Dzien 65 Wadata hardkor
Wyladowalem w koncu w Nigrze, nazywanym przez niektórych "Czwartym Swiatem". Nie wiedzialem czego oczekiwac, bo glosno ostatnio bylo o glodzie. W rzeczywistosci widac, ze bieda jest tu wieksza niz w innych biedujacych krajach Afryki Zachodniej. O ile dotad zebracy zwracali sie do mnie "szefie" <patron>, to tu w Nigrze jestem "wielkim szefem" <grand patron>. Ale umierajacych z glodu ludzi na ulicach nie widac.
Przez mily most na Nigrze wkroczylem do miasteczka Gaya, gdzie w towarzystwie 20 muzulmanów siedzialem nic nie robiac pod drzewkiem i czekajac az kobiety "beda gotowe do wyjazdu". Trafilo mi sie miejsce z przodu pezota 504, ktore jednak dzielilem z dwoma innymi pasazerami. Przejazd jest mocno monnotonny. Dojechalem do Birni’n Konni, które tonelo w ciemnosciach, podczas gdy nieodlegla nigeryjska Illela rozjasniala horyzont jaskrawa luna swiatla. Jak zwykle wybralem najtanszy hotel z LP, ale chyba go nie przetestowali zbytnio, bo okazal sie mocno hardkorowy. Toaleta bez drzwi, a w dodatku cala sie ruszala. Karaluchy hasaly na calego. Lekka reka stówa ich byla. Trzeba bylo przytupywac przy sikaniu zeby po nogach nie lazily. Nie wiem jak kobitki sobie tu radza.
Pokoik na pietrze byl maly i duszny, pelen much i komarów. Ale to bylo problemem tylko do czasu az mnie w nocy nie obudzily dobierajace sie do mnie pchly. Jeszcze w nocy burza piaskowa przyszla i latac okno musialem zeby piasek sie nie wdzieral. Jesli ktos szuka Afryki hardkorowej to polecam Hotel Wadata w Konni za 2000 CFA, co ponad 3 euro jest.
Dzien 66 Konni-Agadez
Kolejne kilkaset kilometrów w drodze i wreszcie zakurzone uliczki Agadezu. Wiekszosc miasta wyglada chyba tak jak sto kilkadziesiat lat temu, a w szczególnosci "stara dzielnica" gdzie sie dzis uczylem przyrzadzac herbatki tuareskiej. Pije sie ich trzy. Pierwsza jest "mocna i gorzka", druga "slodka jak milosc", a trzecia jest "dla dzieci". Jako, ze wódy muslimy pic nie moga to racza sie ta mocna chinska herbata.
Dzien 67 Agadez
Wiec na koniec dnia powiem tak: podrózowanie jest piekne. Po chwilach slabosci i zwatpienia jest po prostu cudnie i przyjemnie. I tak niewiele do szczescia potrzeba.
Zaczalem dzien od zmienienia siedziby. I tu pierwszy sukces. Z 4 tauzenów na 2, a warunki moim zdaniem o wiele lepsze. Potem wizyta u dentysty. Szedlem z tak zwana dusza na ramieniu. Publiczny szpital wiem jak wyglada w Polsce, wiec po nigryjskim spodziewalem sie najgorszego. A tu w sumie bardzo wporzo, nowe narzedzia, facet w rekawiczkach. Niestety najgorsze to, ze ponad pól zeba nie mam, bo mi usunieto. Ale polski minister zdrowia powinien tu przyjechac z wizyta, bo moim zdaniem miedzy szpitalem polskim a nigryjskim duzej róznicy nie ma.
Po dentyscie poszedlem na full wypas stek z wolowiny z ryzym za 1500 CFA. Kurde jakie to dobre bylo. Na zarciu oszczedzac nie bede sobie obiecalem i musze sie tego trzymac. Po zarelku akurat natrafilem na czas modlow i to tez jedno z tych niezapomnianych przezyc. Cale meskie miasto Agadez zbiega sie na piatkowa godzine czternasta, by przy wielkim, glinianym meczecie wspolnie oddac czesc Allahowi. Po kolei przychodza zajumuja miejsce w rzadku, czekaja na zatrabienie Allaha, pare minut gimnastyki i rozchodzi sie cale towarzystwo do swoich zajec.
Ale dopiero pozniej zaczelo byc naprawde milo. Spotkalem niby-przewodnika, ktory oprocz miasta oprowadzal mnie po miejscowych butikach. I tu highlight hajlajt. Ow przewodnik ma siostre, a siostra jest zona niejakiego Moussy Yahaya, ktory w przeszlosci strzelal bramki dla gieksy.
Wymienilem czeki, na neta nie poszedlem bo jedyne 2000 CFA za godzine. Ha, a potem spotkalem Pawla i Anete, ktorzy wlasnie wrocili z hardkorowej podrozy do Dirkou, ktore jest w okolicach Bilmy polozone. Podroz one-way miala im zabrac dwa dni, a zabrala szesc w jedna i szesc dni w druga strone. Ich opowiesci mocno mnie zastanowily czy powinienem tam jechac. I na koniec dnia, niby-kebaby zesmy zjedli i w koncu do niezwyklego dziedzinca hotelu Sahara trafilismy gdzie jeszcze z tureckim dziennikarzem Biere Niger smakowalismy. Ciekawa, maks-ciekawa postac ten Turek. No i wyglada na to, ze Poland rules in da city, bo wszystkie Amerykany pojechaly w pustynie. Spotkalem dzisiaj kolesia z NG swiatowego – Washington DC co pisze artykul o tym jak jego kolesie odkrywaja niezwykle szczatki na niezwyklej pustynii.
A tak w ogole to czuje sie tu dobrze w Agadez. Drogo tu jest, kazdy prosi o cadeaux, ale w sumie jest pieknie. Tak wiec koniec koncow, mimo utraty zeba jestem dzis niezmiernie szczesliwy. I o to w podrozowaniu chodzi.
Dzien 68 Leniwe Agadez
Omlet, internet, arbuz, drozdzówka, jogurcik, piwko, gra w tysiaca, stek, woda, woda, woda. I tak zszedl nam caly dzien. No i jeszcze slonce mocno palilo.
Dzien 69 Organizacja wyjazdu na pustynie
Fajnie sie siedzi, ale dzisiaj juz musialem podjac jakies decyzje co do mojej przyszlosci pustynnej. Ciezarówki do Dirkou odjechaly, autobus jeszcze nie przyjechal, ale dostalem cynk ze jest ciezarówka z Timia w miescie. Pedem wiec na dworzec, gdzie obgadalem szczególy i mam stawic sie dzis o 21 u podnóza ciezarówki.
Dzien 70-78 Dziewiec dni z Tuaregami
Przezylem naprawde niepowtarzalne chwile w krainie Tuaregów – w górach Air. Najpierw dwa dni w nowoczesnej karawanie dwóch ogromnych ciezarówek, pózniej trzy dni w uroczej oazie Timie, trzy dni z tradycyjna karawana na wielbladach i 24 godziny hardkorowego powrotu z Iferouan do Agadez. Zylem, jadlem, pilem herbate z Tuaregami. Dziewiec dni bez elektrycznosci, biezacej wody, chleba, piwa itd. Ale bylo naprawde cudnie i przezylem tutaj Wielka Przygode.
Góry Air sa niesamowite. Tak dziwacznych ksztaltów nie widzialem dotad nigdzie. I kazdy dzien przynosil nowe niespodzianki. Góry zajmuja mniej wiecej powierzchnie Szwajcarii, zeby oddac choc troche jak olbrzymi teren zajmuja.
Pierwsze dwa dni spedzilem na dachu szoferki ogromnego camiona. Dwa dni i jedynie 220 kilometrów. Bylo sporo czasu na odpoczynek, jedzenie. Kolo 80 kilometra wszyscy musielismy zeskoczyc i naznosic skal, a potem naprawiac droge. Byla jazda. Wode wydobywalo sie po prostu kopiac piasek w suchych koryach rzek. Zobaczylem jak bardzo mi sie podejscie do wody zmienia. Najpierw w Maroku jechalem tylko na butelkowanej, pózniej przerzucilem sie na wode z woreczków "z cerfytikatm", dalej na normalne woreczki, pózniej na kranówe, na wode z otwartych studni, a teraz przyszedl czasna ziemisty smak wody wydobytej prosto z ziemi.
Trzy dni spedzilem w Timia. Oaza-marzenie. Polozona nad korytem wyschnietej rzeki wzdluz której ciagna sie rajskie ogrody. Przyjaciól tam mialem tylu! Caly czas wizyty, odwiedziny, zarcie i herbatka. Bylem w miejscowym szpitalu, radiostacji, na zebraniu stowarzyszenia studentów i uczniów, w forcie nad oaza, w oberzy, u szefa wioski, w rzezni, w kooperacji handlowców, w sklepikach, merostwie, butiku artystycznym. Timia to samowystarczalny organizm. Zero elektrycznosci, tylko dwa generatory we wsi i zasialanie sloneczne dla szpitala i radiostacji, które powstaly z pomoca Amerykanów i Niemców. Poznalem zycie miejscowej spolecznosci od wewnatrz. Hitem byly wieczory, gdzie wszyscy wychodzili z cienia i rozpoczynalo sie zycie towarzyskie. Skupialo sie wokól dwóch miejsc, gdzie puszczano filmy na DVD.
Przyjechalem do Nigru po to zeby sie karnac z prawdziwa wielka karawana. Coraz mniej ich chodzi, ale jak mówili mi miejscowi zdarzaja sie jeszcze karawan po 200 wielbladów, z tym ze norma na dluzszych trasach jest 30-40 sztuk. Jak robilem research w necie wyszlo mi, ze nalezy byc w Agadez nie pózniej niz w polowie pazdziernika, zeby zalapac sie na wielka karawane. Tu okazalo sie, ze karawany dopiero zaczynaja na poczatku pazdziernika i docieraja do Bilmy na poczatku listopada. Przyjechalem wiec za wczesnie i pozostalo mi tylko wybrac sie na wedrówke z wlasna karawana.
Uzgodnilem z Szarifem warunki i ruszylismy z Timia do Iferouane. Nasz dzien wygladal mniej wiecej tak: pobudka godzinie przed switem, zarelko, oporzadzenie wielbladów, 5 godzin marszu <pól to ciagniecie bydlecia, pól jazda na grzbiecie>, dwie godziny przerwy na jedzenie i odpoczynek, piec godzin w drodze i o zmierzchu zarelko i spanie. Jazda na wielbladzie boli w zadek, a marsz wyczerpuje plus do tego trzeba sie ostro napracowac bo wielblad nie chce sie przemeczac.
Nauczylem sie wielu nieprzydatnych w cywilizowanym swiecie rzeczy: sterowania wielbladem, nakladania siodla, pakowania bagazu na grzbiet, wiazania nóg zeby zwierze nie czmychnelo noca przyrzadzania tuareskiej herbaty. Generalnie wszystko to zasluga Szarifa, który uznal ze sie nadaje do tej roboty. Szarif byl typowym czlowiekiem pustyni. Widzial, czul, slyszal rzeczy które dla mnie byly niedostepne. Zasypial w ciagu minuty, znajdowal wode w odleglych zakamarkach pustynii, wyczuwal padline z ogromnej odleglosci. Prawie nie mówil po francusku, ale ja tez slabo wiec sie jakos dogadywalismy. Wyobrazcie sobie, ze nie potrafil otworzyc puszki sardynek, a tunczyka jadl pierwszy raz w zyciu. Jego zarcie to zielone pulchniejace po kontakcie z woda lub mlekiem "bull", które zapychalo zoladek, manadrynki, tabaka i herbata. "Se macaroni, se bon" – powtarzal caly czas, a ja mu wtórowalem tuareskim "yo, yo".
Ostatnie 24 godziny to powrót do Agadez. O ile pierwsza ciezarówka to byla bulka z maslem to ta do Ariltu byla hardkorowa. Noca, w pyle, na workach cebuli, w scisku defekujacych dzieci. Przedluzylo sie az do rana i slonce bylo zabójcze. Skonczylo sie dzisiaj na wizycie u okulisty, bo moje oczy w soczewkach nie wytrzymaly kurzu, piasku, pylu, slonca. A sam Arlit to tez dziwaczne miejsce. Zbudowany od podstaw zaraz po tym jak odkryto w okolicy zloza uranu.
W Agadezie poczulem sie jak w domu i jak w raju. To co wygladalo mi na podle miejsca, teraz jest luksusem. Juz od dawna wiedzialem, ze pójde na stek tomato fresh do Le Gourmet i na Bier Niger do Sahary.
Nie da sie tego opisac, ale przez te dziewiec dni bylem naprawde podjarany i zachwycony Afryka. I o to chodzi w podrózowaniu!
Dzien 79 Agadez, eh, Agadez!
Wyciagam z plecaka rzeczy i wszystkie przesycone sa goracem. Nie ma skrawka normalnej temperatury, wszystko sie parzy i gotuje.
Dzien administracyjny: okulista, internet, odpisywanie na maile, pranie, odpoczywanie. Na koniec dnia piwko z wojskowym z Nigerii, który bedzie szukac w Europie klubu dla swojego syna-pilkarza.
Jak ja polubilem to miasto – Agadez! Po pustynnych brakach wszystkiego i ciezkich warunkach, tu czuje sie jak w raju.
Dzien 80
Dzien-nic, tak zatyulowalem ten dzien w moim dzienniku podrózy. Znaczy nic sie nie dzialo.
Dzien 81 Cure Salee
Na to swieto tuareskie przyjezdzaja tlumy, bo ma to byc wielkie wydarzenie. Przyjechalem i ja. Zalapalem sie na wycieczke z amerykanskim archeologami pod szefostwem Paula Serano. Ponoc to jest wielki ktos w Stanach, bo odkryl Super Croca, czyli kosci wielkiej bestii, która kiedys zamieszkiwala tereny Sahary. Nastepne dwa dni bede wiec zyl na koszt National Geographic, które patronuje tegorocznej ekspedycji.
Cure Salee jednak troche Tuaregom nie wypalilo. Jakies marne przygrywki i wyscig wielbladów, który nie byl jakos zajmujacy. Zostalismy jednak z amerykancami na piwie i bawilismy sie przednio. Bardzo interesujacy ten amerykanski naród. Taki, rzeklbym… amerykanski.
Dzien 82 Festiwal Bororo – gerewol
Wczoraj nie wypalilo tuareskie Cure Salee, za to dzis podziwialem gerewol ludu Bororo, którzy wywodza sie z wielkiej afrykanskiej rodziny Fulani. To sa nomadzi, którzy wypasaja swoje bydlo wzdluz i wszerz Afryki nie uznajac zadnych granic. Raz do roku spotykaja sie w okolicach Agadez. Ziemia wtedy zawiera duzo soli po porze deszczowej. Sól potrzebna jest zwierzakom, wiec pedza te wszystkie kozy, krowy i wielblady tutaj do Fuduk niedaleko Agadezu.
Przy okazji moga wreszcie pobyc w wiekszej spolecznosci. To jest okazja, zeby sie sparowac – of kurs. U Bororo jest to o tyle odmienne, ze to dziewuchy wybieraja facetów. Kolesie wiec zakladaja na leb strusie pióra, na kolana i lokcie jakies imitacje futer drapiezników, twarze skrupulatnie przez wiele godzin maluja i szukaja zony. Generalnie tancza i spiewaja, ale od czasu do czasu jest to na co turysci i miejscowe laski czekaja – strojenie min! Staja Bororo w rzedzie i wybaluszaja galy, szczerza zeby, robia miny aby pokazac jacy to oni piekni.
Zasypialem wiec na pustyni i slyszalem jak wiatr niesie fulanskie spiewy. A zasypialem z lekkim niepokojem, bo moi murzynscy koledzy skasowali jednego skorpiona. A wiec jednak te stworzenia naprawde istnieja! Spanko na piasku w takich okolicznosciach jest ryzykowne. Kto mial skladane lózko z niego skorzystal, dachy terenówek sie w lózeczka, no a mi zostala mata. Dobre i to!
Dzien 83-84 Ostatnie dni w Agadez
Agadez to juz prawie mój dom. Chodze po uliczkach, spotykam znajomych, nasluchuje recytacji Koranu z medress. Sprzedalem bidony, które towarzyszyly mi na pustyni. I tyle. Niestety nie znalazlem ekipy na Tenere. Tam trzeba jechac w dwa samochody, wiec jak to wszyscy mówia "next time".
Dzien 85 Agadez-Zinder
Kazdy z nich jedzie do brata. Podczas mojego pobytu spotkalem ich wielu. Kongijczycy, Czadyjczycy, Nigeryjczycy. Akurat cos komus zawsze wypadlo i potrzebowal troche gotówki, a to na dworcu, a to w jadlodajni, czy na internecie. Tym "bratem" dla wszystkich jest Europa. Nielegalni imigranci. Agadez jest dalej waznym osrodkiem na Saharze. Tyle, ze juz nie karawan, a punktem przesiadkowym w drodze do Europy. Dzisiaj akurat gadalem z kolesiami, którzy mieli zero bagazu, paszport i mapke Afryki formatu A4 z worldatlas.com. Kawalek Hiszpanii i Portugalii tam sie zalapal i o tym chlopcy marzyli. Jeszcze Londyn znali. Coraz wiecej z nich rozwaza Polske jako punkt docelowy. Wazne, ze jestesmy w Unii, znaczy sie jestesmy bogaci. Kolesie prosili mnie o pomoc, choc sami nie wiedzieli jaka. Chcieli tylko byc w Polsce. Moze mam jakies kolezanki z którymi beda sie mogli hajtnac? To im klaruje, ze wcale latwo nie ma. Moze spróbujecie w Albanii? Tak, do Albanii tez bardzo by chcieli.
Przez nastepne dziesiec godzin pocilem sie wtopiony w siedzenie autka, które wiozlo nas przez pustynie do Zinder. Po drodze mijalismy nomadów, którzy na swoich oslach wioza wygiete konstrukcje szalasów. Wyglada to jakby serfowali po oceanie piachu.
Dzien 86 Troche sniegu w Afryce
Za chwile siade sobie na zacienionej werandzie, pociagne soczku pomaranczowego z woreczka i wtopie sie w klimat sredniowiecznego Yorku pelnego sniegu, tajemniczych morderstw i intryg. Czytam "The Apothecary Rose" – cos trzeba w tym Zinder robic. Po ulicach nie chce mi sie lazic bo ciagle narazony jestem na "bon jour" i "masara". Tak, podrózowanie czasem staje sie meczace.
Dzien 87 Zinder
Dzien osiemdziesiaty którys. Opózniony jestem mocno w relacjach. Po prostu nie chce sie pisac. Upal staje sie codziennoscia, ale jednak pomalu systematycznie wykancza czlowieka. Wiatrak kreci sie nad glowa dajac odrobine wytchnienia, ale w nocy i tak bedzie duszno, ciezko i lepko.
Tak samo z problemami zoladkowymi i wizytami w kibelku. Wydaje mi sie, ze tak po prostu musi byc i nie ma z czym walczyc, tylko tak jak upal trzeba to zaakceptowac.
Wieczorem odlaczyli prad jak co dzien. Dzieki temu cala ekipa zgromadzila sie przy generatorze. Ja ze Szwabem-fotografem z Berlina co tu glód przyjechal sfotografowac, laseczka mlodziutka szefowa francuskiego centrum kulturalnego, jakis Francuz-rasta co na motor zbiera, Wloszka co duzo gada i Holender co w logistyce spedzil cwierc wieku z czego 10 lat w Afryce. I nie wiadomo jakby ci sie nie chcialo podrózowac, po takim wieczorze wszystko sie odmienia. Spaghetti bolognese, kilka Biere Niger, mnóstwo gadaniny i swiat jest piekny. Do zobaczenia, choc wiemy ze nigdy wiecej sie juz nie spotkamy. Takich znajomosci jest multum. Najfajniejsze sa ich historie. Pracuja lekarze bez granic kilka lat nad projektem, a tu przyjezdzaja im Irlandczycy i wszystko im burza. Jedni karmia tylko tych, którzy naprawde potrzebuja, drudzy zgromadzili kase na fali wielkiego boomu na glodujacy Niger i rozdaja jak popadnie. Kiedys tak bylo z Etiopia, nastepna bedzie Somalia albo inny Mozambik. Ludzie w Europie sypia groszem, a kolesie przywoza ryz do stolicy i zamiast jakos go rozsadnie spozytkowac to jada glówna droga na prwincje i rozdaja komu popadnie. Zarcie trafia w rece tych co sa zmotoryzowani, znaczy sa bogaczami i nasze europejskie pieniadze ida w bloto. Dzis widzialem obóz Lekarzy Bez Granic. Setki ludzi sie tlocza, ale nie zeby umierali z glodu. Pytam sie po co tu sa, czemu ich tak wielu. "A bo tu prezenty rozdaja" – odpowiedzial mi jeden. Pomoc humanitarna nie jest wiec ta droga jaka Europa powinna rozwiazywac problemy Afryki. Powiedzialem, ze administracja musi zjadac duzo ngosowych pieniedzy. "Ale nie na nasze pensje" – zgodnie odparli ngosi. Nie da sie jednak ukryc, ze tu mozna godziwe pieniadze zarobic.
I Kapuscinski. Wszyscy biali czytaja tu "Heban". I nad nim dyskutuja. Powód do dumy. Polskiej, narodowej. Choc ta Afryka Kapuscinskiego juz wymiera. Jest inaczej.
Dzien 88 Maradi
Maradi sie kiedys palilo cala noc, po tym jak konserwatywni muzulmanie wyszli na ulice w protescie przeciw pokazowi mody. Meczet jest tu co 50 metrów i wszyscy nosza brody. Allah jest wielki – rozbrzmiewa zewszad. Ja siadlem pod jednym z meczetów i obserwowalem dziki ruch uliczny. Maradi to jedno wielkie targowisko. Rowery, motory, land rovery, minbusy, wielkie ciezarówki, krowy, osly, piesi – to wszystko manewruje na waskim odcinku jezdni przecinajacej miasto. Poza handlem i religia – nic tu nie znajdziecie.
Dzien 89 Dosso
Przyjechalem do Dosso, bo liczylem na tani nocleg. Niestety jedna miejscówka byla oblednie dzika i raczej nie do spania, choc zalezy kto co lubi. Rozneglizowane panie siedzialy przed swoimi kabinami z numerkami, a dzicz murzynska ciagnela Nigera i sie zastanawiala. Ja mialem zajac srodkowe lokum numer osiem. Zatechle, zgnile, tetniace brudem. Trzeba bylo uderzyc klase wyzej, gdze przeprowadzilem ciezkie negocjacje. I troche utargowalem, ale i tak spanie za 8 euro w standardzie nigeryjskim nie jest przyjemny dla duszy i portfela.
Dzien 90-91 Niamey
Ostatnie dni luzowalem w Afryce, rozkoszujac sie widokiem Nigru z tarasu hotelu Grand i wcinajac frytki z kurczakiem na bazarze. Znalazlem na szczescie nadajacy sie do zycia hotel w Niamey. Francuska oaza spokoju z bogata biblioteka, pieknym ogrodem. Ze wzgledu na brak budzetowych miejsc do spania w Niamey, goraco polecam dormitory w oberzy Tataiya.
Dzien 92 Extra dzien w Afryce, czyli tak zwany bonus którego wcale nie chcialem
I gdy juz myslalem, ze pozegnalem sie z Afryka, gdy wsiadlem w Nigrze do Point-Afrique to okazalo sie w czasie miedzladowania w Ougadougou, ze ufolot ma problemy techniczne i musimy poczekac az naprawia. Posiedzielismy troche w sali odlotów, ale nie chcialo im sie chyba w nocy latac, bo wrzucili nas do eksluzywnego hotelu <120 eurasów za noc>. Pospalem troche, zzarlem sniadanie i bez zadnej wizy czy pieczatki pokrecilem sie po miescie, które wywarlo na mnie calkiem inne, lepsze wrazenie. Po 40 dniach od czasu jak tu bylem koles który sprzedal mi Economista rozpoznal mnie na ulicy i oczywiscie sprzedal mi nowy numer. Znów prawie za darmo. Jak oni to robia i skad maja takie tanie nówki-sztuki magazyny to nie wiem, ale kupic kupilem.
Jeszcze tylko miedzyladowanie w Marsylii. Celowe opóznienie spowodowane strajkiem zwiazkowców w calej Francji i po 24 godzinach od startu wyladowalem w Paryzu. Cywilizacja! Ma swoje plusy, ale i cenowe minusy. Ulozylem sie wiec na spiworze w zakamarkach Charles de Gaulle i spedzilem spokojna darmowa noc. Choc to dopiero wczesna jesien w Europie, to ja jednak nie wytrzymuje tych mrozów.