Po pierwszym tygodniu

Minal mi wlasnie pierwszy tydzien w Sydney. Dzisiaj byl Australia Day, swieto upamietniajace przyjazd pierwszych wiezniow na nabrzeze Sydney. Cale miasto swietowalo. Kupa rzeczy do robienia. Koncerty przy zatoce, na kazdym zielonym skrawku miasta, muzea za darmo, wszystko lazi i chlonie australijski dobrobyt. Multikulti, wszystkie rasy wymieszane wymachuja australijskimi flagami. Wieczorkiem pojechalem pierwszy raz zobaczyc narodowy sport Australijczykow – BBQ czyli po naszemu grillowanie. To sa znajomi Andrei I Roberta jej faceta. Najpierw trzeba wyjechac kawal drogi poza miasto, bo w Sydney kazdy chce miec dom przez co miasto jest niemilosiernie rozciagniete. Z jednego kranca na drugi jest nawet 100 kilosow. Grillowe przyjecie mile, ale straszne przeiwdywalne. Mile przywitanie, domu ogladanie, chwalenie I cmokanie, pozniej piwa I wina kosztowanie, grilla gazowego rozpalanie, wursztow I kielbasek wcinanie, deserow spozywanie I zdjec slubnych ogladanie. Po prostu socjalizowanie, w milej acz bez wybuchow spontanicznych atmosferze. Malo kto wykroczy poza obowiazkowe dwie lampki wina albo dwa browary. Potem sie robi ciemno i trzeba spadac na autobus, ktory bedzie sie ciagnal do centrum dlugo. Pelen szczylow przeklinajacych wykrzywionym angielskim, agresywnych – tak dresiarze sa I w Sydney. Co mnie po tygodniu najbardziej rozczarowalo to fakt, ze Australia nie jest tak "wolnym" krajem jak to sobie wyobrazalem. Raczej okreslilbym ja jako kraj "policyjny" pelen wszelakich nakazow I zakazow. Nie wolno siadac na barierkach przy operze, nie wolno wywieszac prania na balkonach, nie nalezy spozywac zarcia w autobusach, do baru nie wpuszczaja po kilku piwach bo jak ci sie cos stanie to barman odpowiada. Pasy zapinaj w samochodzie. Caly swiat musi byc uregulowany, a Ty jestes malym czlowieczkiem i sluchaj, bo panstwo wie lepiej. Wszedzie albo czegos nie wolno albo trzeba cos robic. Jakis tutejszy wodz ostrzegal w telwizji: "jesli szukacie zadymy na plazach w Australia Day – przyjdzicie, policja bedzie tam na Was czekala". Jak dla mnie to zaproszenie do zamieszek, ktore zreszte Sydney przezywalo pare tygodni temu. panstwo policyjne. mnostwo nakazow i zakazow. nie tego sie spodziewalem. moga Cie aresztowac jak pojedziesz na rowerze bez kasku – matoly co do tolerancji to jest ale tylko dla pedalow, przepraszam gejow i Aborygenow – im wszystko wolno. alkohol drogi, chleb napompowany, parowkami moznaby psy karmic. No ale klimat tego miasta jest piekny. imprezy domowe i mnostwo eventow kulturalnych: opera na swiezym powietrzu, kina tez pod chmurka, Australia Open na wielkim telebimie przed opera, grajkowie, possumy na drzewach, ibisy na koszach od smieci, ludzie na swiezym powietrzu, fajerwerki w gorze, zatoka, jachty i no worries mate.

Dodaj odpowiedź