Francja, Niemcy

Dzien 94-106 Francja i Dojczlandy

Francja wyszla dlatego, ze sie tu Nata przeprowadzila za chlebem i dlatego, ze nie dostalem wizy do Algierii i musialem sie ewakuowac z Afryki powietrzem. A najlatwiej i najtaniej wrócic do Francji.

We Francji bylem wyjatkowo leniwy, wiec zaeglosci zamiast nadrobic zostaly jeszcze bardziej poglebione. Dlatego bedzie zwiezle.

Pierwsze moje wrazenie po przylocie do Paryza bylo takie, ze "cywilizacja mi sie podoba". Nie ma co. Moze ceny nie bardzo. Jednak paru rzeczy u Francuzów zrozumiec nie potrafilem. Nie moglem na przyklad o 22.00 kupic karty telefonicznej na miedzynarodowym lotnisku CDG w Paryzu, a o 10.00 rano nie moglem zjesc Big Mac Menu <"bo jeszcze nie mamy, bedzie o 11"> na Champs Elysees. Nie kupilem soczewek kontaktowych, bo trzeba miec recepte od lekarza. Paranoja!

Wreszcie moglem wykorzystac mojego palmtopa i cieszyc sie z polaczenia z darmowym netem. Oparlem sie o katedre i z mojego Looxa pogadalem sobie na skypie z Zupa. Piekna sprawa ta technika, co? Szkoda, ze w Afryce skanowalem sieci sporadycznie, a darmowych w ogóle nie spotkalem.

Strasbourg. Cale miasto jest po prostu przesiakniete dobrobytem. Patrze i oczom nie wierze. Wszystko poukladane jak nalezy, zebracy najedzeni i dobrze ubrani. Nawet ich przynety na kleingeld, czyli wszelkiej masci psy i koty wygladaja przyzwoicie. Wychodzi mi tez na to, ze w pazdziernikowe sloneczne dni wszyscy niemieccy emeryci przyjezdzaja kosztowac win alzackich i szukrotu <kapuchy kiszonej z miechem>.

Nawet w kraju tak podobnym do Polski jak Francja <patrzac z perspektywy Afryki> jest tu w Strasie kupa rzeczy, które mnie zadziwiaja. Dzisiaj na przyklad wpadlem w ksiegarnie pelna przewodników i siadlem sobie by poczytac. Siedzi sie jak w salce kinowej i oprócz mnie WSZYSCY inni czytali komiksy. Dresy, dzieciaki, dziadkowie, studenci, matki z dziecmi zczytywali te obrazki.

Po czterech dniach laby dzisiaj wzialem sie ostro za szukanie transportu na dalsza droge, za zalatwianie wizy do Australii <trwalo to 1 dzien – co za organizacja!>, za uzupelnienie mojego sprzetu który w Afryce ulegl powaznemu rozdrobnieniu. I nie moge tego wszystkiego ogarnac. A pytan jakie mam do dalszej drogi jest multum. O ile Afryke przygotowalem sobie niezle zawczasu i wiedzialem gdzie, co i jak, to Azja bedzie maksymalna improwizacja. Moze i dobrze, byleby budzet na tym nie ucierpial.

Ze Strasu robilismy sobie wycieczki nach Deutschland. Wreszcie kupilem soczewki <tu recepty nie wymagaja> i troche rzeczy w sklepie "wszystko za jeden euro". Te dojcze to lubia takie niby-okazje. Jedna Helga lostawila tam 50 ojro. Niezle, co? Mysmy kupili otwieracz do wina, który sie polamal na pierwszym tanim renskim z Lidla co jest w tej samej cenie. Zakupy z Kehl wcianlismy z Cieplym pod zamkiem Koenigsberg. W ogóle fajnie, ze sie spotkalismy. Mozna sie bylo bezalki napic ;) Nawet chcielismy sie zatrudnic przy winobraniu, ale juz bylo po ptokach. Niedziela byla na spanie po sobotnim balowaniu w Jimmy’m i na wybory i na zwiedzanie europejskiego kwartalu Strasburga. Tam to juz w ogóle dobrobyt i … wielka nicosc. Nie ma to jak de la Course zapackana psimi gównami i pelna afrykanskich sklepów, telepunktów, gabinetów do krecenia murzynskich warkoczyków i tak dalej. Maja tu ghanskie Stary, togijskie Flagi i inne piwa, które nie tak dawno smakowalem w Afryce.

Nastepny weekend juz bez Cieplego minal nam na typowo francuskiej sobocie. Spanie do oporu, pózniej widoczki z lawki nad kanalami i spacer po handlowym Strasie. Wszyscy chodza, kupuja, mlode wine smakuja. Dzieci na karuzela wsadzaja i w tlumie sie przepychaja. A w nocy party w La Java. No i czekolada!

Ostatni dzien byl pelen internetu, dopinania spraw organizacyjnych i jeszcze mi sie poszczescilo, bo trafilem wolne miejsce na Góre Athos.

Dwa tygodnie wakacji we Francji to bylo to! Dzieki Nata! A teraz czas wracac do podrózowania.

 

Komentarze są wyłączone.