Grecja, Gora Atos

Dzien 107 Saloniki

No i wyladowalem wczoraj w Salonikach. Calkiem inna kraina. Niby Unia Europejska, ale wszystko inne. To juz nie jest francuski czy niemiecki dobrobyt. Tu kazdy jest albo wazny albo przyjazny. Przetrzepali mnie dokladnie na kontroli antynarkotykowej, pózniej w miescie gliniarze mnie legitymowali. Co to jest? Wygladam jak szmugler albo Al-Kaida? Kolesie wertuja paszport, ogladaja stemple i tylko pod nosem mrucza, ze duzo podrózuje. Nie rozumieja chyba, ze mozna jechac do Burkiny Faso turystycznie. Cos im smierdzi.

Ogólnie Saloniki przywitaly mnie niezlym mrozem. "Ale bedzie dziesiec stopni wiecej jak zacznie wiac od Afryki" rzekl mi ktos zyczliwy. Wybralismy sie z Dzimim z Portugalii na browca poogladac jak sobie Panathinaikos radzi z Barcelona. Najtaniej bylo u bukmacherów, wiec bylo dobrze. Nawet piwo za darmo od wlasciciela dostalismy. W zasadzie nawet dwa. Na targu jak kupuje dwie pomaranczki za 20 lepta to patrza na mnie jak na bidoka i jedna dorzuca w promocji. W sumie bardzo przyjaznie. I pelno Rosjan wyczuwam i rosyjskich wplywów. Grecja jest jednak Wschodem, a nie Zachodem.

Tylko drogo tak samo jak w Dobrobycie, bo przeciez jedno euro obowiazuje i tu i tam. Jem wiec w supermarketach i podziwiam Saloniki spod bizantyjskich murów. Cale miasto jak na patelni. Biale wino i suwlaki.

A jutro ruszam w strone Góry Athos. Dzisiaj zalatwilem permit i obdzwonilem klasztory, zeby zarezerwowac miejsce. W sumie tak jak i w Nigrze. Niby troche poczytalem, ale nie wiem czego sie spodziewac po tej krainie.

Dzien 108 Ouranopouli

Nie chce sie pisac, ale trzeba. Zimnawo w tej Grecji w nocy. Temperatura spada prawie do zera! Na szczescie plawie sie w cieplym prysznicu i innych luksusach typu klimatyzacja, lodówka, telewizor, szafy. Korzystam z tego, ze jest po sezonie i wytargowalem pokój od Kristosa za 10 eurasów.

Dzisiaj autostopowalem, cos czego juz bardzo dawno nie robilem. Ostatnie dluzsze przejazdy zaliczylem chyba 7 lat temu! Ale dzis szlo mi calkiem niezle. Malymi kroczkami po parenascie kilometrów, ale dotarlem na miejsce w 6,5 godziny, co autobus robi w 2,5. Ostatni odcinek posuwalem prawdziwa betoniarka. Ale mimo tego ciezko w eurozonie zamknac sie w 25 eurasach dziennie. Moze jak jest cieplej i spi sie na zewnatrz. Dobrze, ze od jutra bede zyl na koszt mnichów z Agios Oros. Choc za papier przyjdzie mi zaplacic trzydziesci pare baksów.

Dzisiaj wieczorem juz sie przespacerowalem do granicy Góry Atos. Prawdziwy plot, posterunek policji, budka telefoniczna, czyli naprawde granica.

Dzien 109-113 Swieta Góra Atos – Agio Oros

W koncu zabulilem jedyne 20 euro i spedzilem 5 niepowtarzalnych dni w tym unikatowym miejscu. Niepowtarzalnych, choc powtarzalnosc byla spora. Dzwony klasztorów bily kolo 2 co by wstac i sie pomodlic kazdy w swojej celi <dotyczy tylko mnichów, bo pielgrzymi zmagazynowani sa w wieloosobowych dormitoriach>. O trzeciej zaczynaly sie celebracje, które trwaly jakies 3-4 godziny. Wpadam wiec pól-zywy na takie modly i obserwuje. No bo modlic sie po ichniejszemu nie bede, bom nie ortodoks, a rozumiec tez nic nie rozumiem, bo po grecku. Rozumialem jedynie "Kyrie Elejson", bo powtarzali je setki razy, co na koncu przybieralo forme "Kson".

Niewiele wiec rozumialem, ale jak juz pisalem – duzo obserwowalem. Mnisi spózniali sie z regularna niepunktualnoscia, co trzy minuty wchodzil nowy, calowal swiete obrazy <czasem nawet kilkanascie malowidel do obcalowania> i wpadal do takiego podpieradla, co by wytrzymac trudy modlów. Inni braciszkowie ganiali od prawej do lewej, wertujac stare ksiegi, zapalajac swiece, recytujac psalmy. Bylo mistycznie, a wnetrza tonely w kdzidlach. Co mniej wytrzymali pielgrzymi, zasypiali w podpieradlach i po swiatyni roznosilo sie chrapanie, niczym warkot Harleya Davidsona. Nikt biednego petenta nie szturchal, zeby go obudzic. Cóz pewnie taki jego ton chwalenia Pana!

Ciarki po plecach przechodzily jak "dialogowali" ze soba spiewajac na przemian mlody mnich i staruszek, który mial chyba ze sto lat, ale jeszcze spiewal. W ogóle wszyscy "ojcowie" wygladaja powaznie, bo maja dlugie brody. Ciezko mi przez to bylo ich rozpoznac. Dzielilem ich na tych z czarnymi brodami i tych z siwymi.Wszyscy na czarno, w popich czapach i pelerynach. Dopiero jak którys byl na przyklad kulawy to bylo latwiej zapamietac.

Po porannej modlitwie byl czas na kawe i czerstwy chleb. Pózniej godzina-dwie przerwy i pierwszy posilek. W klasztorach je sie tylko dwa razy dziennie, a w poniedzialki, srody i piatki tylko raz. Zadnego miesa, ryba tylko od swieta, a wiekszosci nie je sie nawet nabialu. Z drugiej strony nie ma kto tu tego nabialu wyprodukowac, bo na pólwyspie moga przebywac jedynie sami faceci i dotyczy to równiez zwierzat. Wiec zadna kura jajka tu nie zniesie, ani zadnej krowy sie tu nie wydoi. Nie wiem czy to prawda, ale mnisi dostali od któregos z patriarchów dyspense na kocie samice, bo podobno lepiej lapia myszy. Jak nie ma nabialu ani miesa to dieta sklada sie glównie z warzyw, owoców i ryby od swieta. Na naszych stolach nigdy nie brakowalo jedynie wody, chleba i oliwek. Z innymi rzeczami bylo gorzej i najczesciej szczerze mówiac wychodzilem nienajedzony.

Po sniadanku wybieralem sie w dalsza droge, bo w kazdym klasztorze nocowac mozna tylko jedna noc. Na przybyciu do nowego klasztoru rytual, który bardzo mi sie podobal. Kazdy pielgrzym, turysta czy jak go tam zwal dostawal lukani <turecki galaretkowaty przysmak>, kieliszek tsipouri <domowe ouzo>, filizanke kawy i szklanke wody. Prowadzili mnie do nocegowni, objasniali co wolno i czego nie wolno i dawali rozklad jazdy na najblizsze godziny, czyli kidy posilki, msze i promy do nastepnych klasztoru. Tak, promy sa wazne, bo wiekszosc pielgrzymów to Grecy. A Grecy równa sie fajka, dlugie wlosy i komórka w gotowosci. Bron Boze lazenie po górach. Ja sie jednak wybralem i wszedlem na szczyt Swietej Góry Atos <2033 m> i to z poziomu morza. I to z calym wielbladzim garbem. Oni sie tu bardzo tej góry boja – powaznie.

Tak naprawde nie dowiedzialem sie co kieruje ludzmi, którzy decyduja sie zamieszkac na Atos. Wzgledy religijne, osobiste, ale slyszalem tez wiele innych pikantniejszych historii. Na przyklad, ze calkiem niedawno Interpol zgarnal z rosyjskiego Pantaleimonu nowicjata. Gosciu mieszkal juz na pólwyspie piec lat, ale dopadla go sprawiedliwosc i bedzie sie musial <tym razem nie przed Bogiem> spowiadac, gdzie ukryl 10 milionów baksów, które dawniej w Stanach zachachmecil.

Na pólwyspie mozna sie tez zatrudnic. U nas bezrobocie spore, wiec jesli ktos ma ochote zarobic 15-30 euro dziennie plus spanie i wyzywienie gratis to moze popracowac w tak zwanym polu przy oliwkach czy na budowie. Na dorobek przyjezdzaja tu glównie Serbowie i Gruzini.

Wracajac do rozkladu dnia. Po poludniu byla godzina celbracji, na której koniecznie trzeba bylo byc i zazwyczaj katholikon pekal w szwach, bo na koncu przeor prowadzil wszystkich do refektarza. Bogato zdobione freskami pomieszczenie przeznaczone do jedzenia znajduje sie zazwyczaj naprzeciw swiatyni. Sadza sie osobno nas, osobno mnichów, osobno przeora z rada jego. Nastepuje krótka modlitwa, blogoslawienstwo i start. Start, bo naprawde trzeba sie spieszyc. Jedz szybko ile tylko mozesz i nie gadaj tylko sluchaj Pisma Swietego, które specjalnie oddelegowany mnich czyta w czasie jedzenia. Szybko, bo jak sie przeor naje to wali w dzwon, wszyscy wstaja i truchtem udaja sie z powrotem do kosciola na krótka modlitwe.

Po modlitwie nastepuje okazywanie wiernym skarbów klasztornych. A to lewa stopa Sw. Anny, a to czapka biskupia innego Swietego, widzialem równiez jakies odlane w srebrze dlonie. Dzien sie chyli ku koncowi, wiec kazdy porzadny Grek musi wyskoczyc jeszcze na fajke za bramy klasztoru. Mnisi sa w porze kolesie, bo pobudowali piekne altanki z widokiem na Morze i wielkie popielnice poustawiali zeby niegodni (nie)wierni mogli oddawac swoim chuciom. Trzeba sie zaciagac szybko, bo o zachodzie slonca bramy klasztoru sie zamykaja. A przez plot nie przeskoczysz, bo najczesciej sa to pionowe kilkudziesieciometrowe sciany prosto do wody.

Wieczorkiem jak jest biblioteczka, to mozna przeczytac po polsku ksiazke polskiego mnicha, który zamieszkuje gdzies na Atos. Albo pogadac z ludzmi. W Pantokratorosie spotkalem Daniela z Hiszpanii i przez dwa dni wspólnie przemierzalismy pólwysep. Wymienilismy sporo spostrzezen, troche ponabijalismy sie z otoczenia, ale przede wszystkim duzo pozytwnych wibracji wynioslem z rozmowy z czlowiekiem, który wciaz nie ma e-maila. I miec nie chce. Ale spróbuje zajrzec na moja strone, wiec musze w koncu popisac cos po angielsku! Albo Cypryjczycy. Jeden z nich przyjechal zobaczyc wujka, którego w zyciu <24 lata> nie widzial. Ujek pojechal kiedys na wakacje nie wiadomo gdzie i sie stracil. Mysleli wszyscy, ze nie zyje, ale ktos go odnalazl kontemplujacego w atosanskiej jaskini. Wujek mieszka pod Góra Atos, wiec pytam sie jak tam idzie. Przysle wujek osly. No ale jak tam trafisz? Osly znaja droge!

Mozna wiec gadac albo czytac do nocy. Ale najlepiej isc szybko spac. Przeciez o trzeciej znowu trzeba wstac!

Dzien 114 Wyjazd

Odwrót z Europy rozpoczalem juz wczoraj po poludniu zaraz po powrocie do ziem, gdzie mozna zobaczyc kobiety! Nie ujechalem wczoraj za daleko, bo tylko jakies 60 kilometrów, ale taki zywot jak sie chce jezdzic za darmo. Wyladowalem w fajnie brzmiacej miejscowosci Olimpiada, zalozonej na miejsu dawnej Stagiry gdzie sie narodzil brodaty Arystoteles. Na poliglote sie ucze, bo gadalem wczoraj po rusku, angielsku niemiecku, polsku <turysci na statku, pozdro!> i po slasku z dojczem z Bytomia. Po inkszemu juz nie umiol jak po naszemu, bo w Rajchu siedzi juz ponad 30 lot.

Dzis przystopowalem az pod Xantie, pociagiem dowleklem sie do Alexandropolis. Tu byla totalna porazka, bo 3 godziny lapalem stopa i psinco. Gosciu na stacji nie zrozumial moich intencji i sprzedal mi bilet do stacji granicznej <ale tylko kolejowej> pt. PYTHION. Konduktor wyrzucil mnie posrodku ciemnosci, gdzie dumnie powiewaly flagi Grecji i Unii Europejskiej. Nikogo nie bylo, prócz dzikich ptaków wydajacych dzikie dzwieki i rozjechanych wezy. Nawet miasto nie wiedzialem, w która strone jest. Obszczekal mnie pies, a do niego przylaczyly sie chyba wszystkie psy z Tracji. Pitlem nazod na banhof. Tu o dziesiatej wiczorem pojawila sie nocna zmiana, bo ma do obsluzenia sypialny z i do Konstantynopola. Tak stalo na rozkladzie. Sypialny byl o wartosci mojego dwudniowego budzetu, wiec ja swoja sypialnie urzadzilem sobie w poczekalni, gdzie w zimnie bo zimnie, ale spokojnie dospalem do switu. I tak szczerze piszac bardzo jestem zadowolony, ze wyladowalem w Pythion, bo takie magiczne chwile zdarzaja sie raz na sto lat. Stara Unia Europejska, a egzotyka wieksza niz w Afryce. I like it!

 

Komentarze są wyłączone.