardowe i pelny bar butelek dla rozrywki. i kon przywiazany do draga, a z drugiej strony zaparkowany motor. Obok borracharia, czyli taki warsztat wulkanizacyjny.
I tak cala droge. Az do Santarem, ktore emanuje leniwa atmosfera, rozmowami na zacumowanych przy brzegu barkach. Spokojnymi wodami Rio Tapajos i Amazonki. W to wszystko wpuszczona amerykanska wycieczka z eksluzywnego statku wyglada jakos abstrakcyjnie i nierealnie. Juz sie po miescie rozeszlo, jak i kto, po co, ze osiem tysiecy dolarow placi kazdy za rejs. Az do moich uszu doszlo, a wiec sklepikarze juz o wiele wczesniej zacierali pewnie rece.
Troche za drogo mi w tej Brazylii. I za cieplo. Po drodze z Bolwii musialem sie zatrzymac w Caceres po stempel, potem Chapada de Guimairaes, gdzie jak jakis ostatni glupek szalalem na rowerze w czterdziestopniowym upale. Pojechalem do geograficznego srodka Ameryki Poludniowej. Przynajmniej widoki mile, daleko daleko w rowniny z ogromnego klifu. Potem wodospad zwany slubnym weolonem i kilka sepow, ktore wygladaja jak indyki. No i te trzy dni w autobusie. Sorry, ale atmosfera Santarem, ten poludniowy slow-down nie pozwala mi na napisanie czegos lepszego. Bo gdzie szukac inspiracji jak wszyscy dokola caly dzien ogladaja brazylisjki towar eksportowy – telenowele!
(więcej…)