Jest 4:15 nad ranem. na osma mamy zbiorke na wycieczke w gory, na weekend. dwie, moze max trzy godziny snu. ale jak mi milo! W zyciu przeciez wazne sa tylko chwile. takie chwile jak w sucre. moze i narombanym zdeczka, ale przeca o to w tym calym podorozwaniu chodzi. Chodzi o Rage Against the Machine <Koczot pamietasz rure i mega?>, o marleya i o nirvane posrodku wiosennej nocy w Sucre. chodzi o to, ze takie chwile jak podroz taxowka w dziesiec osob <ja w bagazniku> to jest cos niepowtarzalnego. i jesli jest tak dobrze, to tylko mozna powiedziec, ze "never stop exploring". never, ever. bo to to co robi podroz piekna to wlasnie chwile <co nie Kozi?>. To wlasnie to Sucre, na pograniczu biedy i bogactwa, pelnych zoladkow i zebrakow. bialych i kolorowych. hiszpanskiego i angielskiego. to sucre salsy i zwyklej dyskoteki. to Sucre malin! dobrze jest!