Archiwum z Listopad 2006

07.11.2006 jestem druga kategoria

środa, 8 Listopad 2006

tak to jest jak ie kupi last minute

traktuja cie jak …

podobno jacys oficjele jada i nie ma miejsca zaproponowali nam rejs 10 listopada albo zwrot kasy

mniejszy statek wiec jak dla mnie to nawet lepiej ale nie podoba mi sie sposob traktowania

coz mozesz zrobic? powiedziec ok pojade nastepnym

(więcej…)

06.11.2006 ANTARKTYDA!!!

poniedziałek, 6 Listopad 2006

a jednak jednak jednak sie udalo

plyne. 10 dni do swiata ktory podobno najbardziej KOSMICZNY z ziemskich miejsch. a przeciez kosmos jest w nas ;) ))))))))))))))))))))))))))))

dawno tak czegos nie chcialem. dawno sie tak nie denerwowalem. last minute poszlo. 60% znizki. ichaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

jest pieknie

(więcej…)

06.11.2006 will the dream comes true?

poniedziałek, 6 Listopad 2006

uffffffffffffffffffffffffffffff

uffffffffffffffffffffffffffffffff

sluchajcie jestem bliski Antarktydy

za super cene, super last miute. odplyw jutro

maly problem techniczny bo potrzebuje jeszcze jedna osobe do kabiny

ale sie znajdzie i bedzie dobrze

kurde nie moge usiedziec. adrenalinka

(więcej…)

05.11.2006 Ziemia Ognista i Ciesnina Magellana

poniedziałek, 6 Listopad 2006

Prawda, ze znowu dwie magiczne nazwy? Z Polski wydaja sie tak odlegle. I nagle staja sie tak bliskie, tak realne, tak piekne, i tak wietrzne. Bylem jedynym turysta w parku nardowym niedaleko Punta Arenas. I mialem widoczki na wzburzone wody ciesniny i Tierra del Fuego w oddali. Ale bedzie glownie o stopowaniu, ktore odkrywam na nowo. Onegdaj <tak po staropolsku> to byl moj sposob na tanie podorozwanie, ale teraz jest w nim cos innego. Z Punta Arenas mialem sie przeprawic promem na Ziemie Ognista. Ale wialo 120 na godzine i prom nie poplynal. Za to sie dowiedzialem, ze na wezszym przesmyku na polnocy prom chodzi, wiec wzialem sie za stopowanie, z wiatrem, deszczem, sloncem i tecza. Pomalu, pomalu wydostalem sie z przedmiesc i podjechal z fajnym kolesiem az pod przeprawe. Nirvana w tle i sru przez pustkowia. Potem dwoch wedkarzy starszych mnie wzielo i chwali naszego papieza pod niebiosa. W ogole ten nasza papa sprawia, ze kazdy na Ciebie patrzy jakos lepiej, inaczej, tak jak mlodzi kolesie na dworcu w Corrientes studiujacy jego przemowienia. Czasem dochodzi do tego Wielki Lechu, maly Lato i zarozumialy Boniek. Oto Polska wlasnie! Rybacy mowili mi ze tam nic nie jezdzi, ale nie chcialem im wierzyc. Mialo sie okzac ze jezdzi rzeczywsicie niewiele.

Wyznaje w stopowaniu zasade – zawsze do przodu. Nawet jesli to ma byc tylko kilometrow to jakos sie nie mierzi tak bardzo czekanie. No i mnie wysadzili na rozdrozu, gdzie na mapie byla osada, a w realu … pustka. Przez trzy godziny w pozadana przeze mnie strone przejechal jeden samochod. I sie nie zatrzymal. Usiadlem wiec na plecaku. A wiatr hulal wsypujac do moich oczu, butow i kieszeni drobinki pylu i kamyczki. Oj wtedy sie nakrzyczalem na cale gardlo, az owieczki pouciekaly w sina dal. No ale w koncu przejechal nastepny samochod <prowadzony przez specaliste od owieczek>.

- jedzie pan do San Sebastian -padlo pytanie

- blisko – padla odpowiedz

No i wysadzil mnie 11 km od celu. Dla niego to bylo blisko, ale i ja dalem rade. Slonce w plecy, wiatr w plecy wiec dalo sie zyc. Potem raz dwa trzy i nastepnym stopem wyladowalem w roponosnym Rio Grande. Na kolacje hicior – flaczki na zimno w sosie vignerete. I salonik w hostelu Argentino. I wtedy poczulem sie radosnie, bo moglem skonczyc na wichurzastym niebycie a skonczylem calkiem przyjemnie.

Rancem dwa piekne stopy. Piekne bo kolesie mowili wolno, wreszcie po hiszpansku. Pomalu, niedzielnie. Easy like sunday morning. Spokojnie tu i tam. Bylo o Peronie, o Evicie, o wojnie o Falklandy-Malwiny, o klimacie ze sie szybko ociepla, o autochtonach, o tym ze jest plaga bobrow <mozna zarobic 5 peso jak sie do urzedu ogon bobra przyniesie>. Ostatni odcinek z Tolhuin do Ushuaia jest przepiekny. Po tysiacach kilometrow jalowej ziemi, ktora jest wlasnie piekna przez swoj ogrom, nagle wyrosly strome szczyty. Osniezone na czubach, zielone lasami u podstawy. Lasy! Jeziora! A ty fruniesz ta jezdnia na koniec swiata.

 

No i jestem caly zniecierpliwiony co z tym bialym ladem. Dzis niedziela i wiekszosc rzeczy pozamykana. Ale gadu gadu z jedna agencja i widoki sa pozytywne. Jedna wycieczka ma problemy z przylotem, a to znaczy mucho przestrzeni do zagospodarowania na statku. Jutro ide walczyc :)

(więcej…)

Ziemia Ognista i Ciesnina Magellana

poniedziałek, 6 Listopad 2006

Prawda, ze znowu dwie magiczne nazwy? Z Polski wydaja sie tak odlegle. I nagle staja sie tak bliskie, tak realne, tak piekne, i tak wietrzne. Bylem jedynym turysta w parku nardowym niedaleko Punta Arenas. I mialem widoczki na wzburzone wody ciesniny i Tierra del Fuego w oddali. Ale bedzie glownie o stopowaniu, ktore odkrywam na nowo. Onegdaj <tak po staropolsku> to byl moj sposob na tanie podorozwanie, ale teraz jest w nim cos innego. Z Punta Arenas mialem sie przeprawic promem na Ziemie Ognista. Ale wialo 120 na godzine i prom nie poplynal. Za to sie dowiedzialem, ze na wezszym przesmyku na polnocy prom chodzi, wiec wzialem sie za stopowanie, z wiatrem, deszczem, sloncem i tecza. Pomalu, pomalu wydostalem sie z przedmiesc i podjechal z fajnym kolesiem az pod przeprawe. Nirvana w tle i sru przez pustkowia. Potem dwoch wedkarzy starszych mnie wzielo i chwali naszego papieza pod niebiosa. W ogole ten nasza papa sprawia, ze kazdy na Ciebie patrzy jakos lepiej, inaczej, tak jak mlodzi kolesie na dworcu w Corrientes studiujacy jego przemowienia. Czasem dochodzi do tego Wielki Lechu, maly Lato i zarozumialy Boniek. Oto Polska wlasnie! Rybacy mowili mi ze tam nic nie jezdzi, ale nie chcialem im wierzyc. Mialo sie okzac ze jezdzi rzeczywsicie niewiele.

Wyznaje w stopowaniu zasade – zawsze do przodu. Nawet jesli to ma byc tylko kilometrow to jakos sie nie mierzi tak bardzo czekanie. No i mnie wysadzili na rozdrozu, gdzie na mapie byla osada, a w realu … pustka. Przez trzy godziny w pozadana przeze mnie strone przejechal jeden samochod. I sie nie zatrzymal. Usiadlem wiec na plecaku. A wiatr hulal wsypujac do moich oczu, butow i kieszeni drobinki pylu i kamyczki. Oj wtedy sie nakrzyczalem na cale gardlo, az owieczki pouciekaly w sina dal. No ale w koncu przejechal nastepny samochod <prowadzony przez specaliste od owieczek>.

- jedzie pan do San Sebastian -padlo pytanie

- blisko – padla odpowiedz

No i wysadzil mnie 11 km od celu. Dla niego to bylo blisko, ale i ja dalem rade. Slonce w plecy, wiatr w plecy wiec dalo sie zyc. Potem raz dwa trzy i nastepnym stopem wyladowalem w roponosnym Rio Grande. Na kolacje hicior – flaczki na zimno w sosie vignerete. I salonik w hostelu Argentino. I wtedy poczulem sie radosnie, bo moglem skonczyc na wichurzastym niebycie a skonczylem calkiem przyjemnie.

Rancem dwa piekne stopy. Piekne bo kolesie mowili wolno, wreszcie po hiszpansku. Pomalu, niedzielnie. Easy like sunday morning. Spokojnie tu i tam. Bylo o Peronie, o Evicie, o wojnie o Falklandy-Malwiny, o klimacie ze sie szybko ociepla, o autochtonach, o tym ze jest plaga bobrow <mozna zarobic 5 peso jak sie do urzedu ogon bobra przyniesie>. Ostatni odcinek z Tolhuin do Ushuaia jest przepiekny. Po tysiacach kilometrow jalowej ziemi, ktora jest wlasnie piekna przez swoj ogrom, nagle wyrosly strome szczyty. Osniezone na czubach, zielone lasami u podstawy. Lasy! Jeziora! A ty fruniesz ta jezdnia na koniec swiata.

 

No i jestem caly zniecierpliwiony co z tym bialym ladem. Dzis niedziela i wiekszosc rzeczy pozamykana. Ale gadu gadu z jedna agencja i widoki sa pozytywne. Jedna wycieczka ma problemy z przylotem, a to znaczy mucho przestrzeni do zagospodarowania na statku. Jutro ide walczyc :)

(więcej…)

05.11.2006 koniec swiata?

niedziela, 5 Listopad 2006

ha. i dotarlem po stopowaniu do miejsca ktore nazywaja koncem swiata. Ushuaia, gdzie konczy sie swiat. najbardziej na poludnie wysuniete miasto swiata. choc jest jeszcze osada spora Puerto Wiliams no i cala Antarktyda gdzie cos w rodzaju osad tez jest.

ostatnie 100 kilometrow drogi jest wrecz oszalamiajce. przepieknie tu. a autostop jest niesamowity. bedzie wiecej wkrotce. musze obwachac teren

(więcej…)

02.11.2006 Absolutnie fantastyczne pustkowia

piątek, 3 Listopad 2006

Od czego tu zaczac? Moze zaczne od tego, ze zaczalem stopowac. Tu to sie nazywa dedo, czyli "jade palcem". Wbrew temu co sie na listach dyskusyjnych naczytalem, poszlo mi zaskakujaco latwo. Latwo, czyli nigdzie nie stalem wiecej niz godzine. zaczalem od puerto piramides i w miare gladko poszlo do Trelew. tam skusilem sie na genialna tenedor libre. Czyli jesz ile zdolasz. W przeciwienstwie do znanych mi tego typu knajp z Londynu czy Amserdamu tutaj nie karmia glownie ryzem i makaronem, lecz salatkami i owocami morza. Zjadlem chyba z pol kilo osmiorniczek, potem jeszcze takie fajne krazki rybne i jakas pysznosc morska na surowo, dopchalem przeroznymi salatkami, a na koniec deser z ciasta i lodow. Za 14 zeta to wszystko.

Podwiozlem sie busikiem na stacje wylotowa i zgarnal mnie stamtad Javier. Kierowca z Buenos Aires. Gosciu chyba nie gadal po hiszpansku tylko jakims argentynskim slangiem. Ciezko bylo bo musialem zgadywac co tez on gada. Zreszta pozniej jechalem z Chilijczykami i bylo jeszcze gorzej. Gosciu naparzal mi przez godzine jak to tez on urzadza grilla w weekandy. Jak kroi wolowine, jak doprawia wieprzowine, jak magluje kurczaka, jak rozdziabywuje ryby. Nie wiem tak naprawde o czym gadal. o grilu. Ale jade z Javierem i sie cos walnelo z systemem chlodniczym. Znaczylo to ze mielismy przymusowe przerwy na dolewanie wody. A mowia ze samochody na wode nie jezdza??!! Gosciu nie pierwszy raz jedzie, ale kanistrow z woda nie mial, wiec po ciemku zatrzymywalismy inne ciezarowki i z butelkami po coli sciagalismy od nich wode. Tak dojechalismy o polnocy do Comodoro Rivadavia. Dostalem gorne lozko w kabinie. Jak sie polozylem to od czubka nosa do sufitu mialem 15 centymentrow. Ale za friko. Rano przystapilismy do zdobycia czesci i naprawy tego co sie popsulo. Jako starszy mechanik nie mialem zielonego pojecia co jest grane i moje zadanie sprowadzalo sie do podawania kluczy i dolewania goracej wody do yerba mate. Ale… to wcale latwe nie bylo bo Comodoro byloby nie istnialo gdyby nie ropa. Jedyny powod dlaczego to miasto tu stoi. A nie istnialoby bo Comodore to stolica poludniowoamerykanskiego WIATRU. Wialo okrutnie, a naprawa trwala 6 godzin. Oj jak sie pozniej dobrze siedzialo w cieplej kabinie.

Gosciu jechal gdzies ze sprzetem do kopalni zlota i wysadzil mnie w TRES CERROS. Dla mnie to byl absolutny hit. Nie szukajcie tego miejsca na mapach. Nie znajdziecie. To jeden wiekszy domek, w ktorym powstaje profesjonalny zajazd. Cos co mozna nazwac osadami najblizszymi to Fitz Roy <132km na polnoc> i Puerto San Julian <148km na poludnie>. Pomiedzy tym absolutnie piekne nic. Pampa. Trawa po kostki, czasem jakis krzew po kolano. Aha i jedno drzewo za zajazdem, przy ktorym rozbilem swoj namiot. Nawet nie bylo najgorzej ze snem choc spalem w czym sie dalo i spiworze. Poszdlem przed siebie w nicosc i po dwoch godzinach wrocilem. Oddalone o kilkadziesiat kilometrow altiplano widac bylo jak na dloni. Strusie nandu, gwanako i domowe owieczki. Jakies tluste gesi patagonskie. Przepieknie. To kolejny po finansowym i jezykowym pozytywny aspekt autostopu. W zyciu bym tu nie byl gdyby nie przypadek. Rankiem wstalem i dlugo nie postalem jak zlapalem stopa kolejne 500 kilo do Rio Gallegos. Troche mi syberyjskie zadupia przypominaly miejscowe domki. Snieg z deszczem, wiatr, pastelowe domy i kafejki netowe otwarte do trzeciej nad ranem. Insomnia???

Uh, a dzisiaj wyszedlem o siodmej rano na RN3. dwa stopnie powyzej zera, tysiac metrow na sekunde wiatru ;) co sprawia ze tzw. wind chill factor daje cialu odczuc o wiele wiecej. Snieg z deszczem. Brrrrrrr.

Ale moze wtedy ludziom bardziej mieknie serce, bo swoje wymrazlem, ale sie jakos doczlapalem najpierw do granicy <gdzie moje auto pytali straznicy, a ja na to ze dedo :) > Mialem jechac krotsza droga do Ushuaia, ale trafil mi sie stop do Punta Arenas, a wialo tak ze podziekowalem za wysiadke na rozdrozu. No i spoznilem sie na prom i siedze sobie tu na wietrze teraz w Punta Arenas.

Podsumowujac, pierwsze dni na wschodnim wybrzezu Patagonii, tym teoretycznie mniej atrakcyjnym, jestem po prostu pod wielkim wrazeniem. Teraz tylko zeby Antarktyde dobrze rozegrac, zeby bylo dobrze :)

(więcej…)