Archiwum z Grudzień 2006

21.12.2006 pierwszy dzien lata w Buenos Aires

czwartek, 21 Grudzień 2006

i dojechalem do wielkiej metropolii. najpierw patrzysz z podziwem na szerokie aleje, pomniki. architekture. potem patrzysz na przydworcowy i przyportowy syf. jakbym byl w New Dehli, setki smieci grupowane sa w stery, ciekawe czy to beda palic. jeno krow bakuje :) zalogowalem sie w ekstra hostelu i teraz bede prawdziwym backpackersem. ale na swieta zaplace troche wiecej, choc i tak w dormitorium. ale milo miluchno

(więcej…)

20.12.2006 dzwigiem

środa, 20 Grudzień 2006

rozne auta juz mi sie udalo zlapac. z koniami, z policjantami, z quadami i z roznymi innymi smiesznymi rzeczami, ale  wczoraj po raz pierwszy jechalem dzwigiem. na pace. 700 kilosow przejechalem! i wylaadowalem w prowincji pampa. to juz inna Argentyna! tesknilem za cieplem, ale az sie boje co bedzie bardziej na polnocy. bo tu juz parno.  
(więcej…)

19.12.2006 setka

wtorek, 19 Grudzień 2006

dzisiaj setny dzien jak wyruszylem w ameryke. i tyle!
(więcej…)

18.12.2006 Kraina Jezior (Lago Region)

wtorek, 19 Grudzień 2006

wiecie, siedze sobie tak przy piwku i odpowiadam na wiele maili, na ktore nie moglem odpowiedziec skuli braku pendrive’a i sobie mysle ze to taki substytut siedzenia w knajpie i romawiania po polsku. po prostu komunikacja w inny sposob. lubie ta samotnosc poznej nocy, dzwieki Mobyego, soczysta zielonosc ogrodu w El Bolson i gory ktore sie juz skryly za zmrokiem. salami z bagietka poszlo na kolacyjke, a jutro skoro swit <o 10 ha ha> ruszam na kraniec miasteczka i stopuje dalej. jesli jestescie zlaknieni pieknych widokow Patagonia powinna byc Waszym celem. Dzisiaj znow jechalem przez te pustkowia niczego. to moje ulubione nic.

Bariloche. Takie nasze Zakopane. Niby pikne takie to wszystko, ale za wszystko trzeba przeplacac. Zatrzymalem sie jednak, bo czas wyslac kurteczke zdobyczna do domu. Waze na wadze. 2,40kg. Powyzej dwoch kilo trzeba zalatwiac z celnikami sprawy, a poza tym to kosztuje. Powyciagalem z kieszeni rekawiczki i czapke, odrzucilem worek i dalej za duzo. Kaptur! odpialem kaptur, wrzucilem do tekturowej skrzynki i zostalo 80 gram zapasu! Akurat na tasme klejaca! Ufff, poszlo morzem. Bedzie na zajaczka jak znalazl.

Kolejnego dnia wyszedlem na ulice i bylem bez celu. Na polnoc wiedzialem, ale gdzie konkretnie to juz nie. Zatrzymal sie chilijski ciezarowiec, wiec zajechalem az do Temuco. Po drodze koles zamowil disco – caly taki cosik pieczonego miesa, ziemniakow i cebuli. Resztki miesa dostalem w sandwiczach i jeszcze mi na nastepny dzien starczylo. Ale koles nawijal cala droge. Az sie zmeczylem porzadnie od sluchania i gadania. Chcialem zobaczyc tu w Chile dwie rzeczy. Araukarie, najstarszy gatunek drzewa na swiecie. Rzeczywiscie jak sie na to patrzy to moznaby postawic obok dinozaura i sie by to swietnie wpasowalo. Dziwaczne drzewko i piekne. Taki moj jaguar wsrod roslin. No i wulkany, ktorych widzialem tylko podnoza, bo czuby w chmurach. Czekalem az to przewieje, ale zamiast przewiac to walilo rowniutkie dwa dni deszczem w izraelskim miescie Pucon. Przynajmniej poczytalem znowu. "Podroze z Herodotem". Fajnie sie czytalo i szybko.

Pobliski wulkan Villarica jak mowia miejscowi to "drugi najbardziej aktywny wulkan swiata". A jaki jest pierwszy? Nikt mi nie odpowiedzial. Wiec obrocilem znow na Argentyne i jestem teraz w spokojnym Junin. Juz mam dosc tych krajobrazow jezior. Niby to piekne, ale w gruncie rzeczy ile mozna?? Poza tym tu troche jak w Europie jest. Sezon na czeresnie mniami, i zaczalem kichac, bleeeeee. Zazwyczaj nie mam alergii na innych kontynentach. Ciagnie mnie na te patagonskie stepy! Tam jest jednostajnie :)

(więcej…)

16.12.2006 relacja z Carratera Austral

sobota, 16 Grudzień 2006

Z Villa O’Higgins do Puerto Montt ciagnie sie Carratera Austral, droga zwirowa w ciezkim trudzie zbudowana przez tereny na ktorych kroluja lasy, strumyki, wawozy, jeziora, wodospady. Nie ma lekko postawic tu droge! Spedzilem sporo czasu w VOH rozmawiajac z Hiszpanem Jorge, ktory sie tu osiedlil. Wiedzial tylko ze chce mieszkac w miejscu odizolowanym i chyba dobrze trafil. Wczesniej mieszkal w Rovaniemi. Ale sie rozwiodl :)

Podobalo mi sie tam. Ten jego drewniany domek, ta prostota i surowosc zycia. Ta pokora przed natura i byciem na koncu swiata. A jednoczesnie nowoczesnosc w postaci wypasionych 4WD, ktore tu, a nie na ulicach Wszawki sie naprawde przydaja, swietny system CB radia, lokalne radio, bibilioteka z darmowym internetem, taki maly, jeszcze mniejszy "Przystanek Alaska". Jorge ma minibus i terenowke, i glownie swiadczy wszelkie uslugi transportowo-pomocnicze we wsi. Jezdzilem z nim odebrac kobiety, ktore wybraly sie na lososie <baby lowia tu ryby, u nas to niespotykane – skomentowalem>, pojechalem zaladowac drewno do lasu i tak dalej. Nie bede sciemnial – podobalo mi sie to zadupie. A w zimie siedza przy kominku i czytaja ksiazki. Kot sie przypaletal, kon srodkiem drogi idzie, ot te klimaty. Droga jest tu dopiero od 6 lat, elektrycznosc non-stop od 2, internet od roku. Villa sie zmienia i juz chyba nie bedzie ta sama. Ja tu zjechalem, inni turysci tez. Ale to co tu mozna unikalnego zaobserwowac to jak wyglada proces kolonizacyjny. Jak czlowiek walczy z natura, zeby wydrzec kolejny kawalek lasu, kolejna zatoke, kolejny fiord, zbudowac nastepny most. To jest fascynujace. Tak musial wygladac caly swiat 100 lat temu. I spojrzcie na mape. Pomiedzy Villa O’Higgins a Ziemia Ognista jest jeszcze pare dobrych kilometrow ladu i wysp do zagospodarowania. Tam nie mieszka absolutnie nikt. Dziewicze szczyty do zdobycia, jeziora do nawigacji, a jakie rybki tam rosna. Po kilkadziesiat kilo! Oj bo sie podjaralem za bardzo. Spadam na zakupy :) p

Cochrane bylo bez historii. Z tym ze nastepnego dnia pelzalem a nie jechalem stopem. co prawda kilkoma, ale po dziewieciu godzinach mialem na liczniku 54 kilometry. Wieczorem sie polepszylo i wyladowalem 70 km dalej w Puerto Rio Tranquillo. Krajobrazy malownicze, ale te miasteczka po drodze wygladaja tak jakos strasznie ponure. Ludzie jacys tacy przygarbieni, pochyleni zmykaja przed wiatrem do swoich domostw. Tu nie ma pubow, nie ma kultury spotykania sie przy browcu. Bo browce drogie moze ;) W domach niby wszystkie sprzety AGD sa, ale tak jakos bidnie. Taka bieda zamoznego kraju jakim jest Chile. W Boliwii ludzie wiele nie maja, ale w porze obiadowej wszyscy pra na mercado, bo wiekszosc stac na obiad "na miescie". Tu kazdy w domu miesza swoja zupke z miesem i ja niestety tez musze sobie sam zarcie przyrzadzac.

Rankiem 3 godziny minely mi na kciukowaniu i czytaniu kolejnej antarktycznej odysei. Muzyczka. Jestem obecnie na etapie "18" Moby’ego. Za duzego wyboru nie mam. Az wreszcie zatrzymal sie koles, ktorego ze wzgeldu na charakterystyczny wyglad zapamietalem z przeprawy promowej przy Puerto Yungay. Powiedzial ze jedzie do nastepnej wioski 20 kilosow dalej. Moze byc. Zaczelismy gadac. skad jestes. co robisz. bla vla wla. Jak przejezdzalismy przez przedmiotowa <to z konsultingu mi zostalo, takie slowo klucz:)> wioske, koles rzekl ze tak wlasciwie jedzie tam gdzie ja. Podejrzewal ze jestem Zydkiem i sie kawerowal <upsss> w ten sposob. On jest Libanczykiem i generalnie nie w smak mu ta bananowa izraleska mlodziez, ktora wali tu stadami odreagowac sluzbe wojskowa. Fakt faktem, ze oprocz mnie to stopuja tu wylacznie izraelczycy. I to niewielu. A swoja droga ten bliskowschodni konflikt jest nie-do-rozwiazania.

Coyhaique. Szal cial w supermarkecie. Jedyne wieksze <45tys.>miasto w XI regionie. I chyba jedyne supermarkety. Kobiety z kalkulatorami i olowkami w rekach pchaja zapakowane po brzegi wozki. Kowboje w kapeluszach jakos nieswojo czujacy sie w wirze metropolii, setki pickupow na parkingach.

I dalej na polnoc. Nie bylo dla mnie miejsca w srodku, wiec wzieli mnie na pake. I to jest to! Wolnosc, wiatr we bujna ma czupryne, czapa na uszach i widoczki przedniste. Kamienie spod kol, pyl, kurz. Sie lesno zrobilo, zielonolaczasto, a szczyty pozostaly wciaz osniezone. Carratera zwirowa i odcinek od Villa Manihuales do parku narodowego Queulat to taka prawdziwa poludniowa ameryka. Zatrzymywali sie co bym ciekawe zdjecia porobil, albo wody mineralnej skosztowal, skaczace przez wodospady lososie zobaczyl <nie stwierdzono, ale wczoraj spozyto z talerza!>. Zaliczylem jeszcze jeden walk na widoczek lodowca <znow FSC> w Queulat i dokulalem sie do Puyuhuapi. Taka niepretensjonalna wioska zalozona przez Niemcow zaledwie 70 lat temu. Sie staraja mieszkancy rozwijac turystyke, takze milo spedzilem czas na wieczornej przechadzce. A miejscowi mezyczyzni pozwolili mi dogladnac jak rzucaja takimi metalowymi "krazkami hokejowymi" do czegos w rodzaju mieszanki zaprawy murarskiej i blota. Rzecz w tym by rzucic jak najblizej rozciagnietej linki. Cos w rodzaju naszej slaskiej "ducy". I maja takie fajny licznik punktowy.

Jeszcze cos. Na obszarze XI Regionu Carratera ma jakies 800-900 km, a zyje tu niespelna 100 tysiecy ludzi. Jurek! Przyjezdzaj tu na ten rower poki nie wyasfaltuja calej tej drogi. Bo ona straci te magie.

No i po Pinochecie. Przypadkiem zerknalem u pani sklepikarki na telewizor <kiedy ja ostatni raz ogladalem jakas telewizje, hmmmm??> i palily sie opony na ulicach Santiago. Ale juz w VOHiggins pani co byla "Trabajoderem roku 2000" bo tak miala na dyplomie, z przerazeniem mowila ze "General es muy mal" i cosik tam mi tlumaczyla. rozprawialismy o roznych rzeczach stojac w wiejskim Chaiten i zartowalismy na widok przejezdzajacych carabinieros, czy nas nie portraktuja jako demonstracje, bo bylo nas czterech ludzia, pies, dwa koty i tak na ucho jakies tysiac zab w stawie. Ale generalnie ludzie na zadupiu maja ta cala polityke w dupie. Hitem tego dnia byl park Pumalin. Po pierwsze, bo jest to las deszczowy, ale nie tropikalny, lecz klimatu umiarkowanego. Piekne, wligotne zielska klebia sie wokol ciebie, a ty idziesz stromymi kladkami podziwiac potezne wodospady ukryte w gaszczu. I drzewa, co maja po dwa tysiace lat. chyba nawet sobie ciezko to wyobrazic. Dwa tysiaki, a to dalej stoi. Wielkie, potezne alerce, co na nasz tlumaczy sie jako modrzewie, ale chyba jest troche inne, spokrewnione z sekwojami. Po wtore <oto jest poprawna polszczynza> Pumalin jest interesujacy, bo byl pierwszym prywatnym parkiem na swiecie. Douglas Tompkins, gosciu ktory zalozyl "The North Face", ktorgos dnia wykupil wszystkie te tereny i teraz mozna lazic tam, za darmo co najwazniejsze.

No i ludzie, jak zwykle. Co robi autostopowicz na widok drugiego takiego. Sie cieszy, bo jest z kim pogadac i wymienic sie wrazeniami. I sie troche martwi, bo gdzie kucharek szesc… tam sie kurde nic nie zatrzymuje, szczegolnie jak dwoch chlopa stoi. No wiec pierwszego spotkalem Amerykanina, taki skater-kozaczek, nieznosny na pierwszy rzut oka, ale laknal bidok towarzystwa, wiec smy sie zakumplowali i przy kartonowym winku sie hopek rozklelil ze teskni za domem, za swoimi kurczakami, bo tata farme ma. Ale w sumie byl pozytwny. Amerykancy generalnie sa inni. Ale jeszcze bardziej inni sa Izraelczycy. Nie sposob nie przeklnac czasem pod nosem widac te hordy na pustkowiach Chile. Przewaznie w grupie, przewaznie glosno, przewaznie zajeci soba i majacy w dupie wszystko i wszystkjich dookola. Ale jak sie z nimi gada jeden na jednego to wychodza z nich super ludzie. Utknalem z Szlejchomem <kurde moze przekrecilem jego imie> na granicy. Chlopak by wesoly, wyciagnal kuchenke, makaronik, cebule i zaczelismy pichcic. I gadac. wymienilismy nasze monety, poogladalismy zdjecia i pozniej jeszcze jechalismy do Trevelin. Kurde, slucham jego historii jak z innego swiata. Jak katiusze spadaly kolo jego domu na polnocy Izraela, jak pierwszy raz do niego strzelano, jak wyciagali jakichs ludzi z piwnic Dzeninu, jak w sierpniu maszerowal przez poludniowy Liban. slucha sie tego i mozna zrozumiec, czemu Zydzi sa jacy sa. Kazdego dnia przeciez kobita siedzaca kolo ciebie w autobusie moze wysadzic sie. razem z toba. Sluchajac jego i tego dobrego Libanczyka, jaka pozycje masz przyjac. Obydwaj sa przeciez dobrymi ludzmi. Pochodzacymi ze zlego rejonu siwata.

I jeszcze postac Nichiolasa, Kanadyjczyka, mieszkajacego w Chile <to z nim stanowilismy nielegalne zebranie, tylko nie wiemy czy pro czy anty generalskie>. Leb jak sklep. kedzierzawe wlosy wystajace spod czapy. ma mini biuro podrozy i czysci tez rury jak trzeba, nie ma lekko. ale jest cos w tych ludziach fascynujacego, ktorzy porzucaja dostatek i rabia drwa na poludniu.

Zapuscilem sie teraz na druga strone Kordyliery i zamienilem zimowa kurtke na letnie sandaly. Zaczal sie czas podrozowania w cieple :)

PS. kazdego dnia uczysz sie czegos nowego. Lapalismy stopa z tym Amerykancem i pies taki jeden <chyba bardzo glodny pies taki jeden> podwinal nam jedzenie w woreczku. Zamiast go gonic Amerykaniec rzucil kamieniem w blizej nieokreslonym kierunku i pies puscil worek. Inaczej by z nim uciekal. Ot pieska natura. Nie wiedzialem o tym. Nigdy nie mialem psa :)

(więcej…)

16.12.2006 relacja z Carratera Austral

sobota, 16 Grudzień 2006

Z Villa O’Higgins do Puerto Montt ciagnie sie Carratera Austral, droga zwirowa w ciezkim trudzie zbudowana przez tereny na ktorych kroluja lasy, strumyki, wawozy, jeziora, wodospady. Nie ma lekko postawic tu droge! Spedzilem sporo czasu w VOH rozmawiajac z Hiszpanem Jorge, ktory sie tu osiedlil. Wiedzial tylko ze chce mieszkac w miejscu odizolowanym i chyba dobrze trafil. Wczesniej mieszkal w Rovaniemi. Ale sie rozwiodl :)

 

Podobalo mi sie tam. Ten jego drewniany domek, ta prostota i surowosc zycia. Ta pokora przed natura i byciem na koncu swiata. A jednoczesnie nowoczesnosc w postaci wypasionych 4WD, ktore tu, a nie na ulicach Wszawki sie naprawde przydaja, swietny system CB radia, lokalne radio, bibilioteka z darmowym internetem, taki maly, jeszcze mniejszy "Przystanek Alaska". Jorge ma minibus i terenowke, i glownie swiadczy wszelkie uslugi transportowo-pomocnicze we wsi. Jezdzilem z nim odebrac kobiety, ktore wybraly sie na lososie <baby lowia tu ryby, u nas to niespotykane – skomentowalem>, pojechalem zaladowac drewno do lasu i tak dalej. Nie bede sciemnial – podobalo mi sie to zadupie. A w zimie siedza przy kominku i czytaja ksiazki. Kot sie przypaletal, kon srodkiem drogi idzie, ot te klimaty. Droga jest tu dopiero od 6 lat, elektrycznosc non-stop od 2, internet od roku. Villa sie zmienia i juz chyba nie bedzie ta sama. Ja tu zjechalem, inni turysci tez. Ale to co tu mozna unikalnego zaobserwowac to jak wyglada proces kolonizacyjny. Jak czlowiek walczy z natura, zeby wydrzec kolejny kawalek lasu, kolejna zatoke, kolejny fiord, zbudowac nastepny most. To jest fascynujace. Tak musial wygladac caly swiat 100 lat temu. I spojrzcie na mape. Pomiedzy Villa O’Higgins a Ziemia Ognista jest jeszcze pare dobrych kilometrow ladu i wysp do zagospodarowania. Tam nie mieszka absolutnie nikt. Dziewicze szczyty do zdobycia, jeziora do nawigacji, a jakie rybki tam rosna. Po kilkadziesiat kilo! Oj bo sie podjaralem za bardzo. Spadam na zakupy :) p

 

Cochrane bylo bez historii. Z tym ze nastepnego dnia pelzalem a nie jechalem stopem. co prawda kilkoma, ale po dziewieciu godzinach mialem na liczniku 54 kilometry. Wieczorem sie polepszylo i wyladowalem 70 km dalej w Puerto Rio Tranquillo. Krajobrazy malownicze, ale te miasteczka po drodze wygladaja tak jakos strasznie ponure. Ludzie jacys tacy przygarbieni, pochyleni zmykaja przed wiatrem do swoich domostw. Tu nie ma pubow, nie ma kultury spotykania sie przy browcu. Bo browce drogie moze ;) W domach niby wszystkie sprzety AGD sa, ale tak jakos bidnie. Taka bieda zamoznego kraju jakim jest Chile. W Boliwii ludzie wiele nie maja, ale w porze obiadowej wszyscy pra na mercado, bo wiekszosc stac na obiad "na miescie". Tu kazdy w domu miesza swoja zupke z miesem i ja niestety tez musze sobie sam zarcie przyrzadzac.

 

Rankiem 3 godziny minely mi na kciukowaniu i czytaniu kolejnej antarktycznej odysei. Muzyczka. Jestem obecnie na etapie "18" Moby’ego. Za duzego wyboru nie mam. Az wreszcie zatrzymal sie koles, ktorego ze wzgeldu na charakterystyczny wyglad zapamietalem z przeprawy promowej przy Puerto Yungay. Powiedzial ze jedzie do nastepnej wioski 20 kilosow dalej. Moze byc. Zaczelismy gadac. skad jestes. co robisz. bla vla wla. Jak przejezdzalismy przez przedmiotowa <to z konsultingu mi zostalo, takie slowo klucz:)> wioske, koles rzekl ze tak wlasciwie jedzie tam gdzie ja. Podejrzewal ze jestem Zydkiem i sie kawerowal <upsss> w ten sposob. On jest Libanczykiem i generalnie nie w smak mu ta bananowa izraleska mlodziez, ktora wali tu stadami odreagowac sluzbe wojskowa. Fakt faktem, ze oprocz mnie to stopuja tu wylacznie izraelczycy. I to niewielu. A swoja droga ten bliskowschodni konflikt jest nie-do-rozwiazania.

 

Coyhaique. Szal cial w supermarkecie. Jedyne wieksze <45tys.>miasto w XI regionie. I chyba jedyne supermarkety. Kobiety z kalkulatorami i olowkami w rekach pchaja zapakowane po brzegi wozki. Kowboje w kapeluszach jakos nieswojo czujacy sie w wirze metropolii, setki pickupow na parkingach.

 

I dalej na polnoc. Nie bylo dla mnie miejsca w srodku, wiec wzieli mnie na pake. I to jest to! Wolnosc, wiatr we bujna ma czupryne, czapa na uszach i widoczki przedniste. Kamienie spod kol, pyl, kurz. Sie lesno zrobilo, zielonolaczasto, a szczyty pozostaly wciaz osniezone. Carratera zwirowa i odcinek od Villa Manihuales do parku narodowego Queulat to taka prawdziwa poludniowa ameryka. Zatrzymywali sie co bym ciekawe zdjecia porobil, albo wody mineralnej skosztowal, skaczace przez wodospady lososie zobaczyl <nie stwierdzono, ale wczoraj spozyto z talerza!>. Zaliczylem jeszcze jeden walk na widoczek lodowca <znow FSC> w Queulat i dokulalem sie do Puyuhuapi. Taka niepretensjonalna wioska zalozona przez Niemcow zaledwie 70 lat temu. Sie staraja mieszkancy rozwijac turystyke, takze milo spedzilem czas na wieczornej przechadzce. A miejscowi mezyczyzni pozwolili mi dogladnac jak rzucaja takimi metalowymi "krazkami hokejowymi" do czegos w rodzaju mieszanki zaprawy murarskiej i blota. Rzecz w tym by rzucic jak najblizej rozciagnietej linki. Cos w rodzaju naszej slaskiej "ducy". I maja takie fajny licznik punktowy.

 

Jeszcze cos. Na obszarze XI Regionu Carratera ma jakies 800-900 km, a zyje tu niespelna 100 tysiecy ludzi. Jurek! Przyjezdzaj tu na ten rower poki nie wyasfaltuja calej tej drogi. Bo ona straci te magie.

 

No i po Pinochecie. Przypadkiem zerknalem u pani sklepikarki na telewizor <kiedy ja ostatni raz ogladalem jakas telewizje, hmmmm??> i palily sie opony na ulicach Santiago. Ale juz w VOHiggins pani co byla "Trabajoderem roku 2000" bo tak miala na dyplomie, z przerazeniem mowila ze "General es muy mal" i cosik tam mi tlumaczyla. rozprawialismy o roznych rzeczach stojac w wiejskim Chaiten i zartowalismy na widok przejezdzajacych carabinieros, czy nas nie portraktuja jako demonstracje, bo bylo nas czterech ludzia, pies, dwa koty i tak na ucho jakies tysiac zab w stawie. Ale generalnie ludzie na zadupiu maja ta cala polityke w dupie. Hitem tego dnia byl park Pumalin. Po pierwsze, bo jest to las deszczowy, ale nie tropikalny, lecz klimatu umiarkowanego. Piekne, wligotne zielska klebia sie wokol ciebie, a ty idziesz stromymi kladkami podziwiac potezne wodospady ukryte w gaszczu. I drzewa, co maja po dwa tysiace lat. chyba nawet sobie ciezko to wyobrazic. Dwa tysiaki, a to dalej stoi. Wielkie, potezne alerce, co na nasz tlumaczy sie jako modrzewie, ale chyba jest troche inne, spokrewnione z sekwojami. Po wtore <oto jest poprawna polszczynza> Pumalin jest interesujacy, bo byl pierwszym prywatnym parkiem na swiecie. Douglas Tompkins, gosciu ktory zalozyl "The North Face", ktorgos dnia wykupil wszystkie te tereny i teraz mozna lazic tam, za darmo co najwazniejsze.

 

No i ludzie, jak zwykle. Co robi autostopowicz na widok drugiego takiego. Sie cieszy, bo jest z kim pogadac i wymienic sie wrazeniami. I sie troche martwi, bo gdzie kucharek szesc… tam sie kurde nic nie zatrzymuje, szczegolnie jak dwoch chlopa stoi. No wiec pierwszego spotkalem Amerykanina, taki skater-kozaczek, nieznosny na pierwszy rzut oka, ale laknal bidok towarzystwa, wiec smy sie zakumplowali i przy kartonowym winku sie hopek rozklelil ze teskni za domem, za swoimi kurczakami, bo tata farme ma. Ale w sumie byl pozytwny. Amerykancy generalnie sa inni. Ale jeszcze bardziej inni sa Izraelczycy. Nie sposob nie przeklnac czasem pod nosem widac te hordy na pustkowiach Chile. Przewaznie w grupie, przewaznie glosno, przewaznie zajeci soba i majacy w dupie wszystko i wszystkjich dookola. Ale jak sie z nimi gada jeden na jednego to wychodza z nich super ludzie. Utknalem z Szlejchomem <kurde moze przekrecilem jego imie> na granicy. Chlopak by wesoly, wyciagnal kuchenke, makaronik, cebule i zaczelismy pichcic. I gadac. wymienilismy nasze monety, poogladalismy zdjecia i pozniej jeszcze jechalismy do Trevelin. Kurde, slucham jego historii jak z innego swiata. Jak katiusze spadaly kolo jego domu na polnocy Izraela, jak pierwszy raz do niego strzelano, jak wyciagali jakichs ludzi z piwnic Dzeninu, jak w sierpniu maszerowal przez poludniowy Liban. slucha sie tego i mozna zrozumiec, czemu Zydzi sa jacy sa. Kazdego dnia przeciez kobita siedzaca kolo ciebie w autobusie moze wysadzic sie. razem z toba. Sluchajac jego i tego dobrego Libanczyka, jaka pozycje masz przyjac. Obydwaj sa przeciez dobrymi ludzmi. Pochodzacymi ze zlego rejonu siwata.

 

I jeszcze postac Nichiolasa, Kanadyjczyka, mieszkajacego w Chile <to z nim stanowilismy nielegalne zebranie, tylko nie wiemy czy pro czy anty generalskie>. Leb jak sklep. kedzierzawe wlosy wystajace spod czapy. ma mini biuro podrozy i czysci tez rury jak trzeba, nie ma lekko. ale jest cos w tych ludziach fascynujacego, ktorzy porzucaja dostatek i rabia drwa na poludniu.

 

Zapuscilem sie teraz na druga strone Kordyliery i zamienilem zimowa kurtke na letnie sandaly. Zaczal sie czas podrozowania w cieple :)

 

PS. kazdego dnia uczysz sie czegos nowego. Lapalismy stopa z tym Amerykancem i pies taki jeden <chyba bardzo glodny pies taki jeden> podwinal nam jedzenie w woreczku. Zamiast go gonic Amerykaniec rzucil kamieniem w blizej nieokreslonym kierunku i pies puscil worek. Inaczej by z nim uciekal. Ot pieska natura. Nie wiedzialem o tym. Nigdy nie mialem psa :)  
(więcej…)

12.12.2006 El Bolson

wtorek, 12 Grudzień 2006

no to mialem troche trudnosci, ale w koncu texty z moich poprzednich miejsc wrzucilem na stronke. El Bolson zmierzam stopem z samego poludnia i bardzo bardzo mi sie podoba. Co mi sie nie podoba to perspektywa rychlego konca podrozy. Stoje na poboczach, czasem cos wcinam, czasem przejade ze sto kilometrow, a jak nie jade to slucham muzy i czytam ksiazki

czeknijcie to. mnie tez uwzglednili. viva Krakow, dawna stolica polakow

http://serwisy.gazeta.pl/turystyka/1,50348,3766943.html

(więcej…)

12.12.2006 – relacja z Villa O´Higgins

wtorek, 12 Grudzień 2006

Wow! Wow!! Wow!!! Coz moge innego powiedziec? Jak inaczej wyrazic moje podroznicze szczescie. Takie chwile, takie dwa dni jak poprzednie to kwintesencja podrozowania. I to na dodatek odpowiednio nagrodzona. Drugi grudnia. Juz 2006 rok sie konczy, taka broda mu urosla jak zawsze na rysunkowych satyrach. Dwudziesta trzecia w Villa O’Higgins. Usuhaia koncem swiata? No nie, smiech na sali. Chcecie zobaczyc koniec swiata, przyjedzcie tu gdzie sie konczy chilijska zwirowa droga. Wiecie, mam cala drewniana chatke dla siebie <szkoda ze tylko dla siebie :-o )>. W kominku sie tli ogien z drwa swiezo zrabanego, z sidika akurat doorsi lecom ale jest jeszcze mnostwo dobrej muzyki do odsluchania. ffffffuuuu bibilioteka tez niczego sobie. Zapelnilem zoladek moim standardowym wybrykiem: noodles, tuna i sos z puszki. Cala chata z drewna. Takie marzenie wiekszosci ludzi, szczegolnie teraz kiedy znow zaczynaja was katowac tym niesmiertelnym "merry christmas, I gave you my heart" czy jakos w ten desen. mam rachunek z supermarketu od Brunildy. szesc osiemset chilijskich peso, "i’m the freedom man", genuine lager Becker, "that’s how lucky i am". Kto chce tu mieszkac i z jakich powodow? A Chile pcha ludzi dalej i dalej na poludnie. Jak kiedys generala Higginsa, ktory wzial w posiadanie te wszystkie bezuzyteczne i nieskazitelnie pieknie tereny. Tylko wiatr, zielona woda jezior ktorych fale szaleja niczym morze. I owce. Konie, krowy, troche drobiu. Cisna dalej na poludnie. Gadalem z kolesiem, ktory wiozl zeskalpowane zwloki dwoch cerdero. Jest kims w rodzaju doradcy dla osiemnastu czlowieka zyjacych wokol Lago O’Higgins. Maja swoje domy odizolowane na brzegach jeziora. Lodz raz na tydzien przeplywa, ale niekoniecznie sie zatrzyma. Jako agronom moj znajomy doradza im jak pasc, jak sadzic. A tak w ogole to oni przynosza same straty i tylko dotacje maja tu racje bytu.

Tak, a w ogole to do Chile tym razem przyszedlem. Wiele dziwnych granic przekraczalem, ale ta jest naprawde odlegla i taka na wskros zielona. Wymaga wysilku. Wymaga troche planowania. I jest piekna. Jest niezapomniana. Widok na Fitz Roy, niczym na tolkienowska gore przeznaczenia. Jeziora, trzesawiska, setki strumykow do przekroczenia. To byl jeden z najlepszych trekkingow w moim zyciu. Z ciezkim garbem na plecach i malym na brzuchu. i sam na szlaku, zlapac cotygodniowe polaczenie. a jak bedzie zla pogoda, to sorry winetu, zimujesz tydzien. po smierdzaco turystycznych cenach Chalten, po pieknym meczacym dniu chodzenia, zainstalowalem sie na klifie, z moim namiocikiem. Jak dobrze ze tu jeszcze nie wybudowali drogi. Jak dobrze, ze tego nie ma w przewodnikach, ze trzeba sie dowiadywac poczta pantoflowa. Patagonia po raz ktorys powala na kolana. Jest mi dobrze w Albergue "El Mosco"! "run with me …."

(więcej…)

12.12.2006 relacja z Torres del Paine i lodowca Perito Moreno

wtorek, 12 Grudzień 2006

Torres del Paine i lodowiec Perito Moreno

Po tym jak odpoczalem zdeczko i sie zamyslilem po Antarktydzie ruszylem szybkim stopem do Punta Arenas i dalej do Puerto Natales, ktory jest baza wypadowa do slynnego chilijskiego parku narodowego Torres del Paine. pamietam, ze sie kiedys zaczytywalem w pismach wspinaczkowych i gorskich o stromych scianach wiez <Torres> i rogow <Cuernos>. Zapakowalem na plecak mnostwo zarcia i klnac na FSC <faszystowski system cen> zaplacilem 30 USD za wjazd do parku. powerrrra mialem pierwszego dnia i szybko zainstalowalem namiocik na campamento Torres, tuz pod slynnymi wiezami. O 20.30 bylem na punkcie widokowym. samiuski, samiutenki, Bylo przepieknie, chmury operowaly, ale zobaczylem szczyty wszystkich trzech wiez, choc nie wszystkich rownoczesnie. Potem przyszla wyjatkowa zimna dla mnie noc. Musialem ruszyc glowa i ubralem na siebie co mialem, jako izolacji od ziemi uzylem kurtki, worka do niej, a na dodatek oproznilem plecak i po prostu w spiworze do niego wszedlem az po kolana. Ladnie zwiazalem, czapke na uszy zalozylem, spiwor po same oczy zawiazalem, pozycje embrionalna przyjalem i jakos sie dotrzymalo do rana. Czytam teraz "South" Shackeltona i zadne deszcze czy sniegi nie dorownaja temu co on tam opisuje. Opisuje jak sie probowal wydostac z Antarktydy po tym jak ich "Endurance" zatonal.

Nastepne noce w Torres del Paine nie byly na szczescie tak zimne jak pierwsza. Drugiego dnia przedreptalem do Campamento Italiano i patrzylem na schodzace lawiny z Cerro Paine Grande. A rankiem popedzilem na gore i tak sie zapedzilem, ze doszedlem do miejsca, skad moglem zobaczyc poludniowa Torres od drugiej strony. Koncowka tego dnia byla najfajniejszym przezyciem z tego rejonu. Dreptalem przez rozlegle laki, rozlewiska, wrzosowiska wzdluz Rio Grey. Czulem sie jak ten hobbit z owlosionymi stopami. Widoki byly przpiekne, muzyczka mi grala i co najwazniejsze bylo po rownym. Nie trzeba bylo szurac gora-dol. Kolejny milion euro zaoszczedzilem wracajac stopem do Puerto Natales, gdzie z Agnieszka i Jackiem przegadalismy caly dzien do poznej nocy. To pierwsi Polacy ktorych spotkalem od wrzesnia, od czasu Rio de Janeiro. Malo nas tu w Ameryce Poludniowej.

Kolejny dzien zaczalem od milego sniadanka na wietrznym nabrzezu Natales i troche poczekalem na granicy az zlapalem stopa do El Calafate. El "C" socks bo zyje z turystow i to czuc. Ale znow jakos sie udalo dostopowac do lodowca Perito Moreno, gdzie tym razem padlem ofiara argentynskiego FSC. slynny to lodowiec bo ma z 5 kilometrow dlugosci i schodzi prosto w wody Lago Argentino i od czasu do czasu kawalek sciany sie urywa i spada z hukiem do wody. Jako ze odleglosci sa, to odglos slychac pare sekund po tym jak lod spadnie do wody. i ludzie sie odwracaja z wielkim "uuuuuuuuuuu", ale "uuuuuuuuuuu" juz jest za pozno. Trzeba obrac sobie jedna strone do obserwacji i cierpliwie czekac. Tak szczerze, nie podobalo mi sie za bardzo tu. Ale to czy sie w danym miejscu podoba czy nie, zalezy od wielu czynnikow.

(więcej…)

07.12.2006 Coyhaique

piątek, 8 Grudzień 2006

jestem tu i jade na polnoc. wsio w porzadku choc stopy sa wolniejsze a ceny jakos takie wyzsze

dzieki mikolajowi za prezenty

wiecej tekstu bedzie wkrotce. obiecuje!!!

(więcej…)