Minal wielkanocny poniedzialek. Suchy bardzo, nawet powiedzialbym
sloneczny. Chociaz trzymalem szlauch w rece to nikomu sie woda nie
oberwalo, no bo ktoz by to zrozumial. Za to ludziska tyle dzisiaj w slonku
chlali kawy, ze az sie szklanki I filizanki pokonczyly. 4 bite godziny
absoulutnie “busy” jak my to nazywamy. Za to po robocie Aska, Krzysiek I
Magda przygotowali polskie zarcie na Maroubrze. Zurek, polskie mieso,
salatka warzywna I wielkanocna baba – pychota. No I dyskusje polskie przy
pustym stole, bo policyjny kraj wiec budek z alkoholem w swieta niet.
Jeszcze skype tuz przed druga I powrot przez Hyde Park na ŁoluGullum. na
glownej partkowej promenadzie rozkoszowalem sie samotnoscia I wystawa
zdjec pod wielkim chinskim lampionami. To sa te male abosulutnie
satysfakcjonujace momenty zycia w Sydney. Jutro wracam do szkoly. Pyrsk.