22.07.06 – naddniestrze, kraj ktorego nie ma!

no i prosze, na 22 lipca zaplanowalem podroz do jednego z ostatnich bastionow komunizmu. Naddniestrze, taki twor co to nie bardzo sie czuje rumunsko moldawski, taki co nie chce sie pogodzic ze lenin juz nie-woecznie-zywy. takie cos nad dniestrem.

satelitarni wyhaczyli mne juz na granicy. pogadalem z szefem zmiany. o zyciu, o moim studenckim biednym zyciu, ale kurde i tak zapytal czy prezentu nie mam. a nie mam. za pol euro dali mi przepustke na jeden dzien i wjechalem w kraj gdzie dalej sie zamiata miotla ulice,  a krowy sie pasa tuz pod blokiem. mlode pary jezdza na full spidzei przez miasto i cykaja fotki pod pomnikiem czolgow, a potem jeszcze w dol rzeki na syrenach alarmowych na statku. a plaza pelna obok i kanikula w pelni. co do tych wesel to nawet starusienkiego jednego spotkalem ktory ze lzami w oczach opowiadal mi jak to on 40 lat temu swadbe swoja mial. fajnie sie go sluchalo a nowa para odjechala na niemieckich blachach przy dzwiekach kokojambo!

kase tu maja swoja, rejestracje samochodowe, znaczki pocztowe. tylko wszystko to nic nie warte bo tego nikt nie uznaje. aleje sowieckie, szerokie odjechane, przejscie dla pieszych co pol kilometra. wiec ide na druga strone, gdzie akurat chcialem. no i wyczail mnie gajownik. do budki wzial. satelitarna z glowy sciagnal. za ciasna widac bo wielki czerwony pasek wokol glowy odcisniety. zaczyna moralizowac cos o zebrze. to ja mu panie kiwam glowa jak ten glupol da da. a on ze chyba bede musial w tyraspolu troche czasu spedzic dluzej bo wykroczenie popelnilem ze ho ho ho. on sam tego nie rozstrzygnie ale zawiezie mnie na milicje i tam beda wielcy debatowac nad moim przypadkiem. a ja dalej z usmiechem da da da. a on to: pomysl co by bylo jakbys tak u siebie w kraju przechodzil nie po zebrze? a ja mu na to: szczerze? absolutnie nic. pomyslalem ze wy glupolo to tylko jaywalkerow mozecie lapac. pogadalimy, pokajalem sie, pokiwal palcem i sztrafu niet.

lenin fajny byl. pod palacem prezydenta. smirnowa zreszta. fajne nazwisko procentowe co? machnalem foty, siadlem na pustym placu kolo pomnika. za minute wyskakuje z gmaszyska koles. to juz wiedzialem ze sie nie poszedl przewietrzyc. a czemu tu siedze? a lenina podziwiam ale juz sobie ide. a on na to ze po drugiej stronie pomnik bohaterow wojny afganskiej to tam sobie moge siedziec, a nie tu przy leninie.

w drodze powrotnej spotkalem kolesia w polskiej koszulce z orlem. polak jestes – pytam? a on z perth z australii. i patrzy na moja koszulke z jakims aborygenskim stworem i pyta czym moze australijczyk. i tak spotkalem pierwszego podroznika w moldawii. pogadalismy, dobrze mi sie zrobilo na duchu ze nie tylko mi odjebalo, ale sa tacy jak on ktorzy trzy lata w domu nie byli. jezdzi od tallina do berlina. od damaszku do tirany. ten rejon swiata – juz trzy lata. bo kazdy ma inna podroznicza wypornosc. od dwoch tygodni w dabkach nad baltykiem po piec lat wokol swiata.  kazdy ma inna wypornosc. ciagnie cos zeby sie poniewierac. podroz to w wiekszosci brud, syf i jeszcze raz syf. ciagle poszukiwania. i jeszcze jak sie jest samemu to nie ma z kim rozsadnie pogadac. i trzeba to kurde zrozumiec. ze ciekawosc zwykla ciagnie kogos do jakiegos tyraspola. przeciez tu nikt nie przyjezdza. no moze ostatnio poznanski lech przyjechal by byc ograny przez jakies rezerwy szeryfa. bo oprocz smirnofa kraikiem rzadzi szeryf.

Komentarze są wyłączone.