Dzien 133 Teheran
Brzmi dumnie i egzotycznie lecz w rzeczywistosci malo co tu do odkrycia. Ok, jak na pierwszy dzien jest troche atrakcji. Rozgladam sie za tymi jednakowymi kobietami, które niczym zjawy przemykaja w czarnych czadorach <wiecie ze czador po ichniejszemu znaczy namiot>. Laski laza wiec w namiotach. Mlode laseczki niby nosza chusty i te ich obowiazkowe spódniczki, ale robia to w taki sposób, ze jeszcze im to przyprawia wdzieku. Po drugie, zabójczy ruch uliczny. Kraks jest sporo, a kazda konczy sie jeszcze bójka. Teheran to szaleni kierowcy, wiec chodzi sie na milimetry. Ale kwestia przyzwyczajenia. Pierwsze pare razy przez ulice bylo ciezko, teraz juz jakos sie chodzi. Po trzecie murale rewolucyjne i portrety Chomeiniego i tego Nowego.
Malo jest tu jakis zabytków, a jak sie juz meczet trafi to nas nie wpuszcza. Najwieksze wrazenie zrobil na mnie budynek, w którym miescila sie ambasada amerykanska. Czysta, zywa historia i to wspólczesna. Ponad rok teheranscy studenci trzymali w niej zakladników, z nieudanymi próbami ich odbicia. Jest jeszcze slad po godle USA i cala sciana antyamerykanskich murali. Od hasel Chomeiniego po Statue Wolnosci z trupia czacha. Calosc nazywana jest "Nora Szpiegów". Z fajniejszych rzeczy mozna jeszcze zobaczyc mauzoleum lidera rewolucji w budowie i wielki cmentarz poleglych w wojnie z Irakiem. To tez robi duze wrazenie. Chodzi sie po olbrzymim terenie wsród blaszano-szklanych nagrobków, które przypominaja nasze dawne tabloice ogloszen.
A tak poza tym to Ameryka. Dzinsy, burgery, komórczaki, kafejki netowe i najnowsze filmy na sidikach. Jak tak dalej pójdzie to za trzydziesci lat wstapia do Unii Europejskiej. I tylko smiszne Muzeum Rewolucji postawia. A zolnierzy perscy beda pomagac Amerykancom tlumic zamieszki gdzies w Indonezji albo na Filipinach. Zobaczycie, ze tak bedzie!
Dzien 134 Kashan
Siedze wlasnie w singleroomie w Kashan na poludnie od Teheranu. Wlasnie wrocilem z lekcji angielskiego. Wyhaczyl mnie mlody Hussein na ulicy, gadu-gadu i sie spytal czy nie chce przyjsc na lekcje. No i poszedlem. Dziesiec mlodych lasek w czadorach plus nauczyciel i kurde musialem sie przedstawic i odpowiadac na pytania typu "Did you ever fall in love?" Musialem sie tez wykrecac z pytan, gdzie jest lepiej w USA czy w Iranie. Tak, to bylo fajne doswiadczenie.
Dzien 135 Esfahan
Siódma. Przy najlepszych wiatrach doczlapywalbym sie teraz po robocie do domu. Piekarnia Lubaszka, trzydziestka piatka, warzywniak gdzie zawsze kantuja, spozywczak po jogurty i Tyskie, seblekanie gangola, kolacja, telewizorek, pitu pitu z Guziolem i Cieplasem i tak plynely te jesienne wieczory w Polsze. W sumie nie bylo zle. Ale teraz jest lepiej
Podziwiam wlasnie jeden z piekniejszych placów na swiecie – Nagsh e Jahan w Esfahanie. Tymczasowo nazwany placem imama Chomeiniego. Jest naprawde imponujacy. Gdyby jeszcze zdjeli tych pedzacych iranskich drajwerów to w ogóle bylby luz. Pozdro dla wszystkich z islamskiego kraju, a najwiekszy dla Sapera ktory kiedys tu tajniacko dotarl!
Wlasnie siedze w dormitorium. W zasadzie jade od jednego do drugiego i spotykam naprawde fajnych ludzi. Najbardziej intrygujacy sa Japonczycy. Im wiecej z nimi gadam <co czasem uwierzcie mi jest bardzo ciezkie> tym bardziej chce pojechac do Japonii. I te przewodniki, ktore maja. Wszystko jest wyklarowane i objasnione. Kazda potrawa, kazdy banknot, zdjecia wnetrz hotelow, jak wyglada kontakt, jak wypelnic wniosek o przedluzenie wizy. Naprawde calosc robi duze wrazenie. I do tego w malym formacie i bardzo lekkie, a nie jak tomiska Lonely Planet.
Dzien 136 Zurkhane
Cos takiego lubie. Totalne zaskoczenie. Nie wiedzialem, ze jest cos takiego jak zurkhane. Przeczytalem, ze to zapasy. Sport lubie, to poszedlem zobaczyc.
Nie bylo latwo trafic do hali zurkhane ukrytej gdzies w zaulkach isfahanskich ulic. Dziewiata wieczorem wchodze do hali. Na scianach zdjecia herosów z dawnych i bardziej wspólczesnych lat. No i zaczalem patrzyc.
Wszystko jest czyms pomiedzy sportem, cyrkiem, a religia. Sport, bo panowie nosza zapasnicze wdzianka i trenuja na czyms w rodzaju okraglej maty wpisanej w kamienny wielokat. Cyrk, bo duzo w tym wszystkim pokazu, wymiatania ciezkimi kuglami. No i religia, bo calosc nadzorowana jest przez wodzireja <tak go nazwijmy>, który siedzi na podwyzszeniu, wystukuje rytm bebnem i recytuje przy tym jakies religijne madrosci. Kazda partia cwiczen konczy sie modlitwa. Najwieksze wrazenie jak kolesie kreca sie wokól wlasnej osi i jeszcze po okregu maty. W tempie zawrotnym. Cos jak przyspieszona wersja kolowania ziemi wokól slonca.
Dzien 137 Profesor
Zaczepil mnie jak odchodzilem z turystycznej burgerni <bo drogo>. Przedstawil sie jako Ali Akbar, czyli Ali Wielki albo moze Ali Wspanialy jak kto woli. Powiedzial, ze wyklada literature iranska na uniwerku i ze wlasnie wraca do domu to pokaze mi dobre miejsce do zjedzenia. Diabetykiem jest i lekarz kaze mu duzo spacerowac.
W sumie do konca nie wiem czy mówil prawde, ale w kazdym badz razie zaprowadzil mnie do wielu fajnych miejsc. Zwiedzilismy kacik szachowy, wypalarnie kafelek mozaikowych, produkcje miniatur <kolesie maluja male pudeleczka wasem od kociaków>, miejsce gdzie produkuje sie miejscowe lakocie – gaze, remontowana laznie. Ali mówi, ze za rok idzie na emeryture i wtedy napisze po angielsku ksiazke o Esfahanie. Ja w przyplwie euforii powiedzialem, ze w takim badz razie mu ja przetlumacze na polski. Ciekawie gadal o miescie, dawnych wladcach itd. W koncu jak porzadnie zglodnialem, zapodalismy hit lunchowy Iranu – dize. Taka papka podawana z polewka, do której wrzuca sie podarty cienki chleb. Smakuje calkiem. Na poobiedzie poszlismy do prawdziwej, niepretensjonalnej czajchany. Fajura wodna <"bez zadnego aromatyzowanego sztucznego swinstwa" – rzekl Ali> z tytoniu znad Morza Kaspijskiego i mnóstwo szklanek herbaty slodzonej krysztalami prawdziwego miodu. To byl dzien.
Dzien 138 – Persepolis i swiecidelka
Antyczne Persepolis. Letnia stolica Dariuszów, Kserksesów i Atakserksesów, którzy kiedys straszyli w Ojropie. Ruiny naglosnione jako hajlajt, ale ja jechalem z nastawieniem umiarkowanym i dobrze, bo inaczej bym sie zawiódl. W ogóle sie dziwie, ze ludzie sa podjarani ruinami. Ja nie mam wyobrazni i nie potrafie sobie wyobrazic jak poddane narody skladaly w tym miejscu hold królom perskim. Jeszcze historycy czy architekci to rozumiem moze sie podobac, ale ja chyba juz dam sobie spokój z ogladaniem ruin. Choc cos mi sie podobalo. Po raz plaskorzezby, po dwa grafitti pozostawione przez brytyjskich zolnierzy <niektóre 200 lat maja i ponoc naprawde sa autentyczne>.
Tak sie zastanawialem, ile mozna meczetów ogladnac w tygodniu? 5-10-15? Powoli wymiekalem, ale dzisiaj trafily mi sie prawdziwe perelki. Polowalem na te meczety kiedys, ale o nich zapomnialem. Kiedys widzialem taki jeden w Damaszku, "w iranskim stylu", czyli caly wewnatrz w lustereczkach i swiecidelkach. No i dzisiaj w Shiraz zwiedzilem dwie takie odblaskowe swiatynie. Zajezdza troche kiczem, ale mi sie strasznie podoba. Nauczylem sie tez, ze tego nie mozna nazywac meczetem, choc mozna sie w takich swiatyniach modlic. Pelnia one funkcje mauzoleów dla zmarlych VIPowskich szyitów. Wierni przychodza caluja sarkofag, opieraja glowe, modly odmawiaja, a potem rakiem do wyjscia pedza, bo nie moga sie tylkiem odwrócic do czczonego.
Dzisiaj mialem tez dwugodzinny wyklad albo próbe nawrócenia bardziej. Siedzialem na ceremoni zalobnej troche w swiatynii, troche na dziedzincu a niejaki Mohamed <l.19 jak to w Super Expressie piszo>, student zarzadzania klarowal mi szyityzm. No brakuje mi wiedzy. Tak zwiedzam te budyneczki, lezy tam jeden czy drugi imam i nie bardzo wiem kto zacz. Chcialbym wiecej czytac o kraju, w którym jestem, ale raczej na to nie mam czasu. Poza tym podrózuje raczej szybko, co jest nieustannym tematem rozmów z bakpakerami innych nacji. Mi jest szkoda czasu na spanie lub siedzenie w holu. A wiekszosc ludzi spedza dni cale na sniadaniu, obiedzie, kolacji i internecie – wszystko w hotelu. No i spanie – gwózdz programu. Pomalu, pomalu i jada przez Iran nawet 5 tygodni. Ja po dwóch i pól dnia w tak wspanialym miescie jak Esfahan juz chcialem pedzic dalej. Po prostu lubie jezdzic szybko. No i nie mam czasu na pisanie tych relacji, bo jak tak siade po calym dniu chodzenia <a robie kilometry> to oczy same sie kleja i krzycza spac! Jutro w ciemnosciach wstawanie, by zdazyc na poranny bus do Yazd.
Dzien 139-141 Yazd i swiatynie zorostorianskie
Yazd. Bede wpominal milo, bo sie z Pepikiem o imieniu Bob zaprzyjaznilem i smy wedrowali po miescie i milo spedzali wieczory. Dowiedzialem sie sporo o Czechach, o Jarku Nohavicy, o tym jak taki mlody Czech mysli i co robi. Ostrawa, tak blisko mojego Slaska wydaje sie jakims prawdziwym centrum muycznym. No i obiecalem sobie, ze musze gdzies dopasc i przeczytac Szwejka. Moze nawet w oryginale – "I tak nam ubili Ferdynanda…".
Ale Yazd to przede wszystkim wizyta po raz pierwszy w swiatyni zoroastarianskiej. Zorostarianizm to bardzo stara religia narodzona jeszcze przed chrzescijanstwem, która pasjonuje sie przede wszystkim odwieczna walka dobra ze zlem i oddaje wielka czesc wszelkim zywiolom. Zorostarianie wierza, ze nie mozna zanieczyszczac ziemii, wody czy powietrza. Dlatego cial swoich zmarlych nie grzebali ani nie kremowali tylko zostawiali pod opieka kaplana na wysokich skalach. I czekali az sepy zrobia swoje. Wspielismy sie na ruiny takich swiatyn i bylo tam w powietrzu cos magicznego, nieziemskiego. Teraz zmarli grzebani sa w wielkich betonowych blokach, aby czasami rozkladajace sie cialo nie zanieczyscilo gleby.
No a jedna swiatynia boga ichniejszego Ahury Mazdy wciaz jeszcze funkcjonuje i od kilkunastu setek lat nieprzerwanie pali sie w niej swiety ogien.
Dzien 142-143 Zatoka, Bandar, Qeshm, Hormoz i MASKI
Tak, doczlapalem sie do najwiekszej tankszteli swiata. Jestem nad Zatoka Perska. Pózny listopad, a temperatury powyzej trzydziestki, a lepkie powietrze wszechogarnia wszystko. Jak tutaj musi byc w lipcu??!!
Zalapalem sie na speedboata na wyspe Qeshm, gdzie tracilem nerwy chodzac od hotelu do hotelu. Wszedzie zajete albo ceny nie na moja kieszen. Wracam do pierwszego hotelu, gdzie pokój byl za osiem euro. A gostek oburzony i wyrzuca mnie za drzwi, nie chcialem wczesniej to wynocha. Jeszcze staralem mu sie wyklarowac, zeby zrozumial na czym polega konkurencja. No i tak zamiast zostac na wyspie wrócilem z powrotem na lad do Bandar-e-Abbas. Zreszta nie jestem dla nich odpowiednim turysta. Nie przyjechalem kupic zadnego sprzetu lektornicznego, ba, nie wiem nawet po ile stoi dirham emiracki <a tu wszyscy w tym czardzuja>, wiec nic tu po mnie.
Niestety w Bandar sytuacja byla jeszcze gorsza. Wszystkie tanie i lekko drozsze hotele zajete, a ja wlócze sie ostatkiem sil po tym dusznym miescie. Skonczylem w hoteliku stargowanym na 11 euro. Padlem na lózku i spalem do wieczora.
Przyjechalem tu nad Zatoke z trzech powodów. Po raz chcialem zobczyc jak te slynne wody wygladaja, po dwa przejchac sie prawie za darmoche szybkimi lodziami i po trzy zobaczyc maski. Maski noszone przez tutejsze kobiety. Wyglada to naprawde dziwacznie. Muzulmanski ultrakonserwatyzm nie pozwala kobitom na odsloniecie zadnej czesci ciala. Grube skarpety, rekawiczki i … te maski. Wyglada to jak kaganiec albo jeszcze gorzej. W skrajnych przypadkach ledwie widac oczy, a na nosie jest jeszcze cos w rodzaju przegródki wielkosci dloni. Powoduje to, ze kobity zeby cos zobaczyc poruszaja glowami niczym ptaki, niczym jednookie.
No i jeszcze zahaczylem o wyspe Hormoz, gdzie poza odpedzaniem sie od miejscowych bajtli na motorach nic sie nie dzialo. Ale znów sie przejechalem motorówka, wiec sie podobalo.
PS. Trzy dni po moim wyjezdzie z Qeshm, wyspe nawiedzilo trzesienie ziemi o sile szesciu stopni skali Richtera. Od razu przed oczyma stanely mi te trupy w maskach. Na szczescie wiele ofiar nie bylo, gdyz epicentrum wstrzasu bylo gdzies na Zatoce.
Dzien 144 Zahedan
Nie dziwie sie Amrykancom, ze nie potrafia zlapac ben Ladena. Dzisiaj w Zahedanie widzialem ich trzech.
Siedze w hotelu. Nie ma sie do kogo odezwac. Jest jeden Austriak, ale jest jakis psychiczny, wiec jeszcze gorzej. Zakrecony pieni sie jak opowiada, mowi ze pali duzo opium i idzie przez swiat. Doslownie. Od czasu do czasu wsiadzie w autobus, a tak to idzie i ma problemy z policja bo mysla ze szpieg.
Pelno tu pedalow he he, ale radze sobie z nimi bez problemu. Tak to jest jak system kaze babeczkom przykrywac glowy i okrywac sie namiotami. Gorzej z tym mlodymi kogutami ze szkól srednich ktorzy witaja mnie na ulicy saznistym "Fuck you" i w oczach ogien maja. Nie wiadomo co im we lbie siedzi. Trza uwazac, a jak czlowiek zly i glodny to agresja tez wychodzi.
Dzien 145 Pierwszy dzien w konsulacie
F…..g red tape. Znów problemy z biurokracja, wizami itd. Najgorsze jest to, ze w tym ich dzialaniu nie ma zadnej reguly. Jedyne co mi powiedzieli, to zebym z powrotem pojechal do Teheranu. "Consul is not satisfied" – rzekl koles. Nie moja wina, nie ja jestem od tego. Kombinuje na wszystkie sposoby, moze faksy, moze cos innego. Zero odzewu. Wyrzucili mnie prawie, choc caly czas bylem mily i zachowywalem sie spokojnie. Ale w srodku wszystko wrzalo. Jak sie nie uda czeka mnie ponad 2000 kilometrów z powrotem do Teheranu. A czas mi ucieka. Moja Australia startuje za niecale 2 miesiace a ja jeszcze sie kisze tak daleko od celu. Mam dosc, bo liczylem na to, ze wiza w pól dnia bedzie. A tu echo. Nawet nie chca ze mna rozmawiac.
PS. Rok temu naskrobalem cosik takiego:
2004-11-26
Masala Sound System. Gorace rytmy w zimnej Warszawie. Goraca zabawa w pomaranczowym klimacie. Gdzie bede za rok? Well, chyba na którejs z indonezyjskich wysp.
Zycie jednak pokazalo, ze nie jestem w zadnej indonezji, jeno w zapyzialej iranezji.
Dzien 146 Drugi dzien w konsulacie
No to ich cisne z kazdej strony i grzeje sie w sloncu. I sie udalo. Dzieki wytrwalosci i szybkiej pomocy polskiego konsula z Teheranu, który przefaksowal mi list rekomendacyjny. Dostalem wize w 5 minut po przyjsciu faksu. Jeszcze jakies kombinacje z oplata byly, ale zaplacilem te 40 baksów. Po ambasadach w Harare i Hadze, Teheran to kolejna placówka, której imie bede chwalil na swiecie. Nie tak zle z naszymi dyplomatami. No i sie ciesze, ze jest wiza!