2006.09.15 Paraty

dawno nie pisalem nic na tronke, co? no ale moze zaczne teraz cos wiecej. decyzja o wyjezdzie podjeta byla blyskawicznie. autobus do londynu (kto teraz jezdzi jeszcze autobusami?) i mial byc bilet lotniczy dookola swiata. ale z roznych wzgledow zdecydowalem sie na kupno biletu do Ameryki Poludniowej. Po dwoch dniach w londynie u Chmielika i Oli (dzieki, dzieki) odstalem swoje na heathrow. wyskoczylem z butow, oddalem na zlom paste do zebow bo zadnych plynow i zelow przewozic nie mozna. rano wyladowalem w 17 milionwym molochu. byscie widzieli jak tu metro wyglada :) pociag co 30 sekund, zapchane po ostatniego ludzia. wszyscy sampisci jada do pracy. nocami podobno sie samochody nie zatrzymuja na czetrwonych swiatlach, bo grozi kulka w leb. jest wiec niebezpiecznie. ja dojechalem w rejony atlantyku do Paraty. wziela mnie do swojej rodziny Atilla (obrigado, obrigado). na playstation przegralem z bratem mecz Polska-Brazylia 0:1, ale on mial Ronaldinho a ja kurka Rasiaka. a dzis siedze na kempingu. widoki takie ze nie dziwie sie ze miejscowi mowia Deus esta Brazilian – Bog jest Brazylijczykiem. woda, plaze, gory, wysepki, lodeczki, rybki i wino na stole. tylko drogo.

Czekam na jakies pomysly co w tej Ameryce zrobic. mam kilka miesiecy :)

Komentarze są wyłączone.