Torres del Paine i lodowiec Perito Moreno
Po tym jak odpoczalem zdeczko i sie zamyslilem po Antarktydzie ruszylem szybkim stopem do
Nastepne noce w Torres del Paine nie byly na szczescie tak zimne jak pierwsza. Drugiego dnia przedreptalem do Campamento Italiano i patrzylem na schodzace lawiny z Cerro Paine Grande. A rankiem popedzilem na gore i tak sie zapedzilem, ze doszedlem do miejsca, skad moglem zobaczyc poludniowa Torres od drugiej strony. Koncowka tego dnia byla najfajniejszym przezyciem z tego rejonu. Dreptalem przez rozlegle laki, rozlewiska, wrzosowiska wzdluz Rio Grey. Czulem sie jak ten hobbit z owlosionymi stopami. Widoki byly przpiekne, muzyczka mi grala i co najwazniejsze bylo po rownym. Nie trzeba bylo szurac gora-dol. Kolejny milion euro zaoszczedzilem wracajac stopem do Puerto Natales, gdzie z Agnieszka i Jackiem przegadalismy caly dzien do poznej nocy. To pierwsi Polacy ktorych spotkalem od wrzesnia, od czasu Rio de Janeiro. Malo nas tu w Ameryce Poludniowej.
Kolejny dzien zaczalem od milego sniadanka na wietrznym nabrzezu Natales i troche poczekalem na granicy az zlapalem stopa do El Calafate. El "C" socks bo zyje z turystow i to czuc. Ale znow jakos sie udalo dostopowac do lodowca Perito Moreno, gdzie tym razem padlem ofiara argentynskiego FSC. slynny to lodowiec bo ma z 5 kilometrow dlugosci i schodzi prosto w wody Lago Argentino i od czasu do czasu kawalek sciany sie urywa i spada z hukiem do wody. Jako ze odleglosci sa, to odglos slychac pare sekund po tym jak lod spadnie do wody. i ludzie sie odwracaja z wielkim "uuuuuuuuuuu", ale "uuuuuuuuuuu" juz jest za pozno. Trzeba obrac sobie jedna strone do obserwacji i cierpliwie czekac. Tak szczerze, nie podobalo mi sie za bardzo tu. Ale to czy sie w danym miejscu podoba czy nie, zalezy od wielu czynnikow.