dawno nie pisalem nic na tronke, co? no ale moze zaczne teraz cos wiecej. decyzja o wyjezdzie podjeta byla blyskawicznie. autobus do londynu (kto teraz jezdzi jeszcze autobusami?) i mial byc bilet lotniczy dookola swiata. ale z roznych wzgledow zdecydowalem sie na kupno biletu do Ameryki Poludniowej. Po dwoch dniach w londynie u Chmielika i Oli (dzieki, dzieki) odstalem swoje na heathrow. wyskoczylem z butow, oddalem na zlom paste do zebow bo zadnych plynow i zelow przewozic nie mozna. rano wyladowalem w 17 milionwym molochu. byscie widzieli jak tu metro wyglada
pociag co 30 sekund, zapchane po ostatniego ludzia. wszyscy sampisci jada do pracy. nocami podobno sie samochody nie zatrzymuja na czetrwonych swiatlach, bo grozi kulka w leb. jest wiec niebezpiecznie. ja dojechalem w rejony atlantyku do Paraty. wziela mnie do swojej rodziny Atilla (obrigado, obrigado). na playstation przegralem z bratem mecz Polska-Brazylia 0:1, ale on mial Ronaldinho a ja kurka Rasiaka. a dzis siedze na kempingu. widoki takie ze nie dziwie sie ze miejscowi mowia Deus esta Brazilian – Bog jest Brazylijczykiem. woda, plaze, gory, wysepki, lodeczki, rybki i wino na stole. tylko drogo.
Czekam na jakies pomysly co w tej Ameryce zrobic. mam kilka miesiecy