Archive for Styczeń, 2007

26.01.2007 srodek tego

piątek, Styczeń 26th, 2007

jestem w geograficznym srodku kontynentu poludniowoamerykanskiego – Chapada de Giumaeres kolo Cuiaby

i czytam Fromma :) co to z tego bedzie jak zaczalem filozofowac na koniec podrozy

w niedziele wieczorem ruszam w 1800 kilometrowa podroz do Santarem przez lasy Amazonii. a jest pora deszczowa, wiec moze byc przygodowo.

(więcej…)

24.01.2007 moja ziemia – Boliwia

środa, Styczeń 24th, 2007

Boliwia. Santa Cruz, zamowilem piwo w okolicach dworca. Spluczka z kibelka prawie splukala mi stopy. Trzeba zawsze uwazac. Za to wlasnie kocham Boliwie. I za tysiace kilometrow kabli przecinajacych powietrze La Paz, za indianki sprzedajace wszystko i na kazdym rogu i …. ok ale po kolei.

Przyjechalem znow do Boliwii. Dwa tygodnie temu, a jeszcze nie zdazylem nic napisac. Tak troche z lenistwa, ale w wiekszosci z powodu tego, ze czas mialem zapelniony do maximum. znaczy, ze jest pieknie!

Argentyna byla fascynujaca, Boliwia jest fascynujaca inaczej. To trzeci, czasem czwarty swiat. Tym razem wjechalem przez La Quiaca-Villazon. Znacie pojecie "mrowek"? Tu na tym przejsciu WSZYSTKO przenosi sie na plecach. Jedno wiekie mrowisko. Babcie i killkuletnie dzieci, wszystko w lekkim polbiegu przenosi produkty z Argentyny do Boliwii. W ciszy, z grymasem na twarzach. Cement, browary, jakies czesci samochodowe. Jeden za drugim, nieprzerwany szlak mrowczej pracy. Nieludzkie. Absolutnie nieludzkie. Niewiele rzeczy mnie szokuje, ale ten widok byl niesamowity.

To z innej beczki. Widoki. Najpierw droga Villamontes-Tupiza <pozdr dla Moniki i Grzeska – Polska w Irlandii>. Suche skaly Dzikiego Zachodu, jakies nieziemskie formacje, ogromne kaktusy, lamy. Nieziemsko piekne to wszystko. Tak samo jak dalsza droga do Uyuni. W wielu miejscach powyzej czteru tysiecy metrow. Ogromne pustkowia, piekne czerwone skaly i jakies szczyty osniezone na horyzoncie. Prawie zero ludnosci. Czasem jakas pasterska chata, czasem kopalnia srebra. Dla samych widokow TRZEBA przyjechac do Boliwii. Mamy wesolego dzipa. Edgar kierowca wyczynia cuda i przejezdzamy kolejne wartkie rzeki – bo pora deszczowa. Ostatnia, gdy wszystkie inne pojazdy stoja, on bierze karkolomnym ruchem <bez nas w srodku> po moscie kolejowym. Wesoly dzip to 4 Argentynczkow, 3 Francuzow, Niemiec i jo. Bujalismy sie pozniej razem przez tydzien. imprezowo i wesolo. lingua franca to hiszpanski i ciesze sie ze jakos nie gubilem sie nigdy w dyskusji. Cos tam juz powiedziec po hiszpansku umiem ;)

Dalej Uyuni. Ogromne, najwieksze na swiecie, plaskie jak patelnia albo nalesnik z patelnii solnisko. Bylem tu pare lat temu, ale jako ze to jest po prostu kosmiczne przyjechalem tu raz jeszcze. Tym razem salar de uyuni pokryty jest kilkucentymetrowa warstwa wody. idziesz w ciszy i tylko chlup, chlup, chlup. To wlasnie dla takich chwil sie podrozuje. Stanelismy posrodku w naszej dziewieciosobowej grupie i zaproponowalem, ze teraz kazdy gwiazdziscie w inna strone. Poczuc nieskonczonosc i samotnosc pustyni. Prawie wszyscy wola sie jednak trzymac kupy. Czasem nie rozumiem tej stadnej potrzeby czlowieka. Przeciez zeby posmakowac soli trzeba kawalka ciszy. Ok, grupowalismy sie wieczorami przy dzwiekach karaoke. najpierw jeszcze w Tupizie z inna ekipa portenos, eh co za noc, a potem wylismy w rytm hitow z lat 80. Spiewanie w rytm melodii "Panie Janie" kazdy w swoim jezyku. Dalej droga do La Paz. Zatrzymani na cala noc na rzece. Utknal inny autobus. Po dwoch stronach tworzy sie male miasteczko. Kazdy dyskutuje, doradza. Noc, idziemy spac. Rano ciezarowki obciazone pasazerami innych autobusow wyciagaja nieszczesnikow z wody. Mozemy jechac. Obiad z lamy. mniami. El Alto. Browar na 4.035 metrow. Wiecie jak tu sie piwo pieni przy takich wysokosciach? Z brzegu El Alto wiedzialem jakigo sie spodziewac widoku. Wielkiej kotliny, morza swiatel. uwiezionego pomiedzy wzgorzami i snieznymi szczytami La Paz. Wiedzialem co zobacze, ale jak autobus wjechal na krawedz i tak przeszedl mnie jeden wielki ciark/ciarek? przez plecy. Absolutnie magiczny widok na Pokoj, Friede, Peace. Kto tak nazwal to tetniace niepokojami miasto?

Cztery noce w La Paz. Troche odurzony moimi dentystycznymi problemami. Ale jestem pewien, ze jakbym zostal tu ciut dluzej to byloby to kolejne moje miasto. Mam tu juz przeciez swoja babcie na rogu, od ktorej regularnie kupuje wode mineralna <kobiecina slusznie mi polecila slona> za 4 boliviano. Snujemy sie ekipa po dzielnicy Sopochaci, po barach dla gringos, po barach karaoke, po dyskotekach, po jakis willach bez nazwy, po zapchanym barze "Fin del Mundo". Jakies filozoficzne dysputy na Plaza del Estudiante. marsz pod gore przez cale miasto budzace sie do zycia. I ostatni browar ze stolarzem Florianem gdzies o osmej nad ranem, gdzies nad placem swietego Franciszka. Wracam do swojego lozka w dormitorium za 8 zlotych. Alez rozna ekipa, ciekawe losy, rozne opowiesci. Czasem wracam myslami iluz to roznych ludzi spotkalem na mojej drodze. Czasem jakies nieslychanie zakrecone zyciorysy, a czasem swiezosc dziewietnostolatkow na gap year. wszyscy jedziemy na tym samym wozku, od strachu ratuje nas tylko Defekt Mozgo :)

Niedziela. Wyjezdzam ze stolicy, bo jutro Evo "EVIL" Morales ma rocznice swych rzadow i sie szykuja blokady. A moze tak, a moze nie. Evo to taki nowoczesny Che Guevara. W ogole ten stary cze to jest koles wielbiony tu szczegolnie przez argentynska mlodziez.

Ale wczesniej mecz. Robie jako przyzwoitka dla Klaudii z dojczow, ktora sie umowila z Boliwijczkiem. No to siadlem w sektorze kibicow "The Strongest". Co za nazwa jak na kraj, w ktorym mniej niz jeden procent ludu mowi po angielsku. Czarno zolte trykoty z tygrysem na czele placza sie z blekitnymi kapeluszami zwolennikow Bolivara. 45 tysiecy ludzi, absolutny przekroj spoleczny. Biznesmeni i tradycyjnie ubrane indianki. Szal cial. Cztery dni wczesniej na meczu tych druzyn zginela jedna kobita a 7 osob bylo rannych. Minuta ciszy. Caly rozkrzyczany stadion na Miraflores polozony w tej pieknej kotlinie pomalu milknie. Tysiace ludzi przestaja spiewac. Zalega cisza i tylko ciarek po plecach przebiega w takim momencie. 4:2 wygrywaja "nasi". Ostatniej bramki juz nie widze bo pedze na dworzec, gdzie pozegnalne piwko z moimi Argentynkami i Florianem. Eh, kochani co za zycie. U konca mojej podrozy uswiadamiam sobie ze jestem szczesciarzem, ze robie to co lubie. Zeby jeszcze sie trafila praca, ktora sie kocha i bedzie git.

Zjazd w doliny. ajajjajajaja. Co za roslinnosc amazonskiej dzungli. co za chmury na blekitnym niebie. i znow w gore. Do Samaipata. I prawdziwa aventura. z naszym przewodnikiem Freddy’im ktory zgubil droge przedzieramy sie <tak to wlasciwe slowo – spotegowane uderzeniami maczety> przez dzungle lasow posrednich miedzy tropikalnymi a andyjskimi. Widzieliscie kiedys 15-metrowe paprocie? Bo ja wczoraj :P

A wieczorkiem chicha. Sfermetowany, alkoholowy, niegazowany, produkowany domowym sposobem od setek lat napoj z kukurydzy. W jakims domu prawdziwej boliwijskiej biedy. Az sie serce kraje! Tuz obok zginal wielki Wodz Che, ale spoko daleko mi od socjalizmu :) Boliwia jest zakrecona wlasnie tymi widokami, tradycyja, pijanymi ludzmi w weekendy, jedzeniem na targu, handlem w Santa Cruz, pustkowiami poludnia, ciezkim lepkim powietrzem polnocy. Dzis jade nach Brasilien! Bylem bliski wejscia na szesciotysiecznik i odwiedzenia Vallegrande gdzie zdechl czegewara, ale nie wszedlem tam ani nie pojechalem tu. Moze celowo, zeby tu wrocic?! czas zaczal gonic. Musze byc czwartego w Santarem bo koncowke robie z Cieplasem ktory przylatuje do Brazylii. Oj bedzie sie dzialo!

(więcej…)

24.01.2007 Kapuscinski

środa, Styczeń 24th, 2007

ajajajajajaj. nie poczytamy juz nic nowego. nasza kochana pani polonistka wyslala nas kiedys z taczka ksiazek. zaraz za spodek do skupu makulatury. pewne ksiazki sie w IV LO po prostu nie czytaly. Byl na stosie "Busz po polsku" i "wojna futbolowa". pozniej kapuscinski do spoly z kochanowskim gwarantowali mi szostki na wypracowaniach. tak latwo bylo polaczyc tradycje z nowoczesnoscia. a ich utwory pasowaly na kazdy maturalny temat. dorzucilo sie mickiewicza i juz bylo cool. szostki bo kapuscinski byl przeciez "ponad program".

Heban. Jeszcze bardziej rozpalil moja chec jechania do Afryki, choc tez wtedy zrozumialem, ze Kapuscinski to naprawde literat. Ze takiej Afryki jak on opisuje nie ma. I nigdy nie bylo. Albo moze trzeba miec taka wyobraznie zeby lowic z afrykanskiego krajobrazu jakies szczegoly, ktore zdarzaja sie raz na sto lat. Zrozumialem, ze reportaz to jest tez sztuka pisania proza. Ze trzeba ubarwic kolory nieba, pakunki madame z senegalu czy dzowny i muezinow z Asmary. Anyway, jak jedziecie do Afryki i rozmawiacie z bialasami, Kapuscinski jest klasykiem!

Pamietam jak w grudniu chlonalem szachinszacha. Po nos zakryty w spiworze w jednym z najtanszych hotelikow pakistanskiego Rawalpindi, potem prawie wszystko co mialem na palmie powtorzylem siedzac na moich nockach na Sydney Airport. A ostatnio (o prawie jak pan prezydent) sczytalem Herodota. Lalo w Chile potwornie wiec lyknalem to w jeden dzien. Jest tam na koncu zarabiste podsumowanie Herodota, a moze kazdego kto rusza w swiat:

“Przecietny czlowiek nie jest specjalnie ciekaw swiata. Ot, zyje, musi sie jakos z tym faktem uporac, im bedzie go to kosztowalo mniej wysilku – tym lepiej. A przeciez poznawanie swiata zaklada wysilek,  i to wielki, pochalaniajacy czlowieka. (…) Jedno cechuje podobnych osobnikow – to nienasycone istoty jamochlonne, struktury-gabki, ktore wszystko latwo wchlaniaja i rownie latwo sie z tym rozstaja. (…) Umysl Herodota nie jest w stanie zatrzymac sie na jednym wydarzeniu czy na jednym kraju. Cos go ciagle nosi, cos niespokojnie popedza. Fakt, ktory dzis odkryl I ustalil, juz go jutro nie pasjonuje, juz musi isc (jechac) gdzie indziej, dalej.

Ludzie tacy, pozyteczni dla innych sa w gruncie rzeczy nieszczesliwi, poniewaz tak naprawde sa bardzo samotni. Owszem, szukaja innych I nawet zdaje im sie, ze w jakims kraju czy miescie juz znalezli sobie bliskich, juz ich poznali I wszystkiego sie o nich dowiedzieli, ale ktoregos dnia budza sie i nagle czuja ze nic ich z nimi nie laczy, ze moga stad natychmiast wyjechac, bo raptem widza, ze pociagnal ich I olsnil jakis inny kraj, jacys inni ludzie,a zdarzenie, ktorym jeszcze wczoraj sie pasjonowali – zbladlo I stracilo wszelkie znaczenie I sens. (…)

Pytanie, ktory ze znanych krajow najbardziej im sie podoba, wprawia ich w zaklopotanie – nie wiedza co im ospowiedziec. Ktory? W jakis sposob – wszystkie, w kazdym jest cos ciekawego. Do ktorego kraju chcieliby jeszcze wrocic? Znowu zaklopotanie – nigdy nie zadawali sobie takich pytan. Na pewno chcieliby wrocic na droge, na szlak. BYC ZNOWU W DRODZE – OTO, CO IM SIE MARZY.”

Jestem pewien ze to nie tylko O Herdocie, ale o samym Kapuscisnkim. I na sam koniec wielkie uznanie za odsloniecie przez Kapuscinskiego nie tak dawno temu tablicy w Poznaniu poswieconej Kazimierzowi Nowakowi. Szczegoly na http://szlaki.blog.onet.pl/  tam tez  relacje Koziego z podrozy polnoc-poludnie przez Afryke. Goraco polecam!!!!

(więcej…)

20.01.2007 La Paz

sobota, Styczeń 20th, 2007

takich dni sie nie da opisac to trzeba przezyc

Florian – Danke schon, du bist ein grosse freund

Paula, Janina, Carolina – muchas gracias portenas :)

Claudia, Christopher – deutsche-polnische freundschaft

Kathy – ozzzy, ozzzy, ozzzy, oi, oi ,oi

clauthy -  merci beaucoup

sergio – gracias boliviano!

kurka za takie dni mozna oddac wszystko

kml

(więcej…)

18.01.2007 Argentyna-suplement

czwartek, Styczeń 18th, 2007

I jeszcze cos o Argentynie. O mochilieros, czyli backpackersach argentynskich, czyli o ludziach podrozujacych z plecakami. Nie spotykalem dotychczas duzo mlodych Argentyczykow, ale teraz jest pora wakacji i cale prowincje Jujuy i Salta rozbrzmiewaja dzwiekami bebnow, gitar, piszczalek. Istne hippisowo. Juz od tygodnia przebywam glownie z portenos, zmieniaja sie ekipy, ale zabawa jest przednia. Sa naprawde przyjazni, otwarci, weseli, usmiechnieci. Rozkrecamy imprezy w boliwijskich restauracjach typu "karaoke", a jak ktos jeszcze bardzo lubi tanczyc to chicas argentinas sa stworzone do tego :) Zreszta moim zdaniem powinny byc wpisane na listy swiatowego dziedzictwa ludzkosci! :o )

(więcej…)

12.01.2007 Argentyna – mowa koncowa

piątek, Styczeń 12th, 2007

Pod koniec pazdziernika wjezdzalem w nieznany mi argentynski swiat i sporo czasu minelo az przyszlo sie dzisiaj pozegnac z tym krajem. Zostawil przeswietne wrazenie. Prawie dziesiec razy wiekszy od Polski, jeden z najwiekszych krajow swiata. Lecz w przeciwienstwie do Rosji, Kanady, Stanow jest rozciagniety bardziej poludnikowo niz rownoleznikowo. Dzieki temu wydaje sie ze Argentyna jest krajem kompletnym. Masz co chcesz. Aligatory i tukany w tropikach na polnocy, pustynne prowincje Salta i Jujuy, szwajcarskie klimaty wokol Bariloche, skaliste andyjskie szczyty z Acongagua w roli glownej, magiczne pustkowia pampy patagonskiej, lodowce, winorosla Pampy i Mendozy, bagna delty Parany, yunga na polnocy, piaszczyste plaze nad Atlantykiem, wielkie salary, subantarktyczne pejzaze Ziemii Ognistej. Jesli jeszcze dodac, ze Argetynczycy sa jedna z najbardziej aktywnych nacji na Antarktydzie i baza Esperanza na czubku Polwyspu to de facto miasteczko z pubem, szkola, szpitalem, basenem, to wychodzi na to ze Argentyna musi byc celem kazdego podroznika. Ok, lyzeczka dziegciu to faszystowski system cen, na ktory narzekalem kazdemu kasjerowi. Mam takie naiwne marzenie, ze kiedys sie zbiora w Buenos na zebraniu i powiedza, ze zagranczni turysci to pain in ass bo zawsze narzekaja. Wiec i wy narzekajcie i zawsze mowcie ze jestescie stad, czasem sie udaje wejsc za normalna cene.

Argentyna to mieso. Carne, znaczy mieso, ale tu znaczy wolowina, jak chcesz czego innego to trzeba to wyraznie zaznaczyc. Bedzie mi brakowalo tych porcji miecha wystajacych poza talerz. I Quilmesa, Salty, Norte, Palermo, Schneidera, Isenbecka. Supermarketow La Anonima na poludniu, krojonych zoladkow w sosie wignarette, dorzdzowek za 35 groszy.

I autostop. chyba zawsze bede pamietal Argentyne stopujaca. Bylo latwo i pieknie. Bezpiecznie. Jesli kiedys wyladujecie w Buenos i zobaczycie ze do Ushuaia jest cale 3 tysiace kilometrow to sie nie bojcie. Wezcie autobus, zrobicie pauze na wieloryby w Puerto Madryn, a pozniej sie rozkoszujcie pustkowiami Patagonii. Dwa dni jazdy i caly czas to samo. To pomaga zrozumiec, jaki to ogrom.

Futbol. Argentynczycy maja fiola na tym punkcie. Badzcie bardzo mili jak prosicie o cos sprzedawcow w sklepie w czasie gdy "leci mecz". Nie udalo mi sie zalapac na stadion bo juz po sezonie, ale stadion Boca jest crazy ponoc. Ja chyba bardziej lubie River Plate. To podstawowe pytanie, za kim idziesz. A zoltoniebieskie trykoty Maradony znjadziecie od Tilcary po Ushuaia.

Wyluzujcie w czasie sjesty i przygotujcie sie na dlugie nocne godziny. Zarcie podaja tylko na poczatku sjesty i po zmroku. Kiedy indziej w restauracjach pocalujecie klamki.

Opuszczam Argentyne przez La Quiaca. Tu sie zaczyna albo konczy slynna Ruta 40. 5000 kilometrow przez bezdroza tego kraju. Wypisalem sobie co jeszcze na swiecie chce zrobic albo zobaczyc. I jedna z tych rzeczy jest przejechanie na motorze albo na Quadzie od La Quiaca po Rio Gallegos i jeszcze ciut dalej.

Najwieksza roznica miedzy Europa a Ameryka Lacinska jest stosunek do zycia. My jestesmy racjonalni, a oni emocjonalni. Przyjedzcie zobaczyc jak ci ludzie ciesza sie z zycia. Nawet nasi srodziemnomorcy wymiekaja. Ok, SaperQ moze Sewilla to juz poludniowa ameryka :o P
(więcej…)

11.01.2007 BsAs relacja

czwartek, Styczeń 11th, 2007

Boskie Buenos Aires. Dlaczego my tyle miast nazywamy boskimi? Przeciez tak naprawde to boskiego w BsAs duzo nie ma. Zreszta sam nie wiem, bo przez tydzien nie mialem czasu na odwiedzenie cmentarza na Recollecie, dzielnicy Boca czy slynnego Casa Rosada skad Evita vel. Madonna przemawiala vel. przespiewywala do tlumow. Ale nie zaluje. Wiekszosc czasu spedzilem w "moim" San Telmo. Dzielnicy lumpow, artystow, tancerzy tango, backapckersow i innych zwyklych ludzi. Bylo niesamowicie. Buenos bedzie jednym z tych moich miast na swiecie. Tych miejsc gdzie spedzilem troszke wiecej czasu niz normalnie, tych miejsc do ktorych bede wracal. Jak najlepszy na swiecie Rotterdam, czy Agadez, Stambul, Sucre, Sydney. W takich miastach gdzie masz juz swoje ulubione miejsca, gdzie zaprzyjazniasz sie z lokalsami.

Wigilia sie trafila. Hostel Ostinatto, jeden z najlepszych architektoncznie hosteli w jakich mialem okazje zajmowac pietrowe lozka. ale mnostwo przestrzeni, swiatla, balkony, taras, kladki przerzucone przez kondygnacje. Prysznice cale w czarnej farbie, i duzo ich, nie trzeba warowac przed kiblami na swoja kolej. Czulem sie tam naprawde dobrze. Na wigilie poza domem zostaja sami dziwni ludzie <here i am!>. Argentynskim zwyczajem nakupilismy miecha i rozpalilsmy grilla na tarasie. salatki, litrowe Palermo i Quilmesy. Zaczelismy jesc o polnocy przy wielkich fajerwerkach takich jak u nas na nowy rok. Muzyka z laptopa, ot wigilia, zero koled, duzo rozmow. Potem w teren. Candombe. Kosmos. Bebny, mnostwo bebnow na ulicach o piatej nad ranem. Muzyka niewolnikow, eh, chcialbym Wam to opisac ale to jest nieopisywalne. Barrio San Telmo zyje wlasnym zyciem, procesja bebnow ma pierwszenstwo przed wszystkim innym. Cisza nocna, ruchem samochodowym, przed wszystkim. Przypomnialy mi sie bebny w senegalskim San Louis. Ale tamto to Afryka, a to kilkunastomilinowa metropolia!!! Koniec wigilii nastapil w poludnie, spaleni sloncem, z kubeczkiem mate, w basenie!

No i ludzie. ci dziwni :) norweg-pielegniarz, z ktorym z balkonu witalismy nowe dnie. Ah, jak spokojnie zawsze bylo. Zero odglosow, cisza San Telmo, szykujacego sie do nowego dnia. A ty masz ta wolnosc, ze nie trzeba na rano do abryki. Pozniej byl Kolumbijczyk-informatyk, zawsze usmiechniety, zawsze otoczony laskami i zawsze probujacy wydebic wszystko za darmo. Francuzik, co to restauracje chce tu otworzyc, bufon, ale dalo sie strzymac. Szwajcarka, laleczka-blondineczka, ale dobre serce miala. Brazylijscy lekarze, argentynscy filmowcy. well, dom wariatow. i jacek z agnieszka co na dzien sie zatrzymali w drodze na Zelandie Nowa, eh antypody mi sie marza! Plus Joachim, ktorego spotkalem w Patagonii. Wracalismy w krotkich koszulkach o czwartej nad ranem. Tempertura perfekcyjna i wspominalismy jak to ponad miesiac wczesniej wracalismy ulicami ushuaia i tez byla perfekcyjna temperatura – proszyl snieg.

I lokalsi. Caly staff z hostelu mily. i zwiedzanie miasta z moimi portenos, z Gustavo i z egipska boginia Mar. Zwykle niezwyzkle miejsca zesmy odwiedzali. Enzo Francescoli, Diego Maradona. Buenos Aires. Caballito, Puerto Madero, snobistyczne ale urocze i kafejki na Chile calle. Plaza Dorrego. Stare syfony, szyldy, telefony, gramofony. Byl tez napad na nasz hostel pare dni zanim tam dotarlem. jakis cpun po prostu wpakowal sie z gunem i zgarnal kase. Psy upiekszajace chodniki, rozebrani do pasa lokalski z ketami na szyi z koszulkami Boca Juniors przerzuconymi przez piersi. Jakos nigdy nie odczuwalem strachu, jechalismy przeciez na jednym wozku. Zeby pokochac Buenos trzeba dac mu czas, inaczej tylko przemkniemy przez najszersza ponoc na swiecie ulice, aleje 9 lipca. Czy to wlasnie dziewiatego lipca Argentyna zostala mistrzem swiata?

(więcej…)

11.01.2007 Madzia dzieki!

czwartek, Styczeń 11th, 2007

dzieki Magda + anonimowy kolega za uruchomienie stronki. back to the web!!! choc powiem ze sie rozleniwilem i nic a nic nie popisalem przez ten czas. a troche sie dzialo. Fantastyczne Buenos Aires, wigila skonczona o 12 w poludnie dnia nastepnego, duzo ups and downs, crazy time, sinusoida emocji. potem urugwaj, plaza, doma angoli, candombe, sylwek w Montevideo, stopowanie, wodospady Iguazu i teraz pustynia, kamienie, kaktusy, mochilieros. padam z nog. duzo czytam, duzo Quilmesa :)

madziala, dzieki jeszcze raz! jeszcze bedzie szesc tygodni podrozy, wiec poczytac co bedzie!

(więcej…)