Prawda, ze znowu dwie magiczne nazwy? Z Polski wydaja sie tak odlegle. I nagle staja sie tak bliskie, tak realne, tak piekne, i tak wietrzne. Bylem jedynym turysta w parku nardowym niedaleko Punta Arenas. I mialem widoczki na wzburzone wody ciesniny i Tierra del Fuego w oddali. Ale bedzie glownie o stopowaniu, ktore odkrywam na nowo. Onegdaj <tak po staropolsku> to byl moj sposob na tanie podorozwanie, ale teraz jest w nim cos innego. Z Punta Arenas mialem sie przeprawic promem na Ziemie Ognista. Ale wialo 120 na godzine i prom nie poplynal. Za to sie dowiedzialem, ze na wezszym przesmyku na polnocy prom chodzi, wiec wzialem sie za stopowanie, z wiatrem, deszczem, sloncem i tecza. Pomalu, pomalu wydostalem sie z przedmiesc i podjechal z fajnym kolesiem az pod przeprawe. Nirvana w tle i sru przez pustkowia. Potem dwoch wedkarzy starszych mnie wzielo i chwali naszego papieza pod niebiosa. W ogole ten nasza papa sprawia, ze kazdy na Ciebie patrzy jakos lepiej, inaczej, tak jak mlodzi kolesie na dworcu w Corrientes studiujacy jego przemowienia. Czasem dochodzi do tego Wielki Lechu, maly Lato i zarozumialy Boniek. Oto Polska wlasnie! Rybacy mowili mi ze tam nic nie jezdzi, ale nie chcialem im wierzyc. Mialo sie okzac ze jezdzi rzeczywsicie niewiele.

Wyznaje w stopowaniu zasade – zawsze do przodu. Nawet jesli to ma byc tylko kilometrow to jakos sie nie mierzi tak bardzo czekanie. No i mnie wysadzili na rozdrozu, gdzie na mapie byla osada, a w realu … pustka. Przez trzy godziny w pozadana przeze mnie strone przejechal jeden samochod. I sie nie zatrzymal. Usiadlem wiec na plecaku. A wiatr hulal wsypujac do moich oczu, butow i kieszeni drobinki pylu i kamyczki. Oj wtedy sie nakrzyczalem na cale gardlo, az owieczki pouciekaly w sina dal. No ale w koncu przejechal nastepny samochod <prowadzony przez specaliste od owieczek>.
- jedzie pan do San Sebastian -padlo pytanie
- blisko – padla odpowiedz
No i wysadzil mnie 11 km od celu. Dla niego to bylo blisko, ale i ja dalem rade. Slonce w plecy, wiatr w plecy wiec dalo sie zyc. Potem raz dwa trzy i nastepnym stopem wyladowalem w roponosnym Rio Grande. Na kolacje hicior – flaczki na zimno w sosie vignerete. I salonik w hostelu Argentino. I wtedy poczulem sie radosnie, bo moglem skonczyc na wichurzastym niebycie a skonczylem calkiem przyjemnie.
Rancem dwa piekne stopy. Piekne bo kolesie mowili wolno, wreszcie po hiszpansku. Pomalu, niedzielnie. Easy like sunday morning. Spokojnie tu i tam. Bylo o Peronie, o Evicie, o wojnie o Falklandy-Malwiny, o klimacie ze sie szybko ociepla, o autochtonach, o tym ze jest plaga bobrow <mozna zarobic 5 peso jak sie do urzedu ogon bobra przyniesie>. Ostatni odcinek z Tolhuin do Ushuaia jest przepiekny. Po tysiacach kilometrow jalowej ziemi, ktora jest wlasnie piekna przez swoj ogrom, nagle wyrosly strome szczyty. Osniezone na czubach, zielone lasami u podstawy. Lasy! Jeziora! A ty fruniesz ta jezdnia na koniec swiata.

No i jestem caly zniecierpliwiony co z tym bialym ladem. Dzis niedziela i wiekszosc rzeczy pozamykana. Ale gadu gadu z jedna agencja i widoki sa pozytywne. Jedna wycieczka ma problemy z przylotem, a to znaczy mucho przestrzeni do zagospodarowania na statku. Jutro ide walczyc
(więcej…)