Boliwia. Santa Cruz, zamowilem piwo w okolicach dworca. Spluczka z kibelka prawie splukala mi stopy. Trzeba zawsze uwazac. Za to wlasnie kocham Boliwie. I za tysiace kilometrow kabli przecinajacych powietrze
Przyjechalem znow do Boliwii. Dwa tygodnie temu, a jeszcze nie zdazylem nic napisac. Tak troche z lenistwa, ale w wiekszosci z powodu tego, ze czas mialem zapelniony do maximum. znaczy, ze jest pieknie!
Argentyna byla fascynujaca, Boliwia jest fascynujaca inaczej. To trzeci, czasem czwarty swiat. Tym razem wjechalem przez
To z innej beczki. Widoki. Najpierw droga Villamontes-Tupiza <pozdr dla Moniki i Grzeska – Polska w Irlandii>. Suche skaly Dzikiego Zachodu, jakies nieziemskie formacje, ogromne kaktusy, lamy. Nieziemsko piekne to wszystko. Tak samo jak dalsza droga do Uyuni. W wielu miejscach powyzej czteru tysiecy metrow. Ogromne pustkowia, piekne czerwone skaly i jakies szczyty osniezone na horyzoncie. Prawie zero ludnosci. Czasem jakas pasterska chata, czasem kopalnia srebra. Dla samych widokow TRZEBA przyjechac do Boliwii. Mamy wesolego dzipa. Edgar kierowca wyczynia cuda i przejezdzamy kolejne wartkie rzeki – bo pora deszczowa. Ostatnia, gdy wszystkie inne pojazdy stoja, on bierze karkolomnym ruchem <bez nas w srodku> po moscie kolejowym. Wesoly dzip to 4 Argentynczkow, 3 Francuzow, Niemiec i jo. Bujalismy sie pozniej razem przez tydzien. imprezowo i wesolo. lingua franca to hiszpanski i ciesze sie ze jakos nie gubilem sie nigdy w dyskusji. Cos tam juz powiedziec po hiszpansku umiem
Dalej Uyuni. Ogromne, najwieksze na swiecie, plaskie jak patelnia albo nalesnik z patelnii solnisko. Bylem tu pare lat temu, ale jako ze to jest po prostu kosmiczne przyjechalem tu raz jeszcze. Tym razem salar de uyuni pokryty jest kilkucentymetrowa warstwa wody. idziesz w ciszy i tylko chlup, chlup, chlup. To wlasnie dla takich chwil sie podrozuje. Stanelismy posrodku w naszej dziewieciosobowej grupie i zaproponowalem, ze teraz kazdy gwiazdziscie w inna strone. Poczuc nieskonczonosc i samotnosc pustyni. Prawie wszyscy wola sie jednak trzymac kupy. Czasem nie rozumiem tej stadnej potrzeby czlowieka. Przeciez zeby posmakowac soli trzeba kawalka ciszy. Ok, grupowalismy sie wieczorami przy dzwiekach karaoke. najpierw jeszcze w Tupizie z inna ekipa portenos, eh co za noc, a potem wylismy w rytm hitow z lat 80. Spiewanie w rytm melodii "Panie Janie" kazdy w swoim jezyku. Dalej droga do
Cztery noce w
Niedziela. Wyjezdzam ze stolicy, bo jutro Evo "EVIL" Morales ma rocznice swych rzadow i sie szykuja blokady. A moze tak, a moze nie. Evo to taki nowoczesny Che Guevara. W ogole ten stary cze to jest koles wielbiony tu szczegolnie przez argentynska mlodziez.
Ale wczesniej mecz. Robie jako przyzwoitka dla Klaudii z dojczow, ktora sie umowila z Boliwijczkiem. No to siadlem w sektorze kibicow "The Strongest". Co za nazwa jak na kraj, w ktorym mniej niz jeden procent ludu mowi po angielsku. Czarno zolte trykoty z tygrysem na czele placza sie z blekitnymi kapeluszami zwolennikow Bolivara. 45 tysiecy ludzi, absolutny przekroj spoleczny. Biznesmeni i tradycyjnie ubrane indianki. Szal cial. Cztery dni wczesniej na meczu tych druzyn zginela jedna kobita a 7 osob bylo rannych. Minuta ciszy. Caly rozkrzyczany stadion na Miraflores polozony w tej pieknej kotlinie pomalu milknie. Tysiace ludzi przestaja spiewac. Zalega cisza i tylko ciarek po plecach przebiega w takim momencie. 4:2 wygrywaja "nasi". Ostatniej bramki juz nie widze bo pedze na dworzec, gdzie pozegnalne piwko z moimi Argentynkami i Florianem. Eh, kochani co za zycie. U konca mojej podrozy uswiadamiam sobie ze jestem szczesciarzem, ze robie to co lubie. Zeby jeszcze sie trafila praca, ktora sie kocha i bedzie git.
Zjazd w doliny. ajajjajajaja. Co za roslinnosc amazonskiej dzungli. co za chmury na blekitnym niebie. i znow w gore. Do Samaipata. I prawdziwa aventura. z naszym przewodnikiem Freddy’im ktory zgubil droge przedzieramy sie <tak to wlasciwe slowo – spotegowane uderzeniami maczety> przez dzungle lasow posrednich miedzy tropikalnymi a andyjskimi. Widzieliscie kiedys 15-metrowe paprocie? Bo ja wczoraj
A wieczorkiem chicha. Sfermetowany, alkoholowy, niegazowany, produkowany domowym sposobem od setek lat napoj z kukurydzy. W jakims domu prawdziwej boliwijskiej biedy. Az sie serce kraje! Tuz obok zginal wielki Wodz Che, ale spoko daleko mi od socjalizmu
Boliwia jest zakrecona wlasnie tymi widokami, tradycyja, pijanymi ludzmi w weekendy, jedzeniem na targu, handlem w Santa Cruz, pustkowiami poludnia, ciezkim lepkim powietrzem polnocy. Dzis jade nach Brasilien! Bylem bliski wejscia na szesciotysiecznik i odwiedzenia Vallegrande gdzie zdechl czegewara, ale nie wszedlem tam ani nie pojechalem tu. Moze celowo, zeby tu wrocic?! czas zaczal gonic. Musze byc czwartego w Santarem bo koncowke robie z Cieplasem ktory przylatuje do Brazylii. Oj bedzie sie dzialo!