1 pazdziernika. Postanowilem cos zmienic, cos. Sam nie wiem co, ale musze zaczac czerpac wieksza radosc z tej podrozy. Moze to podroz solo nie wplywa najlepiej, wczesniej mi to jakos tak bardzo nie przeszkadzalo.
Wiecie co w podrozowaniu jest niesamowite. Siedze w swojej klitce, moze 1,5×3 metry w boliwijskim Santa Cruz. Zagladam do swojej kosmetyczki. i co widze? Konczy mi sie papier toaletowy kupiony dawno temu kupiony w Macedonii, za to pasta do zebow z Brazylii jeszcze calkiem napeczniala w swojej objetosci. szczoteczka do zebow zakupiona w sztokholmskim sklepie sieci "Netto" jeszcze bedzie dobrze dobrze pucowala, a jak! Mydlo zielenia pachnace z Polski rozpuszcza sie pomalu w czerwonej mydelniczce zakupionej w Nigrze, a ostatnia butelka plynu do soczewek z Australii za chwile odleci do smieci. Wymienilem niedawno ostrza do golenia nabyte w dojczlandach, ale podejrzewam ze krem do golenia z Pakistanu starczy mi do konca podrozy. Jeszcze mi sie paletaja jakies sztuczne lzy zakupione we Francji i tabletki antymalaryczne z Senegalu. na wieszakach w moim mega-roomie susza sie bluza i recznik, dwojka bez sternika z Indii. Moze dlatego to tak dlugo zawsze schnie? Skarpetki tureckie schna kurde w trzy sekundy! Caly swiat mam w plecaku. caly swiat i to jest piekne! Konczy mi sie doba hotelowa, no to ide na boliwijska saltene.
Kapitalizm to jest cos takiego, ze wysiadasz z autobusu na totalnym zadupiu Boliwii. Na tym zadupiu jest stacja kolejowa, ktorej pilnuje czterech spiacych soldatow <takich jak na Pradze> o sredniej wieku, a przynajmniej wygladu 15 lat. Pomiedzy torami swoja codzienna wedrowke rozpoczely swinki dwie szukajace czegos co nadaje sie do zjedzenia. Wysadzono mnie na takim zadupiu, potwierdzono ze to centrum San Jose de Chiquitos. Jakis zasapny pasazer wysiadl z wozu, rozciagnal kregi i powloczywszy nogami cztery cale kroki odlal sie posrodku drogi. I nagle z ciemnych czelusci wylonila sie babinka-bidulka dziarsko dzierzac termos w dloni i zaproponowala mi plastikowy kubeczek mocnej, slodkiej kawy. I to jest kapitalizm. Taki sam jak w Sankt Petersburgu, gdzie 24 godziny na dobe mozna kupic wodke w kiosku. I suszona rybe owinieta w folie. A do najblizszego kiosku nie bedzie dalej jak 200 metrow.
San Jose de Chiquitos. Pamietam na moim atlasie swiata, ta miejscowosc jawi sie jak opuszczona. Zaznaczona na zolto jako miejsce szczegolnie warte odwiedzenia, a dookola niej jakby pustka boliwijskich bezdrozy. Zawsze mialem wrazenie, ze jest metropolia Santa Cruz, linia kolejowa, nic, potem San Jose, znowu nic i granica z Brazylia. W rzeczywistosci sa jakies male osady po drodze, gdzie mozna w glebokich ciemnosciach zjesc mieso z grilla niewiadomego pochodzenia. San Jose de Chiquitos, zalozone jako misja jezuicka. Moze dlatego jak myslalem o misjach to wyobrazalem sobie dzungle dookola. Moze dlatego ten region bylby pierwszy w kolejce kandydatow do malych kosciolkow posrodku dzungli gdzie panuje spokoj i usmiech. I szczescie do konca zycia, ha! Ale zycie zaskakuje
No to sie teraz ucze hiszpanskiego. Wybralem Sucre, bo tu raz juz kiedys spedzilem pare godzin. I wydalo mi sie to miasteczko spoko. Zaczalem wiec dzisiaj moje hiszpanskie szprechanie i nawet jako tako idzie. Wieczorkiem cala ekipa, ktora uczeszcza do szkoly poszlismy do restauracji. Nie ma tu drogo, ale tak i tak mnie zalewa jak za malutkie porcyjki placi sie kilka razy wiecej niz w lokalnej jadlodajni. No ale nie moge byc taki dziki, co nie? No to nastepuje cala seria wymian uprzejmosci, pytan o to samo, skad przybyles i dokad podazasz, niezywyciezony <to taki zart>, z jakiego kraju, a ile lat. Ufffff, nie jestem gigantem w takich ogromnych spotkaniach przy stole i opowiesciach jak to kurna jest niewygodnie dzisiaj w tych samolotach. Trzeba 12 godzin leciec, a pozniej jeszcze trzy godziny na lotnisku czekac na przesiadke. A te telewizorki to taki male. Nuda, panie, nuda. Aajajajajajaj! Skandal! Ajajajajaj! Jak boli. Nikt mnie nie zrozumial, albo sie nie przyznal, ze latanie moze byc ekscytujace. Stary, mowie, wsiadasz w tym swoim kurde Munchen i za chwile jestes na czterech tysacach w La Paz. I gdzie tu ci zle? A on na to, ze przylecial do Santa Cruz, bo blizej
Ale jak wymiekna zwykli zjadacze wolowiny al cos tam w sosie el cos tam i polane vingerete <"no czekam juz na to vignerete 10 minut", znow skandal hihi> to znajdzie sie grupka z ktora milo potem wypic piwo. No dobra musze byc bardziej otwarty i przez tydzien jak tu bede wpasowac sie w ta konwencje ah, ehow. Perelki do wyluskania bowiem sa. Jutro ide popatrzec jak laski volunteering odprawiaja w sierocincu. Moze byc ciekawie.
To tyle na razie luznych uwag z Boliwii. Z Boliwii, ktora mnie po prostu zagina, bo po prostu swietnie sie tu czuje. I nawet jestem w stanie przymknac oko na bande lokalsow, metr piecdziesiat w kapeluszu, ktorzy wpychaja sie do kolejki. Edukuje lokalne spoleczenstwo, ale to raczej nie ma sensu. Zaczne uzywac swoich kanciastych lokci to sie indigenous nauczy porzadku. Aaaa, i czytam "Zaginiony swiat" Doyle’a. To tu znalazl inspiracje do tej powiesci.