Archive for Luty, 2006

Western Sahara

wtorek, Luty 28th, 2006

Nata is writing about Western Sahara

LAAYOUNE

At what time leave the bus to Dakhla?

At 20.30.

But on the timetable it’s written 20.00 … 

"Here it’s the same" – answered the man smiling

This is the kind of conversation we had after having stepped out of the night bus coming to Laayoune at 8 am. I slept very well in the bus. From the beginning of the trip I can sleep everywhere and in every position, this is the ability you learn while traveling fast and intensively.

On the street two locals greet us with a cheerful  "welcome to Sahara". The air is dry and it’s becoming very hot rapidly. Laayoune looks like a military base.  The city is located in the middle of desert on the border of a dried out river. We have no doubt we are on Sahara. We pass by the Ministry of Potable Water and kindergarden walls covered with kids-made drawing representing smiling water drops. No trees, no plants.

The light-rose center is fulfilled with cafes with french-styled round table. In Maroko, the café au lait is different than in Europe but extremely tasteful. Finally we eat the melon which traveled with us from Agadir. We never had enough time to eat it.

Suddenly we see two big men in civil clothes heading to us and asking for our passports. They are policemen and had observed us for a while. They want to know why I have hidden so quickly my camera after having made a picture a few minutes ago. I explain them that I don’t want to be a paparazzi and I am used to be discrete with my pictures. Finally they let us free.

Trying to avoid heat we stay in a small café. Streets are completely empty. I stink but I feel happy. Tomorrow, we’ll be somewhere else and it makes me miss Laayoune already.

DAHKLA

We arrive in Dahkla at 5 am. There is only one shop opened and one faint light in it. A packet of Nescafe disappears in hot milk. We eat Madelaine, bread hasn’t come yet, it’s too early.  We speak with a military. He came to West Sahara for a few days only, he is happy he won’t stay here any longer.

We move to the police checkpoint. From here leave buses to Mauretania. But when? Here start the old story of collecting passengers, packing and so on. Finally after 7 hours of waiting, we leave. But we have to hurry up because the border closes at 7 pmJ

(więcej…)

Drobiazgow pare

piątek, Luty 24th, 2006

Piatek, koniec tygodnia dla jednych, ale ja weekendzik spedzam na greckich weselach. Dzisiaj mam egzamin w tej mojej niby-szkole i cos w ogole sie czuje zmeczony dzisiaj. Te rozne godziny wstawania i spania, ogladanie skrotow z olimpiady, bieganie, jedzenie – wszystko sprawilo ze jakis nijaki dzis jestem. Wczoraj bylem na liczeniu samochodow. W sumie fajna robota, siedzisz przed parkingiem i spisujesz kto wjezdza i wyjezdza. W przerwie poszedlem sobie na plaze Bondi i dalej na poludnie przez piekne krajobrazy i inne plaze. Polozenie Sydney naprawde pierwsza klasa, a te niektore domy nad oceanem – ehhhhhhhhhhhhh. Jutro przed weselem tez na liczenie autek, a dzisiaj wieczorem silna grupa jedziemy do Parku Olimpijskiego gdzie bedzie koncert – cos w stylu The best of klasyki muzyki. Zapowiada sie niezle Oprocz tego zapraszam na travelogue’a Wojtka Dabrowskiego http://www.globosapiens.net/travellog/wojtekd ktory plynie przez najodleglejsze wyspy Atlantyku

(więcej…)

Gapyear.pl

poniedziałek, Luty 20th, 2006

Marek uruchomil serwis www.gapyear.pl 

i przepytuje ludzi ktorzy robia rzeczy w tym rodzaju

zajrzyjcie na moje odpowiedzi

Gdzie juz w mediach bylem? Zagladnijcie tutaj

CZEKNIJCIE TEZ NOWE ZDJECIA!!!
http://www.rtw.pl/index.php?option=com_zoom&Itemid=141  

(więcej…)

Pierwsza podroz po Australii

poniedziałek, Luty 20th, 2006

tak sie zlozylo, ze musialem zjawic sie w Melbourne. polecailem tanio i wyladowalem gdzies w szczerym polu. Miasto ok, ale nic nadzwyczajnego. Wieczorem caly dystrykt biznesowy wyludniony jak pustynia. Tylko jakies plakaty wieszaja i przygotowuja sie na Commonwealth Games, ktore za 3 tydnie sie rozpoczynaja tutaj. Spotkalem sie z Krzychem i po piwku zesmy wychylili, a pozniej mielismy troche funu i staralismy sie kupic bilety na World Cup. Prawie wszyscy w kafejce robili to samo i pomyslalem o milionach Europejczykow, Brazyljczykow i Afrykanczykow probujacych w tym samym czasie dostac sie na ta sama strone.

Po dwoch dniach w Melbourne wrocilem do korzeni – czyli do autostopowania. Ogolnie na calej trasie poszlo bardzo dobrze, jedynie z wyjatkiem wyjazdu z duzych miast tj. Melbourne I Canberry. Z kilkoma fajnymi I dziwacznymi ludzmi dotarlem do Snowy Mountains I zalogowalem sie w malej wiosce na nocleg. Ide w las, szukam przyjemnej laczki na spanie, a tu lypia na mnie okami, one – kangury! Pierwszy raz na wolnosci je widzialem. Jak sie zaczalem rozkladac to zgrabnie odpingpongowaly.

Nastepnego dnia podjechalem do Thredbo I zaczalem wdrapywac sie pod wyciagiem na Gore Kosciuszki. Australijcy sie dziwili, no bo po co lazic jak jest kolejka. No ale sie szlo. Na gorze najwyzszej kontynentu stanalem, poczytalem zapiski Strzeleckiego i poczulem sie tak patriotycznie. Prawie dokladnie 166 lat temu Strzelcki dotarl wlasnie na ten szczyt. Dalej popedzilem grzbietem, juz ludu nie bylo, slonce swiecilo az mnie poparzylo a na widoku pojawialy siepolodowcowe jeziorka. Na szczescie zalapalem sie na stopa poznym popludniem, ktory podrzucil mnie do Jindabayne. Wyladowalem w miluchnym naprawde hostelu, spotkalem Polki i poszlismy na otwarcie pubu, a rankiem czytalem patriotyczno-ludowe teksty na pomniku Strzeleckiego. Ma w sobie cos z Lenina – wskazuje paluchem na Gore Kosciuszki. Po pomniku mialo byc rodeo w Coomie, ale nie chcialo mi sie czekac kilku godzin, a poza tym mialem fajnego stopa z bylym prawnikiem, po ojcu Polakiem, takze znalezlismy wspolny jezyk. Canberra. Wielka wioska do ktorej wyslali wszystkich urzedasow i politykow. A Ci laduja kase w to miasto. To widac. Muzeum Narodowe po prostu imponujace, mocno interaktywne, no i az sie chce byc Australijczykiem jak sie pare zgrabnych klipow zobaczy. Sie nauczylem troche o niedlugiej historii, o dziwnej zwierzynie jajowo-ssacej, o lapaniu bawolow na wyciagnik hakowy, o morzu, o aborygenach, o ciesninie Torresa, o ludziach, ziemi, narodzie. Najfajniesza byla historia Steve Bradleya – tego kolesia co 4 lata temu na olimpiadzie w szorttracku wygral, bo sie wszyscy inni obalili. Last man standing. Piekno sportu, choc niektorzy mowia, ze to nie sport. W stolicy zatrzymalem sie u moich znajomych – Judy i Jorge. Chinska Australijka i Boliwijczyk, a na ulicach gorace rytmy kubanskie, wiec mocno multikulti bylo. Na kolacje rolowany ryzowy papier z wsadem pierwszy raz jadlem i mi sie podobalo. A w niedziele jak to na niedziele przystalo odprawilem im piekna polska jajecznice. Po trzech godzinach machania na sloncu zapadlem sie w skorzane fotele klimatyzowanych wozow manulanych samosterujacych sie itd. Nic nie trzeba robic auto samo jedzie do Sydney. Jeszcze godzinka pociagiem do domu (tak Sydney jest ogromne) i moglem popedzic do kozelanki Tsz na urodziny. Podsumowujac, australijski interior zrobil na mnie dobre wrazenie choc to przeciez jeszcze nie outaback. Ale na tamte tereny przyjdzie czas jak bedzie chlodniej i wiecej kasy w kieszeni. No to powrot do zycia!

(więcej…)

Pani z Okienka

poniedziałek, Luty 20th, 2006

Jest konsulat Rzeczypospolitej w Sydney. Jest paszport zabity stemplami i wizami. Jest czlowiek, ktory chce wymienic paszport. I oczywiscie jest jazda na calego. Kawalek Polski w doborobycie australisjkim. Pani z geba wita juz od wejscia. Pytam po ile bedzie wydanie nowego paszportu jesli jestem studentem, a paszport wydany jest rok temu i musze go wymienic, bo brak mi juz wolnych stron w paszporcie.

 - Przeciez ma Pan jeszcze trzy wolne strony w paszporcie!

Tak zachowala urzedniczka czujnosc, wiec trzeba tlumaczyc, ze na podrozowanie trzy strony nie wystarcza. Przechodzimy do znizki studenckiej.

 - Nie bedzie bo Pan ma juz wiecej niz 26 lat. Ok rozumiem. No to jaki bedzie koszt zapytalem i wspomnialem ze za kazdy niewykorzystany rok waznosci paszportu powinno mi przyslugiwac 10% znizki – 55 dolarow

- Czy moze mi Pani powiedziec jak pani skalkulowala oplate?

- Nie pokazujemy takich rzeczy PETENTOM! Co Pan mysli ze ja tu bede dzialania matematyczne wykonywala. Ja tu mam wszystko w tabelce. Czy Pan sugeruje, ze konsulat probuje Pana oszukac? Dzizas pomyslalem, przeciez zadaje kurde grzecznie pytanie. W koncu Pani z Okienka powiedziala ze pobieraja 40 dolcow za zlozenie wniosku, no bo to przeciez dwa swistki papieru. Przyszla kolezanka Pani z Okienka i … skalkulowaly jednak cene nowego paszportu na 67 dolcow. Dlaczego? A bo maja tu rozne tabelki, wytyczne. Jak nie chce placic to nie musze.

- Tyle Pan podrozuje i kreci Pan nosem zeby zaplacic za paszport?

Musze byc dzianym gosciem, ze tak swiat przemierzam. Poruszylismy jeszcze pare watkow, ale oszczedze Wam tego. I paszport bedzie w czerwcu. "A skad mam wiedziec czy na poczatku czy na koncu miesiaca?! Dostanie Pan zawiadomienie poczta". Dziekuje wiec naszej kochanej Rzeczpospolitej ze wydaje paszporty z 28 wolnymi stronami ("nikt na swiecie nie wydaje grubszych" – pedziala Pani na moja uwage ze jednak jest pare krajow ktore radza sobie z tym problemem) i ze pozwala mi czekac na nowy paszport 4 miesiace i w ogole powinienem byc wdzieczny ze z moich podatkow utrzymuje nie tylko rolnikow i krzepkich rencistow, ale rowniez jasnie panujace konsulaty na obczyznie.

A Malysz sknocil, ale szef Pkol jest zadowolony z wystepu Polakow.

(więcej…)

Kafejka

środa, Luty 8th, 2006

Tak, nadszedl czas zeby troche popracowac w tej Australii. Trafilem do kafejki "Metrio". Sredniej wielkosci, kilkanascie stolikow na Potts Poincie w calkiem niezlej okolicy. Slonko swieci i wieje orzezwiajacy wiaterk od zatoki. Serwujemy calkiem niezle sniadania, makarony i inne takie lekkie rzeczy plus do tego kawy, swieze soki, shaki i inne rzeczy niealkoholowe. Atmosfera jest calkiem calkiem. Wlascicielem jest Grek, szefem kuchni Nowozelandczyk, ja z Chineczka na stolikach, a Bangladesz i Korea na zmywaku i jako kitchen-hand. Dzisiaj sie kucharz i dziewczyny w knajpcy szczegolnie gotowali bo do sasiadow przyszedkl Russel Crowe na kawe. No wiecie ten Gladiator. Ogolnie jestem zadowolony i jak sobie policzylem na godzine zarabiam wiecej niz jako prawnik z trzyletnim doswiadczeniem w renomowanej firmie konsultingowej. Nie uwzgledniajac tego ze tu mi placa za godzine, a tam nadgodziny byly w ramach doboroczynnosci. Oczywiscie jest druga strona medalu, czyli zycie jest tu zdecydowanie drozsze niz w Polsce. Tak wiec jeden dzien w tygodniu pracuje na mieszkanie, jeden na jedzenie i jeden na szkole. Reszte albo moge wydac na rozrywki i inne takie albo zaoszczedzic na dalsza droge.
(więcej…)

Po pierwszym tygodniu

piątek, Luty 3rd, 2006

Minal mi wlasnie pierwszy tydzien w Sydney. Dzisiaj byl Australia Day, swieto upamietniajace przyjazd pierwszych wiezniow na nabrzeze Sydney. Cale miasto swietowalo. Kupa rzeczy do robienia. Koncerty przy zatoce, na kazdym zielonym skrawku miasta, muzea za darmo, wszystko lazi i chlonie australijski dobrobyt. Multikulti, wszystkie rasy wymieszane wymachuja australijskimi flagami. Wieczorkiem pojechalem pierwszy raz zobaczyc narodowy sport Australijczykow – BBQ czyli po naszemu grillowanie. To sa znajomi Andrei I Roberta jej faceta. Najpierw trzeba wyjechac kawal drogi poza miasto, bo w Sydney kazdy chce miec dom przez co miasto jest niemilosiernie rozciagniete. Z jednego kranca na drugi jest nawet 100 kilosow. Grillowe przyjecie mile, ale straszne przeiwdywalne. Mile przywitanie, domu ogladanie, chwalenie I cmokanie, pozniej piwa I wina kosztowanie, grilla gazowego rozpalanie, wursztow I kielbasek wcinanie, deserow spozywanie I zdjec slubnych ogladanie. Po prostu socjalizowanie, w milej acz bez wybuchow spontanicznych atmosferze. Malo kto wykroczy poza obowiazkowe dwie lampki wina albo dwa browary. Potem sie robi ciemno i trzeba spadac na autobus, ktory bedzie sie ciagnal do centrum dlugo. Pelen szczylow przeklinajacych wykrzywionym angielskim, agresywnych – tak dresiarze sa I w Sydney. Co mnie po tygodniu najbardziej rozczarowalo to fakt, ze Australia nie jest tak "wolnym" krajem jak to sobie wyobrazalem. Raczej okreslilbym ja jako kraj "policyjny" pelen wszelakich nakazow I zakazow. Nie wolno siadac na barierkach przy operze, nie wolno wywieszac prania na balkonach, nie nalezy spozywac zarcia w autobusach, do baru nie wpuszczaja po kilku piwach bo jak ci sie cos stanie to barman odpowiada. Pasy zapinaj w samochodzie. Caly swiat musi byc uregulowany, a Ty jestes malym czlowieczkiem i sluchaj, bo panstwo wie lepiej. Wszedzie albo czegos nie wolno albo trzeba cos robic. Jakis tutejszy wodz ostrzegal w telwizji: "jesli szukacie zadymy na plazach w Australia Day – przyjdzicie, policja bedzie tam na Was czekala". Jak dla mnie to zaproszenie do zamieszek, ktore zreszte Sydney przezywalo pare tygodni temu. panstwo policyjne. mnostwo nakazow i zakazow. nie tego sie spodziewalem. moga Cie aresztowac jak pojedziesz na rowerze bez kasku – matoly co do tolerancji to jest ale tylko dla pedalow, przepraszam gejow i Aborygenow – im wszystko wolno. alkohol drogi, chleb napompowany, parowkami moznaby psy karmic. No ale klimat tego miasta jest piekny. imprezy domowe i mnostwo eventow kulturalnych: opera na swiezym powietrzu, kina tez pod chmurka, Australia Open na wielkim telebimie przed opera, grajkowie, possumy na drzewach, ibisy na koszach od smieci, ludzie na swiezym powietrzu, fajerwerki w gorze, zatoka, jachty i no worries mate.
(więcej…)