14.10.2006 Potosi

Jakbym trzy lata temu popatrzyl na swoj obecny sposob podrozowania to bym sie chyba wysmial doszczetnie. No ale wtedy to mialem 20 dni urlopu. Inaczej sie mierzy czas. Siedze juz trzeci dzien w Potosi, podobno najwyzej polozonym miescie swiata. Petam sie po ulicach bez celu, ladu i skladu. Bez przewodnika w reku, bez aparatu w kieszeni. Czasem wejde do jakiegos, kosciolka, czasem zrobie wysilek by wejsc na wyzszy poziom zeby zobaczyc miasto, czasem wstapie na targ, a to po lokalny maks slony ser albo po czerwoniutkie jablka. Czasem pogadam z turystami, ktorych spootyka sie w tych samych miejscach. No i duzo internetu. Duzo. Zaczalem cos majstrowac przy stronce i kurka padla. No to w szoku, ze niby sie wszystko to co pisalem stracilo. Ale przez przypadek zagladnalem do kolegi obok, a on jedzie w joomli. Spadl mi z nieba software engineer z Tuluzy. Pomogl chlopak za co wielkie dzieki i stronka znow hula. Poszlismy razem na kolacyjke, jeszcze z jego dziewczyna, ale cos te wszystkie francuskie dziewczyny uwsteczniaja swoich chlopow. Co poznaje zabe to moznaby noce przeimprezowac, a jak sie pojawiaja z tymi swoimi kobitkami to impreza konczy sie w mig. Jedynym wyjatkiem jaki mi przychodzi na mysl jest Zette od Geat’a. viva Sydney! oj miluchno zesmy spedzali czas na Woolloomoolloo.

No to Potosi. Trzy lata temu podrozowalem tu z Austriakiem, ktorego imienia juz nie pamietam. Pamietam, ze po przyjezdzie do domu chcial zalozyc hodowle lam u babci na wsi. Jestem bardzo ciekaw czy mu sie udalo. Zatrzymalem sie w tym samych hotelu, ot taki sentymentalny jestem. Rzadko powracam do tych samych miejsc, ktore juz zwiedzilem, ale jakos teraz tak wyszlo. milo poznawac te same lokale, w ktorych zesmy konsumowali. Albo fontanne, gdzie padly i wino i litrowe piwka Potosina, a cala owczesna noc zakonczyla sie jakas mistyczna potrawa w jakiejs najtanszej z najtanszych jadlodajni Boliwii.

A teraz jeszcze cos o Sucre. Spedzilem tam 10 niezwyklych dni. Moze nie zawsze wszystko gralo jak nalezy, ale pokochalem to miasto i wpisze je do katalogu miast, ktore uznaje za swoje. Przede wszystkim ekipa uczniakow okazala sie swietna i poza tradycyjnym spososobem spedzania czasu gringos, czyli przesiadywaniem w restauracjach mialem okazje pograc w siatkowke albo rozegrac emocjonujace partyjki szachow, przejsc sie weekendowo po gorach, obalic flaszeczke singani przy ognisku, smazyc nalesniki, czy powylegiwac sie na lezakach w Cafe Mirador. Szkola tez byla fajna. Naprawde sporo z niej wynioslem, teraz tylko trzeba sie zmusic, zeby kontynuowac nauke. No i ten sierociniec.

Naprawde fajne doswiadczenie. Mojego ulubionego Fernando wkrotce adoptuje rodzina z Wloch. Albo wyprawy stromymi ulicami na pick-upie. Eh Sucre to raj. Jedyne co moge zarzucic to za waskie chodniki. Szkoda mi bylo wyjezdzac, szkoda. Po tych kilku dniach jak przypadkowo spotykasz miejscowych Boliwijczykow, ludzi ze szkoly, czy expatow mieszkajacych tu na dluzej to jest to naprawde fajne uczucie. Czujesz sie jak u siebie! Sucre nie chcialo mni wypuscic. wstalem w czwartek rano, a ulice poblokowane bo strajk jakis. Na szczescie przed poludniem wyluzowali i moglem pomachac na pozegnanie!

Komentarze są wyłączone.