12.12.2006 relacja z Torres del Paine i lodowca Perito Moreno

Torres del Paine i lodowiec Perito Moreno

Po tym jak odpoczalem zdeczko i sie zamyslilem po Antarktydzie ruszylem szybkim stopem do Punta Arenas i dalej do Puerto Natales, ktory jest baza wypadowa do slynnego chilijskiego parku narodowego Torres del Paine. pamietam, ze sie kiedys zaczytywalem w pismach wspinaczkowych i gorskich o stromych scianach wiez <Torres> i rogow <Cuernos>. Zapakowalem na plecak mnostwo zarcia i klnac na FSC <faszystowski system cen> zaplacilem 30 USD za wjazd do parku. powerrrra mialem pierwszego dnia i szybko zainstalowalem namiocik na campamento Torres, tuz pod slynnymi wiezami. O 20.30 bylem na punkcie widokowym. samiuski, samiutenki, Bylo przepieknie, chmury operowaly, ale zobaczylem szczyty wszystkich trzech wiez, choc nie wszystkich rownoczesnie. Potem przyszla wyjatkowa zimna dla mnie noc. Musialem ruszyc glowa i ubralem na siebie co mialem, jako izolacji od ziemi uzylem kurtki, worka do niej, a na dodatek oproznilem plecak i po prostu w spiworze do niego wszedlem az po kolana. Ladnie zwiazalem, czapke na uszy zalozylem, spiwor po same oczy zawiazalem, pozycje embrionalna przyjalem i jakos sie dotrzymalo do rana. Czytam teraz "South" Shackeltona i zadne deszcze czy sniegi nie dorownaja temu co on tam opisuje. Opisuje jak sie probowal wydostac z Antarktydy po tym jak ich "Endurance" zatonal.

Nastepne noce w Torres del Paine nie byly na szczescie tak zimne jak pierwsza. Drugiego dnia przedreptalem do Campamento Italiano i patrzylem na schodzace lawiny z Cerro Paine Grande. A rankiem popedzilem na gore i tak sie zapedzilem, ze doszedlem do miejsca, skad moglem zobaczyc poludniowa Torres od drugiej strony. Koncowka tego dnia byla najfajniejszym przezyciem z tego rejonu. Dreptalem przez rozlegle laki, rozlewiska, wrzosowiska wzdluz Rio Grey. Czulem sie jak ten hobbit z owlosionymi stopami. Widoki byly przpiekne, muzyczka mi grala i co najwazniejsze bylo po rownym. Nie trzeba bylo szurac gora-dol. Kolejny milion euro zaoszczedzilem wracajac stopem do Puerto Natales, gdzie z Agnieszka i Jackiem przegadalismy caly dzien do poznej nocy. To pierwsi Polacy ktorych spotkalem od wrzesnia, od czasu Rio de Janeiro. Malo nas tu w Ameryce Poludniowej.

Kolejny dzien zaczalem od milego sniadanka na wietrznym nabrzezu Natales i troche poczekalem na granicy az zlapalem stopa do El Calafate. El "C" socks bo zyje z turystow i to czuc. Ale znow jakos sie udalo dostopowac do lodowca Perito Moreno, gdzie tym razem padlem ofiara argentynskiego FSC. slynny to lodowiec bo ma z 5 kilometrow dlugosci i schodzi prosto w wody Lago Argentino i od czasu do czasu kawalek sciany sie urywa i spada z hukiem do wody. Jako ze odleglosci sa, to odglos slychac pare sekund po tym jak lod spadnie do wody. i ludzie sie odwracaja z wielkim "uuuuuuuuuuu", ale "uuuuuuuuuuu" juz jest za pozno. Trzeba obrac sobie jedna strone do obserwacji i cierpliwie czekac. Tak szczerze, nie podobalo mi sie za bardzo tu. Ale to czy sie w danym miejscu podoba czy nie, zalezy od wielu czynnikow.

Dodaj odpowiedź