Z Villa O’Higgins do Puerto Montt ciagnie sie Carratera Austral, droga zwirowa w ciezkim trudzie zbudowana przez tereny na ktorych kroluja lasy, strumyki, wawozy, jeziora, wodospady. Nie ma lekko postawic tu droge! Spedzilem sporo czasu w VOH rozmawiajac z Hiszpanem Jorge, ktory sie tu osiedlil. Wiedzial tylko ze chce mieszkac w miejscu odizolowanym i chyba dobrze trafil. Wczesniej mieszkal w Rovaniemi. Ale sie rozwiodl
Podobalo mi sie tam. Ten jego drewniany domek, ta prostota i surowosc zycia. Ta pokora przed natura i byciem na koncu swiata. A jednoczesnie nowoczesnosc w postaci wypasionych 4WD, ktore tu, a nie na ulicach Wszawki sie naprawde przydaja, swietny system CB radia, lokalne radio, bibilioteka z darmowym internetem, taki maly, jeszcze mniejszy "Przystanek Alaska". Jorge ma minibus i terenowke, i glownie swiadczy wszelkie uslugi transportowo-pomocnicze we wsi. Jezdzilem z nim odebrac kobiety, ktore wybraly sie na lososie <baby lowia tu ryby, u nas to niespotykane – skomentowalem>, pojechalem zaladowac drewno do lasu i tak dalej. Nie bede sciemnial – podobalo mi sie to zadupie. A w zimie siedza przy kominku i czytaja ksiazki. Kot sie przypaletal, kon srodkiem drogi idzie, ot te klimaty. Droga jest tu dopiero od 6 lat, elektrycznosc non-stop od 2, internet od roku. Villa sie zmienia i juz chyba nie bedzie ta sama. Ja tu zjechalem, inni turysci tez. Ale to co tu mozna unikalnego zaobserwowac to jak wyglada proces kolonizacyjny. Jak czlowiek walczy z natura, zeby wydrzec kolejny kawalek lasu, kolejna zatoke, kolejny fiord, zbudowac nastepny most. To jest fascynujace. Tak musial wygladac caly swiat 100 lat temu. I spojrzcie na mape. Pomiedzy Villa O’Higgins a Ziemia Ognista jest jeszcze pare dobrych kilometrow ladu i wysp do zagospodarowania. Tam nie mieszka absolutnie nikt. Dziewicze szczyty do zdobycia, jeziora do nawigacji, a jakie rybki tam rosna. Po kilkadziesiat kilo! Oj bo sie podjaralem za bardzo. Spadam na zakupy
p
Cochrane bylo bez historii. Z tym ze nastepnego dnia pelzalem a nie jechalem stopem. co prawda kilkoma, ale po dziewieciu godzinach mialem na liczniku 54 kilometry. Wieczorem sie polepszylo i wyladowalem 70 km dalej w Puerto Rio Tranquillo. Krajobrazy malownicze, ale te miasteczka po drodze wygladaja tak jakos strasznie ponure. Ludzie jacys tacy przygarbieni, pochyleni zmykaja przed wiatrem do swoich domostw. Tu nie ma pubow, nie ma kultury spotykania sie przy browcu. Bo browce drogie moze
W domach niby wszystkie sprzety AGD sa, ale tak jakos bidnie. Taka bieda zamoznego kraju jakim jest Chile. W Boliwii ludzie wiele nie maja, ale w porze obiadowej wszyscy pra na mercado, bo wiekszosc stac na obiad "na miescie". Tu kazdy w domu miesza swoja zupke z miesem i ja niestety tez musze sobie sam zarcie przyrzadzac.
Rankiem 3 godziny minely mi na kciukowaniu i czytaniu kolejnej antarktycznej odysei. Muzyczka. Jestem obecnie na etapie "18" Moby’ego. Za duzego wyboru nie mam. Az wreszcie zatrzymal sie koles, ktorego ze wzgeldu na charakterystyczny wyglad zapamietalem z przeprawy promowej przy Puerto Yungay. Powiedzial ze jedzie do nastepnej wioski 20 kilosow dalej. Moze byc. Zaczelismy gadac. skad jestes. co robisz. bla vla wla. Jak przejezdzalismy przez przedmiotowa <to z konsultingu mi zostalo, takie slowo klucz:)> wioske, koles rzekl ze tak wlasciwie jedzie tam gdzie ja. Podejrzewal ze jestem Zydkiem i sie kawerowal <upsss> w ten sposob. On jest Libanczykiem i generalnie nie w smak mu ta bananowa izraleska mlodziez, ktora wali tu stadami odreagowac sluzbe wojskowa. Fakt faktem, ze oprocz mnie to stopuja tu wylacznie izraelczycy. I to niewielu. A swoja droga ten bliskowschodni konflikt jest nie-do-rozwiazania.
Coyhaique. Szal cial w supermarkecie. Jedyne wieksze <45tys.>miasto w XI regionie. I chyba jedyne supermarkety. Kobiety z kalkulatorami i olowkami w rekach pchaja zapakowane po brzegi wozki. Kowboje w kapeluszach jakos nieswojo czujacy sie w wirze metropolii, setki pickupow na parkingach.
I dalej na polnoc. Nie bylo dla mnie miejsca w srodku, wiec wzieli mnie na pake. I to jest to! Wolnosc, wiatr we bujna ma czupryne, czapa na uszach i widoczki przedniste. Kamienie spod kol, pyl, kurz. Sie lesno zrobilo, zielonolaczasto, a szczyty pozostaly wciaz osniezone. Carratera zwirowa i odcinek od Villa Manihuales do parku narodowego Queulat to taka prawdziwa poludniowa ameryka. Zatrzymywali sie co bym ciekawe zdjecia porobil, albo wody mineralnej skosztowal, skaczace przez wodospady lososie zobaczyl <nie stwierdzono, ale wczoraj spozyto z talerza!>. Zaliczylem jeszcze jeden walk na widoczek lodowca <znow FSC> w Queulat i dokulalem sie do Puyuhuapi. Taka niepretensjonalna wioska zalozona przez Niemcow zaledwie 70 lat temu. Sie staraja mieszkancy rozwijac turystyke, takze milo spedzilem czas na wieczornej przechadzce. A miejscowi mezyczyzni pozwolili mi dogladnac jak rzucaja takimi metalowymi "krazkami hokejowymi" do czegos w rodzaju mieszanki zaprawy murarskiej i blota. Rzecz w tym by rzucic jak najblizej rozciagnietej linki. Cos w rodzaju naszej slaskiej "ducy". I maja takie fajny licznik punktowy.
Jeszcze cos. Na obszarze XI Regionu Carratera ma jakies 800-900 km, a zyje tu niespelna 100 tysiecy ludzi. Jurek! Przyjezdzaj tu na ten rower poki nie wyasfaltuja calej tej drogi. Bo ona straci te magie.
No i po Pinochecie. Przypadkiem zerknalem u pani sklepikarki na telewizor <kiedy ja ostatni raz ogladalem jakas telewizje, hmmmm??> i palily sie opony na ulicach Santiago. Ale juz w VOHiggins pani co byla "Trabajoderem roku 2000" bo tak miala na dyplomie, z przerazeniem mowila ze "General es muy mal" i cosik tam mi tlumaczyla. rozprawialismy o roznych rzeczach stojac w wiejskim Chaiten i zartowalismy na widok przejezdzajacych carabinieros, czy nas nie portraktuja jako demonstracje, bo bylo nas czterech ludzia, pies, dwa koty i tak na ucho jakies tysiac zab w stawie. Ale generalnie ludzie na zadupiu maja ta cala polityke w dupie. Hitem tego dnia byl park Pumalin. Po pierwsze, bo jest to las deszczowy, ale nie tropikalny, lecz klimatu umiarkowanego. Piekne, wligotne zielska klebia sie wokol ciebie, a ty idziesz stromymi kladkami podziwiac potezne wodospady ukryte w gaszczu. I drzewa, co maja po dwa tysiace lat. chyba nawet sobie ciezko to wyobrazic. Dwa tysiaki, a to dalej stoi. Wielkie, potezne alerce, co na nasz tlumaczy sie jako modrzewie, ale chyba jest troche inne, spokrewnione z sekwojami. Po wtore <oto jest poprawna polszczynza> Pumalin jest interesujacy, bo byl pierwszym prywatnym parkiem na swiecie. Douglas Tompkins, gosciu ktory zalozyl "The North Face", ktorgos dnia wykupil wszystkie te tereny i teraz mozna lazic tam, za darmo co najwazniejsze.
No i ludzie, jak zwykle. Co robi autostopowicz na widok drugiego takiego. Sie cieszy, bo jest z kim pogadac i wymienic sie wrazeniami. I sie troche martwi, bo gdzie kucharek szesc… tam sie kurde nic nie zatrzymuje, szczegolnie jak dwoch chlopa stoi. No wiec pierwszego spotkalem Amerykanina, taki skater-kozaczek, nieznosny na pierwszy rzut oka, ale laknal bidok towarzystwa, wiec smy sie zakumplowali i przy kartonowym winku sie hopek rozklelil ze teskni za domem, za swoimi kurczakami, bo tata farme ma. Ale w sumie byl pozytwny. Amerykancy generalnie sa inni. Ale jeszcze bardziej inni sa Izraelczycy. Nie sposob nie przeklnac czasem pod nosem widac te hordy na pustkowiach Chile. Przewaznie w grupie, przewaznie glosno, przewaznie zajeci soba i majacy w dupie wszystko i wszystkjich dookola. Ale jak sie z nimi gada jeden na jednego to wychodza z nich super ludzie. Utknalem z Szlejchomem <kurde moze przekrecilem jego imie> na granicy. Chlopak by wesoly, wyciagnal kuchenke, makaronik, cebule i zaczelismy pichcic. I gadac. wymienilismy nasze monety, poogladalismy zdjecia i pozniej jeszcze jechalismy do Trevelin. Kurde, slucham jego historii jak z innego swiata. Jak katiusze spadaly kolo jego domu na polnocy Izraela, jak pierwszy raz do niego strzelano, jak wyciagali jakichs ludzi z piwnic Dzeninu, jak w sierpniu maszerowal przez poludniowy Liban. slucha sie tego i mozna zrozumiec, czemu Zydzi sa jacy sa. Kazdego dnia przeciez kobita siedzaca kolo ciebie w autobusie moze wysadzic sie. razem z toba. Sluchajac jego i tego dobrego Libanczyka, jaka pozycje masz przyjac. Obydwaj sa przeciez dobrymi ludzmi. Pochodzacymi ze zlego rejonu siwata.
I jeszcze postac Nichiolasa, Kanadyjczyka, mieszkajacego w Chile <to z nim stanowilismy nielegalne zebranie, tylko nie wiemy czy pro czy anty generalskie>. Leb jak sklep. kedzierzawe wlosy wystajace spod czapy. ma mini biuro podrozy i czysci tez rury jak trzeba, nie ma lekko. ale jest cos w tych ludziach fascynujacego, ktorzy porzucaja dostatek i rabia drwa na poludniu.
Zapuscilem sie teraz na druga strone Kordyliery i zamienilem zimowa kurtke na letnie sandaly. Zaczal sie czas podrozowania w cieple
PS. kazdego dnia uczysz sie czegos nowego. Lapalismy stopa z tym Amerykancem i pies taki jeden <chyba bardzo glodny pies taki jeden> podwinal nam jedzenie w woreczku. Zamiast go gonic Amerykaniec rzucil kamieniem w blizej nieokreslonym kierunku i pies puscil worek. Inaczej by z nim uciekal. Ot pieska natura. Nie wiedzialem o tym. Nigdy nie mialem psa