29.10.2006 wieloryby
Patagonia. Ta nazwa dziala na wyobraznie, co? Po dwoch nocach spedzonych w autobusie <mialem dwa siedzenia wiec wyprobowalem wszelkie kombinacje ulozenia ciala do snu> dotarlem do Puerto Madryn. Dziwne, takie miasto nad oceanem, a dookola ciagnie sie pustka i pustka. Ale calkiem sympatyczne miasteczko. Polubilem. Dopiero poczatek sezonu i mozna poczuc sie troche jak na odleglym zadupiu, gdzie wszyscy wieczorem schodza sie do jednego pubu. Ale z Puerto Madryn bije jakis taki spokoj, dobrobyt rzeklbym nawet. I po raz kolejny sobie pomyslalem, tak jak gdy mijalismy "Glowackim" male domki na szwedzkich brzegach, czy jak spacerowalem po plazach Rio, pomyslalem ze byc moze nadszedl czas zamieszkac nad morzem. Morze w sobie cos ma. A juz na pewno przyjemnie jest biegac po plazy. Madryn jest juz turystyczne i hostele dziela i rzadza i ceny juz tez poludniowe. A tak w ogole to nigdy jeszcze tak daleko na poludnie nie bylem. Afryka "konczy sie" gdzies na trzydziestu kilku szerokosci poludniowej, a tu juz mam czterdziesci dwa i jeszcze RN3 przede mna i poludnie przede mna
A wszystko to pisze z malego hoteliku w malej osadzie Puerto Piramidas na Polwyspie Valdes. Turystow sporo, ale tu jest jakos inaczej. Pan sobie cos rzebi, pani sztrykuje na drutach, kot pije wode stojac na krawedzi akwarium z rybkami. Telewizor przygrywa. Pelno pustych butelek. Dzis byl mini adventure race tutaj <50 pedalowania, 11 biegania i 5 kajakowania>, ah byloby milo sobie tu tak pobiegac i pojezdzic z nimi. Ale… to co tu sprowadza caly swiat to wieloryby. W oslonietej od oceanu zatoce jest ich cale mnostwo. Ryknalem z zachwytu jak widzialem tego stwora co zywi sie planktonem i krylem a jest przy tuszy jakies kilkadziesiat ton. Stalem na skale i mialem do pani wielorybowej i niniosa jakies 80 metrow. Mozna podplynac lodzia, ale smierdzi stonkarstwem i tanie nie jest. A tak satysfakcja o wiele wieksza. I lwy morskie nawet wskoczyly z nimi poplywac, a inne leniwie sie grzaly i przytulaly. Piekne surowe krajobrazy. I zrobilem to budzetowo. Bo ciecie maja tu kilka taryf. Dla mieszkancow prowincji, kraju i extrajeneros. No to ja juz bylem przygotowany na haje z pytaniami czy jako Polak zuzywam wiecej tlenu czy jak. Kobita trzy razy pytala mnie po angielsku i hiszpansku skad jestem, a ja z glupim usmiechem odpowiadalem Argentina. I wiecie ze przeszlo!! A wczoraj w muzeum bylem bliski przekonania kobity, ze nie tylko jestem Argentyczykiem, ale jeszczem ponizej dwudziestu lat. A w tv mowia, ze Maradona ma swoj pierwszy pomnik. Aha i jeszcze widzialem dzis orki. Tez wieloryby tyle, ze nie gardza mieskiem. Pieknie skakaly az sie chcialo z nimi wskoczyc do wody! Pure nature! Patagonia!
Ten wpis został opublikowany niedziela, 29 Październik 2006 o 15:31 i jest zaszufladkowany do kategorii Bez kategorii. Możesz śledzić wszystkie odpowiedzi do tego wpisu poprzezkanał RSS 2.0.
Możesz dodać odpowiedź lub trackback ze swojej strony.
29.10.2006 wieloryby
Patagonia. Ta nazwa dziala na wyobraznie, co? Po dwoch nocach spedzonych w autobusie <mialem dwa siedzenia wiec wyprobowalem wszelkie kombinacje ulozenia ciala do snu> dotarlem do Puerto Madryn. Dziwne, takie miasto nad oceanem, a dookola ciagnie sie pustka i pustka. Ale calkiem sympatyczne miasteczko. Polubilem. Dopiero poczatek sezonu i mozna poczuc sie troche jak na odleglym zadupiu, gdzie wszyscy wieczorem schodza sie do jednego pubu. Ale z Puerto Madryn bije jakis taki spokoj, dobrobyt rzeklbym nawet. I po raz kolejny sobie pomyslalem, tak jak gdy mijalismy "Glowackim" male domki na szwedzkich brzegach, czy jak spacerowalem po plazach Rio, pomyslalem ze byc moze nadszedl czas zamieszkac nad morzem. Morze w sobie cos ma. A juz na pewno przyjemnie jest biegac po plazy. Madryn jest juz turystyczne i hostele dziela i rzadza i ceny juz tez poludniowe. A tak w ogole to nigdy jeszcze tak daleko na poludnie nie bylem. Afryka "konczy sie" gdzies na trzydziestu kilku szerokosci poludniowej, a tu juz mam czterdziesci dwa i jeszcze RN3 przede mna i poludnie przede mna
A wszystko to pisze z malego hoteliku w malej osadzie Puerto Piramidas na Polwyspie Valdes. Turystow sporo, ale tu jest jakos inaczej. Pan sobie cos rzebi, pani sztrykuje na drutach, kot pije wode stojac na krawedzi akwarium z rybkami. Telewizor przygrywa. Pelno pustych butelek. Dzis byl mini adventure race tutaj <50 pedalowania, 11 biegania i 5 kajakowania>, ah byloby milo sobie tu tak pobiegac i pojezdzic z nimi. Ale… to co tu sprowadza caly swiat to wieloryby. W oslonietej od oceanu zatoce jest ich cale mnostwo. Ryknalem z zachwytu jak widzialem tego stwora co zywi sie planktonem i krylem a jest przy tuszy jakies kilkadziesiat ton. Stalem na skale i mialem do pani wielorybowej i niniosa jakies 80 metrow. Mozna podplynac lodzia, ale smierdzi stonkarstwem i tanie nie jest. A tak satysfakcja o wiele wieksza. I lwy morskie nawet wskoczyly z nimi poplywac, a inne leniwie sie grzaly i przytulaly. Piekne surowe krajobrazy. I zrobilem to budzetowo. Bo ciecie maja tu kilka taryf. Dla mieszkancow prowincji, kraju i extrajeneros. No to ja juz bylem przygotowany na haje z pytaniami czy jako Polak zuzywam wiecej tlenu czy jak. Kobita trzy razy pytala mnie po angielsku i hiszpansku skad jestem, a ja z glupim usmiechem odpowiadalem Argentina. I wiecie ze przeszlo!! A wczoraj w muzeum bylem bliski przekonania kobity, ze nie tylko jestem Argentyczykiem, ale jeszczem ponizej dwudziestu lat. A w tv mowia, ze Maradona ma swoj pierwszy pomnik. Aha i jeszcze widzialem dzis orki. Tez wieloryby tyle, ze nie gardza mieskiem. Pieknie skakaly az sie chcialo z nimi wskoczyc do wody! Pure nature! Patagonia!
Ten wpis został opublikowany niedziela, 29 Październik 2006 o 15:31 i jest zaszufladkowany do kategorii Bez kategorii. Możesz śledzić wszystkie odpowiedzi do tego wpisu poprzezkanał RSS 2.0.
Możesz dodać odpowiedź lub trackback ze swojej strony.