no i zapieprzam!
zostalem barista (nawet nie wiedzialem co to znaczy orzed przyjazdem do Australii) i robie podla kawe. ale to wyzwanie dla mnie i czasem wychodza mi perelki – to moj sukces zawodowy, po parzeniu kawy, robieniu szejkow i nalewaniu pepsi pucuje wszystko i olewam z weza maty. scieraja sie w naszej kafejce dwie mafie: Bangladesz i Polska. Jestem prawdziwym gastarbeiterem i bardzo sie ciesze z tego doswiadczenia. Sie ucze jak nie dac sie sponiewierac przy matolow, choc koniec koncow bardzo lubie ta ekipe. z Polkami sie sympatycznie pracuje, sobie gadamy i sie nalewamy z ludzi, rzeczy i innego co sie nawinie. kafejka centralnie w centrum. Codziennie lunch z widokiem na opere i harbour bridge. niebo jest czasami nieziemsko piekne, klienci zabawni, a czasem nawet z fajerwerkow huknie, wiec noc bywa kolorowa.
a druga prace mam przy liczeniu wszystkiego co sie rusza. dwa niesamowite tygodnie na lotnisku miedzynarodowym w Sydney z bagazami, ochrona, customsami, stewardesami, ochroniarzami, w slonce i w zimne noce. czytam mnostwo ksiazek jak jest luzniejsza lokalizacja, ogladam filmy na DVD z libanskimi ochroniarzami albo patrze jak laduja potezne maszyny z odleglych kontynentow. Patrze na Air Tahiti Nui i mysle ze juz niedlugo kiedys bede sie embarkowal na to cudo.
zapieprzam jak dziki osiol. 85 godzin na tydzien. z roboty do roboty biegiem. 2-3 godzin snu dziennie, nawet nie wiedzialem ze moge tak funkcjonowac. teraz lotnisko sie konczy wiec bedzie luzniej, ale juz jutro lece na jakas autostrade sledzic samochody co przewoza jakies niebezpieczne ladunki. czasem nawet trzeba myslec w tej robocie i uwierzcie mi nie kazdy potrafi liczyc – Hindusi czasem mnie zaskakuja swoim lenistwem
kafejka i liczenie – i Antarktyda coraz blizej. psie pieniadze dla lokalsow, ale po tygodniu pracy mam tysiac ozzie baksow. koszty zycia to jakies 200 wiec jestem zadowolony. ZYCIE JEST PIEKNE!!!!!!!!!!!!!! A Anatrktyda jakby blizej.