Wow! Wow!! Wow!!! Coz moge innego powiedziec? Jak inaczej wyrazic moje podroznicze szczescie. Takie chwile, takie dwa dni jak poprzednie to kwintesencja podrozowania. I to na dodatek odpowiednio nagrodzona. Drugi grudnia. Juz 2006 rok sie konczy, taka broda mu urosla jak zawsze na rysunkowych satyrach. Dwudziesta trzecia w Villa O’Higgins. Usuhaia koncem swiata? No nie, smiech na sali. Chcecie zobaczyc koniec swiata, przyjedzcie tu gdzie sie konczy chilijska zwirowa droga. Wiecie, mam cala drewniana chatke dla siebie <szkoda ze tylko dla siebie
)>. W kominku sie tli ogien z drwa swiezo zrabanego, z sidika akurat doorsi lecom ale jest jeszcze mnostwo dobrej muzyki do odsluchania. ffffffuuuu bibilioteka tez niczego sobie. Zapelnilem zoladek moim standardowym wybrykiem: noodles, tuna i sos z puszki. Cala chata z drewna. Takie marzenie wiekszosci ludzi, szczegolnie teraz kiedy znow zaczynaja was katowac tym niesmiertelnym "merry christmas, I gave you my heart" czy jakos w ten desen. mam rachunek z supermarketu od Brunildy. szesc osiemset chilijskich peso, "i’m the freedom man", genuine lager Becker, "that’s how lucky i am". Kto chce tu mieszkac i z jakich powodow? A Chile pcha ludzi dalej i dalej na poludnie. Jak kiedys generala Higginsa, ktory wzial w posiadanie te wszystkie bezuzyteczne i nieskazitelnie pieknie tereny. Tylko wiatr, zielona woda jezior ktorych fale szaleja niczym morze. I owce. Konie, krowy, troche drobiu. Cisna dalej na poludnie. Gadalem z kolesiem, ktory wiozl zeskalpowane zwloki dwoch cerdero. Jest kims w rodzaju doradcy dla osiemnastu czlowieka zyjacych wokol Lago O’Higgins. Maja swoje domy odizolowane na brzegach jeziora. Lodz raz na tydzien przeplywa, ale niekoniecznie sie zatrzyma. Jako agronom moj znajomy doradza im jak pasc, jak sadzic. A tak w ogole to oni przynosza same straty i tylko dotacje maja tu racje bytu.
Tak, a w ogole to do Chile tym razem przyszedlem. Wiele dziwnych granic przekraczalem, ale ta jest naprawde odlegla i taka na wskros zielona. Wymaga wysilku. Wymaga troche planowania. I jest piekna. Jest niezapomniana. Widok na Fitz Roy, niczym na tolkienowska gore przeznaczenia. Jeziora, trzesawiska, setki strumykow do przekroczenia. To byl jeden z najlepszych trekkingow w moim zyciu. Z ciezkim garbem na plecach i malym na brzuchu. i sam na szlaku, zlapac cotygodniowe polaczenie. a jak bedzie zla pogoda, to sorry winetu, zimujesz tydzien. po smierdzaco turystycznych cenach Chalten, po pieknym meczacym dniu chodzenia, zainstalowalem sie na klifie, z moim namiocikiem. Jak dobrze ze tu jeszcze nie wybudowali drogi. Jak dobrze, ze tego nie ma w przewodnikach, ze trzeba sie dowiadywac poczta pantoflowa. Patagonia po raz ktorys powala na kolana. Jest mi dobrze w Albergue "El Mosco"! "run with me …."