Archiwum z Marzec 2006

jak zostalem wlascicielem firmy

piątek, 10 Marzec 2006

No prosze, w Australii wszystko jest latwe. Mam wiec juz wlasna firme. Przyszedlem na komputer i w 20 minut otrzymalem ABN numer, ktory umozliwia mi prowadzenie samodzielnej dzialalnosci gospodarczej. Bede wiec ja prowadzil na wielka skale – bo bezposrednim bodzcem do uzyskania tego numeru byla mozliwosc niesamowitego biznesu polegajacego na sadzeniu jakis niezidentyikowanych sadzonek. Zobacze wiec jak mi te biznes za 12 na godzine bedzie szedl. Byleby tylko za duzo nie zarobic bo bede od tego musial odprowadzic podatek.

A tak powaznie to podoba mi sie, ze w 20 minut mozna byc "na swoim". Wyobrazam sobie ile milych Pan "z wasem" z okienka musialbym odwiedzic w Polsce. Bylbym ich ukochanym petentem.

A tak naprawde to wczoraj zapieprzalem jak dziki osiol w kafejce na Circular Quay – jako prawdziwy wloski coffeemaker. Nie bylo latwo, wiec sie stresowalem i klalem pod nosem. Przepadlo mi w zwiazku z tym liczenie samochodow, no ale za to jutro kolejna zabawa na greckim weselu.  Ichaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!

(więcej…)

Lucky winner

sobota, 4 Marzec 2006

Dlaczego Sydney da sie lubic nawet jak sie wstaje o 5:30 rano? Ano, bo sie mknie samochodem za 800 dolcow <nie moim> do Parku Olimpijskiego. Tam krotka rozgrzewka I 10 kilometrow przed nami. Bylo ciezko, ale rekord zyciowy padl. Padl, bo musial pasc, gdyz pierwszy raz w zyciu biegalem na tym dystansie. 42:33. Jak jeszcze pocwicze to ponizej czterdziestu postaram sie zejsc.

Na mecie wyzerka z arbuzow, bananow, ciasta, suszonych owocow I orzechow, zelkow I drinow. Najbardziej jednak pociagajaca byla taca pelna … kluczykow samochodowych. Przyjezdza sie na bieganie swoja beema I rzuca kluczyk do puli. Nawet tego zbytnio nikt nie pilnuje. Po biegu wybierasz sobie po prostu kluczyk I odjezdzasz. Proste.

To jednak nie koniec atrakcji. Rozdano nagrody dla najlepszych I jeszcze rozlosowano dwie nagrody wsrod wszystkich – moze z trzystu – uczestnikow. I jest!! Jedna z nagrod dla niejakiego Majknola. He he. Zalapalem sie na czapeczke, zoki I uwaga, uwaga voucher do realizacji w sklepie sportowym wart 50 baksow. Moznaby nie robic, ale zaraz po tym potruchtalem liczyc samochody na swiatlach. To niestety jedyny moj income w tym tygodniu. Ale robota fajna, bo nikt nie stoi nad glowa.

Co dzis zarobilem – wydalem na bilet na pociag I zakupy w Woolworthsie. Krolewska porcja pasty I mozna ogladac film. Juz kiedys widzialem I zapomnialem, ze strasznie mi sie podobal. "L’Auberge Espagnol" sie w oryginale nazywal, a w Polsce smakiem zycia ktos go nazwal. Piekny, schemat Erasmusa zawsze ten sam, te same klimaty, zwyciestwa, porazki, radosc, znuzenie, poranne powroty do domu, niespodziewane odwiedziny, po prostu – smak zycia! I niewazne czy Barcelona, Louven, Manchester czy Rotterdam. Dzisiaj wieczorem idziemy na sequel do "kina pod blaskiem ksiezyca" – jak to moznaby przetlumaczyc.

Fajle zolte, niebieskie, czerwone – a oni tam zapierd…. w te marcowe wieczory, parafrazujac jednego takiego co tez sie urwal z tego kieratu.

PS. “Russian dolls” druga czesc powalila swoja nicoscia, ale kino pod ksiezycem fajne

(więcej…)