Pierwsza podroz po Australii

tak sie zlozylo, ze musialem zjawic sie w Melbourne. polecailem tanio i wyladowalem gdzies w szczerym polu. Miasto ok, ale nic nadzwyczajnego. Wieczorem caly dystrykt biznesowy wyludniony jak pustynia. Tylko jakies plakaty wieszaja i przygotowuja sie na Commonwealth Games, ktore za 3 tydnie sie rozpoczynaja tutaj. Spotkalem sie z Krzychem i po piwku zesmy wychylili, a pozniej mielismy troche funu i staralismy sie kupic bilety na World Cup. Prawie wszyscy w kafejce robili to samo i pomyslalem o milionach Europejczykow, Brazyljczykow i Afrykanczykow probujacych w tym samym czasie dostac sie na ta sama strone.

Po dwoch dniach w Melbourne wrocilem do korzeni – czyli do autostopowania. Ogolnie na calej trasie poszlo bardzo dobrze, jedynie z wyjatkiem wyjazdu z duzych miast tj. Melbourne I Canberry. Z kilkoma fajnymi I dziwacznymi ludzmi dotarlem do Snowy Mountains I zalogowalem sie w malej wiosce na nocleg. Ide w las, szukam przyjemnej laczki na spanie, a tu lypia na mnie okami, one – kangury! Pierwszy raz na wolnosci je widzialem. Jak sie zaczalem rozkladac to zgrabnie odpingpongowaly.

Nastepnego dnia podjechalem do Thredbo I zaczalem wdrapywac sie pod wyciagiem na Gore Kosciuszki. Australijcy sie dziwili, no bo po co lazic jak jest kolejka. No ale sie szlo. Na gorze najwyzszej kontynentu stanalem, poczytalem zapiski Strzeleckiego i poczulem sie tak patriotycznie. Prawie dokladnie 166 lat temu Strzelcki dotarl wlasnie na ten szczyt. Dalej popedzilem grzbietem, juz ludu nie bylo, slonce swiecilo az mnie poparzylo a na widoku pojawialy siepolodowcowe jeziorka. Na szczescie zalapalem sie na stopa poznym popludniem, ktory podrzucil mnie do Jindabayne. Wyladowalem w miluchnym naprawde hostelu, spotkalem Polki i poszlismy na otwarcie pubu, a rankiem czytalem patriotyczno-ludowe teksty na pomniku Strzeleckiego. Ma w sobie cos z Lenina – wskazuje paluchem na Gore Kosciuszki. Po pomniku mialo byc rodeo w Coomie, ale nie chcialo mi sie czekac kilku godzin, a poza tym mialem fajnego stopa z bylym prawnikiem, po ojcu Polakiem, takze znalezlismy wspolny jezyk. Canberra. Wielka wioska do ktorej wyslali wszystkich urzedasow i politykow. A Ci laduja kase w to miasto. To widac. Muzeum Narodowe po prostu imponujace, mocno interaktywne, no i az sie chce byc Australijczykiem jak sie pare zgrabnych klipow zobaczy. Sie nauczylem troche o niedlugiej historii, o dziwnej zwierzynie jajowo-ssacej, o lapaniu bawolow na wyciagnik hakowy, o morzu, o aborygenach, o ciesninie Torresa, o ludziach, ziemi, narodzie. Najfajniesza byla historia Steve Bradleya – tego kolesia co 4 lata temu na olimpiadzie w szorttracku wygral, bo sie wszyscy inni obalili. Last man standing. Piekno sportu, choc niektorzy mowia, ze to nie sport. W stolicy zatrzymalem sie u moich znajomych – Judy i Jorge. Chinska Australijka i Boliwijczyk, a na ulicach gorace rytmy kubanskie, wiec mocno multikulti bylo. Na kolacje rolowany ryzowy papier z wsadem pierwszy raz jadlem i mi sie podobalo. A w niedziele jak to na niedziele przystalo odprawilem im piekna polska jajecznice. Po trzech godzinach machania na sloncu zapadlem sie w skorzane fotele klimatyzowanych wozow manulanych samosterujacych sie itd. Nic nie trzeba robic auto samo jedzie do Sydney. Jeszcze godzinka pociagiem do domu (tak Sydney jest ogromne) i moglem popedzic do kozelanki Tsz na urodziny. Podsumowujac, australijski interior zrobil na mnie dobre wrazenie choc to przeciez jeszcze nie outaback. Ale na tamte tereny przyjdzie czas jak bedzie chlodniej i wiecej kasy w kieszeni. No to powrot do zycia!

Dodaj odpowiedź