Archiwum z Październik 2005

Grecja, Gora Atos

niedziela, 30 Październik 2005

Dzien 107 Saloniki

No i wyladowalem wczoraj w Salonikach. Calkiem inna kraina. Niby Unia Europejska, ale wszystko inne. To juz nie jest francuski czy niemiecki dobrobyt. Tu kazdy jest albo wazny albo przyjazny. Przetrzepali mnie dokladnie na kontroli antynarkotykowej, pózniej w miescie gliniarze mnie legitymowali. Co to jest? Wygladam jak szmugler albo Al-Kaida? Kolesie wertuja paszport, ogladaja stemple i tylko pod nosem mrucza, ze duzo podrózuje. Nie rozumieja chyba, ze mozna jechac do Burkiny Faso turystycznie. Cos im smierdzi.

Ogólnie Saloniki przywitaly mnie niezlym mrozem. "Ale bedzie dziesiec stopni wiecej jak zacznie wiac od Afryki" rzekl mi ktos zyczliwy. Wybralismy sie z Dzimim z Portugalii na browca poogladac jak sobie Panathinaikos radzi z Barcelona. Najtaniej bylo u bukmacherów, wiec bylo dobrze. Nawet piwo za darmo od wlasciciela dostalismy. W zasadzie nawet dwa. Na targu jak kupuje dwie pomaranczki za 20 lepta to patrza na mnie jak na bidoka i jedna dorzuca w promocji. W sumie bardzo przyjaznie. I pelno Rosjan wyczuwam i rosyjskich wplywów. Grecja jest jednak Wschodem, a nie Zachodem.

Tylko drogo tak samo jak w Dobrobycie, bo przeciez jedno euro obowiazuje i tu i tam. Jem wiec w supermarketach i podziwiam Saloniki spod bizantyjskich murów. Cale miasto jak na patelni. Biale wino i suwlaki.

A jutro ruszam w strone Góry Athos. Dzisiaj zalatwilem permit i obdzwonilem klasztory, zeby zarezerwowac miejsce. W sumie tak jak i w Nigrze. Niby troche poczytalem, ale nie wiem czego sie spodziewac po tej krainie.

Dzien 108 Ouranopouli

Nie chce sie pisac, ale trzeba. Zimnawo w tej Grecji w nocy. Temperatura spada prawie do zera! Na szczescie plawie sie w cieplym prysznicu i innych luksusach typu klimatyzacja, lodówka, telewizor, szafy. Korzystam z tego, ze jest po sezonie i wytargowalem pokój od Kristosa za 10 eurasów.

Dzisiaj autostopowalem, cos czego juz bardzo dawno nie robilem. Ostatnie dluzsze przejazdy zaliczylem chyba 7 lat temu! Ale dzis szlo mi calkiem niezle. Malymi kroczkami po parenascie kilometrów, ale dotarlem na miejsce w 6,5 godziny, co autobus robi w 2,5. Ostatni odcinek posuwalem prawdziwa betoniarka. Ale mimo tego ciezko w eurozonie zamknac sie w 25 eurasach dziennie. Moze jak jest cieplej i spi sie na zewnatrz. Dobrze, ze od jutra bede zyl na koszt mnichów z Agios Oros. Choc za papier przyjdzie mi zaplacic trzydziesci pare baksów.

Dzisiaj wieczorem juz sie przespacerowalem do granicy Góry Atos. Prawdziwy plot, posterunek policji, budka telefoniczna, czyli naprawde granica.

Dzien 109-113 Swieta Góra Atos – Agio Oros

W koncu zabulilem jedyne 20 euro i spedzilem 5 niepowtarzalnych dni w tym unikatowym miejscu. Niepowtarzalnych, choc powtarzalnosc byla spora. Dzwony klasztorów bily kolo 2 co by wstac i sie pomodlic kazdy w swojej celi <dotyczy tylko mnichów, bo pielgrzymi zmagazynowani sa w wieloosobowych dormitoriach>. O trzeciej zaczynaly sie celebracje, które trwaly jakies 3-4 godziny. Wpadam wiec pól-zywy na takie modly i obserwuje. No bo modlic sie po ichniejszemu nie bede, bom nie ortodoks, a rozumiec tez nic nie rozumiem, bo po grecku. Rozumialem jedynie "Kyrie Elejson", bo powtarzali je setki razy, co na koncu przybieralo forme "Kson".

Niewiele wiec rozumialem, ale jak juz pisalem – duzo obserwowalem. Mnisi spózniali sie z regularna niepunktualnoscia, co trzy minuty wchodzil nowy, calowal swiete obrazy <czasem nawet kilkanascie malowidel do obcalowania> i wpadal do takiego podpieradla, co by wytrzymac trudy modlów. Inni braciszkowie ganiali od prawej do lewej, wertujac stare ksiegi, zapalajac swiece, recytujac psalmy. Bylo mistycznie, a wnetrza tonely w kdzidlach. Co mniej wytrzymali pielgrzymi, zasypiali w podpieradlach i po swiatyni roznosilo sie chrapanie, niczym warkot Harleya Davidsona. Nikt biednego petenta nie szturchal, zeby go obudzic. Cóz pewnie taki jego ton chwalenia Pana!

Ciarki po plecach przechodzily jak "dialogowali" ze soba spiewajac na przemian mlody mnich i staruszek, który mial chyba ze sto lat, ale jeszcze spiewal. W ogóle wszyscy "ojcowie" wygladaja powaznie, bo maja dlugie brody. Ciezko mi przez to bylo ich rozpoznac. Dzielilem ich na tych z czarnymi brodami i tych z siwymi.Wszyscy na czarno, w popich czapach i pelerynach. Dopiero jak którys byl na przyklad kulawy to bylo latwiej zapamietac.

Po porannej modlitwie byl czas na kawe i czerstwy chleb. Pózniej godzina-dwie przerwy i pierwszy posilek. W klasztorach je sie tylko dwa razy dziennie, a w poniedzialki, srody i piatki tylko raz. Zadnego miesa, ryba tylko od swieta, a wiekszosci nie je sie nawet nabialu. Z drugiej strony nie ma kto tu tego nabialu wyprodukowac, bo na pólwyspie moga przebywac jedynie sami faceci i dotyczy to równiez zwierzat. Wiec zadna kura jajka tu nie zniesie, ani zadnej krowy sie tu nie wydoi. Nie wiem czy to prawda, ale mnisi dostali od któregos z patriarchów dyspense na kocie samice, bo podobno lepiej lapia myszy. Jak nie ma nabialu ani miesa to dieta sklada sie glównie z warzyw, owoców i ryby od swieta. Na naszych stolach nigdy nie brakowalo jedynie wody, chleba i oliwek. Z innymi rzeczami bylo gorzej i najczesciej szczerze mówiac wychodzilem nienajedzony.

Po sniadanku wybieralem sie w dalsza droge, bo w kazdym klasztorze nocowac mozna tylko jedna noc. Na przybyciu do nowego klasztoru rytual, który bardzo mi sie podobal. Kazdy pielgrzym, turysta czy jak go tam zwal dostawal lukani <turecki galaretkowaty przysmak>, kieliszek tsipouri <domowe ouzo>, filizanke kawy i szklanke wody. Prowadzili mnie do nocegowni, objasniali co wolno i czego nie wolno i dawali rozklad jazdy na najblizsze godziny, czyli kidy posilki, msze i promy do nastepnych klasztoru. Tak, promy sa wazne, bo wiekszosc pielgrzymów to Grecy. A Grecy równa sie fajka, dlugie wlosy i komórka w gotowosci. Bron Boze lazenie po górach. Ja sie jednak wybralem i wszedlem na szczyt Swietej Góry Atos <2033 m> i to z poziomu morza. I to z calym wielbladzim garbem. Oni sie tu bardzo tej góry boja – powaznie.

Tak naprawde nie dowiedzialem sie co kieruje ludzmi, którzy decyduja sie zamieszkac na Atos. Wzgledy religijne, osobiste, ale slyszalem tez wiele innych pikantniejszych historii. Na przyklad, ze calkiem niedawno Interpol zgarnal z rosyjskiego Pantaleimonu nowicjata. Gosciu mieszkal juz na pólwyspie piec lat, ale dopadla go sprawiedliwosc i bedzie sie musial <tym razem nie przed Bogiem> spowiadac, gdzie ukryl 10 milionów baksów, które dawniej w Stanach zachachmecil.

Na pólwyspie mozna sie tez zatrudnic. U nas bezrobocie spore, wiec jesli ktos ma ochote zarobic 15-30 euro dziennie plus spanie i wyzywienie gratis to moze popracowac w tak zwanym polu przy oliwkach czy na budowie. Na dorobek przyjezdzaja tu glównie Serbowie i Gruzini.

Wracajac do rozkladu dnia. Po poludniu byla godzina celbracji, na której koniecznie trzeba bylo byc i zazwyczaj katholikon pekal w szwach, bo na koncu przeor prowadzil wszystkich do refektarza. Bogato zdobione freskami pomieszczenie przeznaczone do jedzenia znajduje sie zazwyczaj naprzeciw swiatyni. Sadza sie osobno nas, osobno mnichów, osobno przeora z rada jego. Nastepuje krótka modlitwa, blogoslawienstwo i start. Start, bo naprawde trzeba sie spieszyc. Jedz szybko ile tylko mozesz i nie gadaj tylko sluchaj Pisma Swietego, które specjalnie oddelegowany mnich czyta w czasie jedzenia. Szybko, bo jak sie przeor naje to wali w dzwon, wszyscy wstaja i truchtem udaja sie z powrotem do kosciola na krótka modlitwe.

Po modlitwie nastepuje okazywanie wiernym skarbów klasztornych. A to lewa stopa Sw. Anny, a to czapka biskupia innego Swietego, widzialem równiez jakies odlane w srebrze dlonie. Dzien sie chyli ku koncowi, wiec kazdy porzadny Grek musi wyskoczyc jeszcze na fajke za bramy klasztoru. Mnisi sa w porze kolesie, bo pobudowali piekne altanki z widokiem na Morze i wielkie popielnice poustawiali zeby niegodni (nie)wierni mogli oddawac swoim chuciom. Trzeba sie zaciagac szybko, bo o zachodzie slonca bramy klasztoru sie zamykaja. A przez plot nie przeskoczysz, bo najczesciej sa to pionowe kilkudziesieciometrowe sciany prosto do wody.

Wieczorkiem jak jest biblioteczka, to mozna przeczytac po polsku ksiazke polskiego mnicha, który zamieszkuje gdzies na Atos. Albo pogadac z ludzmi. W Pantokratorosie spotkalem Daniela z Hiszpanii i przez dwa dni wspólnie przemierzalismy pólwysep. Wymienilismy sporo spostrzezen, troche ponabijalismy sie z otoczenia, ale przede wszystkim duzo pozytwnych wibracji wynioslem z rozmowy z czlowiekiem, który wciaz nie ma e-maila. I miec nie chce. Ale spróbuje zajrzec na moja strone, wiec musze w koncu popisac cos po angielsku! Albo Cypryjczycy. Jeden z nich przyjechal zobaczyc wujka, którego w zyciu <24 lata> nie widzial. Ujek pojechal kiedys na wakacje nie wiadomo gdzie i sie stracil. Mysleli wszyscy, ze nie zyje, ale ktos go odnalazl kontemplujacego w atosanskiej jaskini. Wujek mieszka pod Góra Atos, wiec pytam sie jak tam idzie. Przysle wujek osly. No ale jak tam trafisz? Osly znaja droge!

Mozna wiec gadac albo czytac do nocy. Ale najlepiej isc szybko spac. Przeciez o trzeciej znowu trzeba wstac!

Dzien 114 Wyjazd

Odwrót z Europy rozpoczalem juz wczoraj po poludniu zaraz po powrocie do ziem, gdzie mozna zobaczyc kobiety! Nie ujechalem wczoraj za daleko, bo tylko jakies 60 kilometrów, ale taki zywot jak sie chce jezdzic za darmo. Wyladowalem w fajnie brzmiacej miejscowosci Olimpiada, zalozonej na miejsu dawnej Stagiry gdzie sie narodzil brodaty Arystoteles. Na poliglote sie ucze, bo gadalem wczoraj po rusku, angielsku niemiecku, polsku <turysci na statku, pozdro!> i po slasku z dojczem z Bytomia. Po inkszemu juz nie umiol jak po naszemu, bo w Rajchu siedzi juz ponad 30 lot.

Dzis przystopowalem az pod Xantie, pociagiem dowleklem sie do Alexandropolis. Tu byla totalna porazka, bo 3 godziny lapalem stopa i psinco. Gosciu na stacji nie zrozumial moich intencji i sprzedal mi bilet do stacji granicznej <ale tylko kolejowej> pt. PYTHION. Konduktor wyrzucil mnie posrodku ciemnosci, gdzie dumnie powiewaly flagi Grecji i Unii Europejskiej. Nikogo nie bylo, prócz dzikich ptaków wydajacych dzikie dzwieki i rozjechanych wezy. Nawet miasto nie wiedzialem, w która strone jest. Obszczekal mnie pies, a do niego przylaczyly sie chyba wszystkie psy z Tracji. Pitlem nazod na banhof. Tu o dziesiatej wiczorem pojawila sie nocna zmiana, bo ma do obsluzenia sypialny z i do Konstantynopola. Tak stalo na rozkladzie. Sypialny byl o wartosci mojego dwudniowego budzetu, wiec ja swoja sypialnie urzadzilem sobie w poczekalni, gdzie w zimnie bo zimnie, ale spokojnie dospalem do switu. I tak szczerze piszac bardzo jestem zadowolony, ze wyladowalem w Pythion, bo takie magiczne chwile zdarzaja sie raz na sto lat. Stara Unia Europejska, a egzotyka wieksza niz w Afryce. I like it!

 

(więcej…)

Francja, Niemcy

niedziela, 30 Październik 2005

Dzien 94-106 Francja i Dojczlandy

Francja wyszla dlatego, ze sie tu Nata przeprowadzila za chlebem i dlatego, ze nie dostalem wizy do Algierii i musialem sie ewakuowac z Afryki powietrzem. A najlatwiej i najtaniej wrócic do Francji.

We Francji bylem wyjatkowo leniwy, wiec zaeglosci zamiast nadrobic zostaly jeszcze bardziej poglebione. Dlatego bedzie zwiezle.

Pierwsze moje wrazenie po przylocie do Paryza bylo takie, ze "cywilizacja mi sie podoba". Nie ma co. Moze ceny nie bardzo. Jednak paru rzeczy u Francuzów zrozumiec nie potrafilem. Nie moglem na przyklad o 22.00 kupic karty telefonicznej na miedzynarodowym lotnisku CDG w Paryzu, a o 10.00 rano nie moglem zjesc Big Mac Menu <"bo jeszcze nie mamy, bedzie o 11"> na Champs Elysees. Nie kupilem soczewek kontaktowych, bo trzeba miec recepte od lekarza. Paranoja!

Wreszcie moglem wykorzystac mojego palmtopa i cieszyc sie z polaczenia z darmowym netem. Oparlem sie o katedre i z mojego Looxa pogadalem sobie na skypie z Zupa. Piekna sprawa ta technika, co? Szkoda, ze w Afryce skanowalem sieci sporadycznie, a darmowych w ogóle nie spotkalem.

Strasbourg. Cale miasto jest po prostu przesiakniete dobrobytem. Patrze i oczom nie wierze. Wszystko poukladane jak nalezy, zebracy najedzeni i dobrze ubrani. Nawet ich przynety na kleingeld, czyli wszelkiej masci psy i koty wygladaja przyzwoicie. Wychodzi mi tez na to, ze w pazdziernikowe sloneczne dni wszyscy niemieccy emeryci przyjezdzaja kosztowac win alzackich i szukrotu <kapuchy kiszonej z miechem>.

Nawet w kraju tak podobnym do Polski jak Francja <patrzac z perspektywy Afryki> jest tu w Strasie kupa rzeczy, które mnie zadziwiaja. Dzisiaj na przyklad wpadlem w ksiegarnie pelna przewodników i siadlem sobie by poczytac. Siedzi sie jak w salce kinowej i oprócz mnie WSZYSCY inni czytali komiksy. Dresy, dzieciaki, dziadkowie, studenci, matki z dziecmi zczytywali te obrazki.

Po czterech dniach laby dzisiaj wzialem sie ostro za szukanie transportu na dalsza droge, za zalatwianie wizy do Australii <trwalo to 1 dzien – co za organizacja!>, za uzupelnienie mojego sprzetu który w Afryce ulegl powaznemu rozdrobnieniu. I nie moge tego wszystkiego ogarnac. A pytan jakie mam do dalszej drogi jest multum. O ile Afryke przygotowalem sobie niezle zawczasu i wiedzialem gdzie, co i jak, to Azja bedzie maksymalna improwizacja. Moze i dobrze, byleby budzet na tym nie ucierpial.

Ze Strasu robilismy sobie wycieczki nach Deutschland. Wreszcie kupilem soczewki <tu recepty nie wymagaja> i troche rzeczy w sklepie "wszystko za jeden euro". Te dojcze to lubia takie niby-okazje. Jedna Helga lostawila tam 50 ojro. Niezle, co? Mysmy kupili otwieracz do wina, który sie polamal na pierwszym tanim renskim z Lidla co jest w tej samej cenie. Zakupy z Kehl wcianlismy z Cieplym pod zamkiem Koenigsberg. W ogóle fajnie, ze sie spotkalismy. Mozna sie bylo bezalki napic ;) Nawet chcielismy sie zatrudnic przy winobraniu, ale juz bylo po ptokach. Niedziela byla na spanie po sobotnim balowaniu w Jimmy’m i na wybory i na zwiedzanie europejskiego kwartalu Strasburga. Tam to juz w ogóle dobrobyt i … wielka nicosc. Nie ma to jak de la Course zapackana psimi gównami i pelna afrykanskich sklepów, telepunktów, gabinetów do krecenia murzynskich warkoczyków i tak dalej. Maja tu ghanskie Stary, togijskie Flagi i inne piwa, które nie tak dawno smakowalem w Afryce.

Nastepny weekend juz bez Cieplego minal nam na typowo francuskiej sobocie. Spanie do oporu, pózniej widoczki z lawki nad kanalami i spacer po handlowym Strasie. Wszyscy chodza, kupuja, mlode wine smakuja. Dzieci na karuzela wsadzaja i w tlumie sie przepychaja. A w nocy party w La Java. No i czekolada!

Ostatni dzien byl pelen internetu, dopinania spraw organizacyjnych i jeszcze mi sie poszczescilo, bo trafilem wolne miejsce na Góre Athos.

Dwa tygodnie wakacji we Francji to bylo to! Dzieki Nata! A teraz czas wracac do podrózowania.

 

(więcej…)

Niger

czwartek, 27 Październik 2005

Dzien 65 Wadata hardkor

Wyladowalem w koncu w Nigrze, nazywanym przez niektórych "Czwartym Swiatem". Nie wiedzialem czego oczekiwac, bo glosno ostatnio bylo o glodzie. W rzeczywistosci widac, ze bieda jest tu wieksza niz w innych biedujacych krajach Afryki Zachodniej. O ile dotad zebracy zwracali sie do mnie "szefie" <patron>, to tu w Nigrze jestem "wielkim szefem" <grand patron>. Ale umierajacych z glodu ludzi na ulicach nie widac.

Przez mily most na Nigrze wkroczylem do miasteczka Gaya, gdzie w towarzystwie 20 muzulmanów siedzialem nic nie robiac pod drzewkiem i czekajac az kobiety "beda gotowe do wyjazdu". Trafilo mi sie miejsce z przodu pezota 504, ktore jednak dzielilem z dwoma innymi pasazerami. Przejazd jest mocno monnotonny. Dojechalem do Birni’n Konni, które tonelo w ciemnosciach, podczas gdy nieodlegla nigeryjska Illela rozjasniala horyzont jaskrawa luna swiatla. Jak zwykle wybralem najtanszy hotel z LP, ale chyba go nie przetestowali zbytnio, bo okazal sie mocno hardkorowy. Toaleta bez drzwi, a w dodatku cala sie ruszala. Karaluchy hasaly na calego. Lekka reka stówa ich byla. Trzeba bylo przytupywac przy sikaniu zeby po nogach nie lazily. Nie wiem jak kobitki sobie tu radza.

Pokoik na pietrze byl maly i duszny, pelen much i komarów. Ale to bylo problemem tylko do czasu az mnie w nocy nie obudzily dobierajace sie do mnie pchly. Jeszcze w nocy burza piaskowa przyszla i latac okno musialem zeby piasek sie nie wdzieral. Jesli ktos szuka Afryki hardkorowej to polecam Hotel Wadata w Konni za 2000 CFA, co ponad 3 euro jest.

Dzien 66 Konni-Agadez

Kolejne kilkaset kilometrów w drodze i wreszcie zakurzone uliczki Agadezu. Wiekszosc miasta wyglada chyba tak jak sto kilkadziesiat lat temu, a w szczególnosci "stara dzielnica" gdzie sie dzis uczylem przyrzadzac herbatki tuareskiej. Pije sie ich trzy. Pierwsza jest "mocna i gorzka", druga "slodka jak milosc", a trzecia jest "dla dzieci". Jako, ze wódy muslimy pic nie moga to racza sie ta mocna chinska herbata.

Dzien 67 Agadez

Wiec na koniec dnia powiem tak: podrózowanie jest piekne. Po chwilach slabosci i zwatpienia jest po prostu cudnie i przyjemnie. I tak niewiele do szczescia potrzeba.

Zaczalem dzien od zmienienia siedziby. I tu pierwszy sukces. Z 4 tauzenów na 2, a warunki moim zdaniem o wiele lepsze. Potem wizyta u dentysty. Szedlem z tak zwana dusza na ramieniu. Publiczny szpital wiem jak wyglada w Polsce, wiec po nigryjskim spodziewalem sie najgorszego. A tu w sumie bardzo wporzo, nowe narzedzia, facet w rekawiczkach. Niestety najgorsze to, ze ponad pól zeba nie mam, bo mi usunieto. Ale polski minister zdrowia powinien tu przyjechac z wizyta, bo moim zdaniem miedzy szpitalem polskim a nigryjskim duzej róznicy nie ma.

Po dentyscie poszedlem na full wypas stek z wolowiny z ryzym za 1500 CFA. Kurde jakie to dobre bylo. Na zarciu oszczedzac nie bede sobie obiecalem i musze sie tego trzymac. Po zarelku akurat natrafilem na czas modlow i to tez jedno z tych niezapomnianych przezyc. Cale meskie miasto Agadez zbiega sie na piatkowa godzine czternasta, by przy wielkim, glinianym meczecie wspolnie oddac czesc Allahowi. Po kolei przychodza zajumuja miejsce w rzadku, czekaja na zatrabienie Allaha, pare minut gimnastyki i rozchodzi sie cale towarzystwo do swoich zajec.

Ale dopiero pozniej zaczelo byc naprawde milo. Spotkalem niby-przewodnika, ktory oprocz miasta oprowadzal mnie po miejscowych butikach. I tu highlight hajlajt. Ow przewodnik ma siostre, a siostra jest zona niejakiego Moussy Yahaya, ktory w przeszlosci strzelal bramki dla gieksy.

Wymienilem czeki, na neta nie poszedlem bo jedyne 2000 CFA za godzine. Ha, a potem spotkalem Pawla i Anete, ktorzy wlasnie wrocili z hardkorowej podrozy do Dirkou, ktore jest w okolicach Bilmy polozone. Podroz one-way miala im zabrac dwa dni, a zabrala szesc w jedna i szesc dni w druga strone. Ich opowiesci mocno mnie zastanowily czy powinienem tam jechac. I na koniec dnia, niby-kebaby zesmy zjedli i w koncu do niezwyklego dziedzinca hotelu Sahara trafilismy gdzie jeszcze z tureckim dziennikarzem Biere Niger smakowalismy. Ciekawa, maks-ciekawa postac ten Turek. No i wyglada na to, ze Poland rules in da city, bo wszystkie Amerykany pojechaly w pustynie. Spotkalem dzisiaj kolesia z NG swiatowego – Washington DC co pisze artykul o tym jak jego kolesie odkrywaja niezwykle szczatki na niezwyklej pustynii.

A tak w ogole to czuje sie tu dobrze w Agadez. Drogo tu jest, kazdy prosi o cadeaux, ale w sumie jest pieknie. Tak wiec koniec koncow, mimo utraty zeba jestem dzis niezmiernie szczesliwy. I o to w podrozowaniu chodzi.

Dzien 68 Leniwe Agadez

Omlet, internet, arbuz, drozdzówka, jogurcik, piwko, gra w tysiaca, stek, woda, woda, woda. I tak zszedl nam caly dzien. No i jeszcze slonce mocno palilo.

Dzien 69 Organizacja wyjazdu na pustynie

Fajnie sie siedzi, ale dzisiaj juz musialem podjac jakies decyzje co do mojej przyszlosci pustynnej. Ciezarówki do Dirkou odjechaly, autobus jeszcze nie przyjechal, ale dostalem cynk ze jest ciezarówka z Timia w miescie. Pedem wiec na dworzec, gdzie obgadalem szczególy i mam stawic sie dzis o 21 u podnóza ciezarówki.

Dzien 70-78 Dziewiec dni z Tuaregami

Przezylem naprawde niepowtarzalne chwile w krainie Tuaregów – w górach Air. Najpierw dwa dni w nowoczesnej karawanie dwóch ogromnych ciezarówek, pózniej trzy dni w uroczej oazie Timie, trzy dni z tradycyjna karawana na wielbladach i 24 godziny hardkorowego powrotu z Iferouan do Agadez. Zylem, jadlem, pilem herbate z Tuaregami. Dziewiec dni bez elektrycznosci, biezacej wody, chleba, piwa itd. Ale bylo naprawde cudnie i przezylem tutaj Wielka Przygode.

Góry Air sa niesamowite. Tak dziwacznych ksztaltów nie widzialem dotad nigdzie. I kazdy dzien przynosil nowe niespodzianki. Góry zajmuja mniej wiecej powierzchnie Szwajcarii, zeby oddac choc troche jak olbrzymi teren zajmuja.

Pierwsze dwa dni spedzilem na dachu szoferki ogromnego camiona. Dwa dni i jedynie 220 kilometrów. Bylo sporo czasu na odpoczynek, jedzenie. Kolo 80 kilometra wszyscy musielismy zeskoczyc i naznosic skal, a potem naprawiac droge. Byla jazda. Wode wydobywalo sie po prostu kopiac piasek w suchych koryach rzek. Zobaczylem jak bardzo mi sie podejscie do wody zmienia. Najpierw w Maroku jechalem tylko na butelkowanej, pózniej przerzucilem sie na wode z woreczków "z cerfytikatm", dalej na normalne woreczki, pózniej na kranówe, na wode z otwartych studni, a teraz przyszedl czasna ziemisty smak wody wydobytej prosto z ziemi.

Trzy dni spedzilem w Timia. Oaza-marzenie. Polozona nad korytem wyschnietej rzeki wzdluz której ciagna sie rajskie ogrody. Przyjaciól tam mialem tylu! Caly czas wizyty, odwiedziny, zarcie i herbatka. Bylem w miejscowym szpitalu, radiostacji, na zebraniu stowarzyszenia studentów i uczniów, w forcie nad oaza, w oberzy, u szefa wioski, w rzezni, w kooperacji handlowców, w sklepikach, merostwie, butiku artystycznym. Timia to samowystarczalny organizm. Zero elektrycznosci, tylko dwa generatory we wsi i zasialanie sloneczne dla szpitala i radiostacji, które powstaly z pomoca Amerykanów i Niemców. Poznalem zycie miejscowej spolecznosci od wewnatrz. Hitem byly wieczory, gdzie wszyscy wychodzili z cienia i rozpoczynalo sie zycie towarzyskie. Skupialo sie wokól dwóch miejsc, gdzie puszczano filmy na DVD.

Przyjechalem do Nigru po to zeby sie karnac z prawdziwa wielka karawana. Coraz mniej ich chodzi, ale jak mówili mi miejscowi zdarzaja sie jeszcze karawan po 200 wielbladów, z tym ze norma na dluzszych trasach jest 30-40 sztuk. Jak robilem research w necie wyszlo mi, ze nalezy byc w Agadez nie pózniej niz w polowie pazdziernika, zeby zalapac sie na wielka karawane. Tu okazalo sie, ze karawany dopiero zaczynaja na poczatku pazdziernika i docieraja do Bilmy na poczatku listopada. Przyjechalem wiec za wczesnie i pozostalo mi tylko wybrac sie na wedrówke z wlasna karawana.

Uzgodnilem z Szarifem warunki i ruszylismy z Timia do Iferouane. Nasz dzien wygladal mniej wiecej tak: pobudka godzinie przed switem, zarelko, oporzadzenie wielbladów, 5 godzin marszu <pól to ciagniecie bydlecia, pól jazda na grzbiecie>, dwie godziny przerwy na jedzenie i odpoczynek, piec godzin w drodze i o zmierzchu zarelko i spanie. Jazda na wielbladzie boli w zadek, a marsz wyczerpuje plus do tego trzeba sie ostro napracowac bo wielblad nie chce sie przemeczac.

Nauczylem sie wielu nieprzydatnych w cywilizowanym swiecie rzeczy: sterowania wielbladem, nakladania siodla, pakowania bagazu na grzbiet, wiazania nóg zeby zwierze nie czmychnelo noca przyrzadzania tuareskiej herbaty. Generalnie wszystko to zasluga Szarifa, który uznal ze sie nadaje do tej roboty. Szarif byl typowym czlowiekiem pustyni. Widzial, czul, slyszal rzeczy które dla mnie byly niedostepne. Zasypial w ciagu minuty, znajdowal wode w odleglych zakamarkach pustynii, wyczuwal padline z ogromnej odleglosci. Prawie nie mówil po francusku, ale ja tez slabo wiec sie jakos dogadywalismy. Wyobrazcie sobie, ze nie potrafil otworzyc puszki sardynek, a tunczyka jadl pierwszy raz w zyciu. Jego zarcie to zielone pulchniejace po kontakcie z woda lub mlekiem "bull", które zapychalo zoladek, manadrynki, tabaka i herbata. "Se macaroni, se bon" – powtarzal caly czas, a ja mu wtórowalem tuareskim "yo, yo".

Ostatnie 24 godziny to powrót do Agadez. O ile pierwsza ciezarówka to byla bulka z maslem to ta do Ariltu byla hardkorowa. Noca, w pyle, na workach cebuli, w scisku defekujacych dzieci. Przedluzylo sie az do rana i slonce bylo zabójcze. Skonczylo sie dzisiaj na wizycie u okulisty, bo moje oczy w soczewkach nie wytrzymaly kurzu, piasku, pylu, slonca. A sam Arlit to tez dziwaczne miejsce. Zbudowany od podstaw zaraz po tym jak odkryto w okolicy zloza uranu.

W Agadezie poczulem sie jak w domu i jak w raju. To co wygladalo mi na podle miejsca, teraz jest luksusem. Juz od dawna wiedzialem, ze pójde na stek tomato fresh do Le Gourmet i na Bier Niger do Sahary.

Nie da sie tego opisac, ale przez te dziewiec dni bylem naprawde podjarany i zachwycony Afryka. I o to chodzi w podrózowaniu!

Dzien 79 Agadez, eh, Agadez!

Wyciagam z plecaka rzeczy i wszystkie przesycone sa goracem. Nie ma skrawka normalnej temperatury, wszystko sie parzy i gotuje.

Dzien administracyjny: okulista, internet, odpisywanie na maile, pranie, odpoczywanie. Na koniec dnia piwko z wojskowym z Nigerii, który bedzie szukac w Europie klubu dla swojego syna-pilkarza.

Jak ja polubilem to miasto – Agadez! Po pustynnych brakach wszystkiego i ciezkich warunkach, tu czuje sie jak w raju.

Dzien 80

Dzien-nic, tak zatyulowalem ten dzien w moim dzienniku podrózy. Znaczy nic sie nie dzialo.

Dzien 81 Cure Salee

Na to swieto tuareskie przyjezdzaja tlumy, bo ma to byc wielkie wydarzenie. Przyjechalem i ja. Zalapalem sie na wycieczke z amerykanskim archeologami pod szefostwem Paula Serano. Ponoc to jest wielki ktos w Stanach, bo odkryl Super Croca, czyli kosci wielkiej bestii, która kiedys zamieszkiwala tereny Sahary. Nastepne dwa dni bede wiec zyl na koszt National Geographic, które patronuje tegorocznej ekspedycji.

Cure Salee jednak troche Tuaregom nie wypalilo. Jakies marne przygrywki i wyscig wielbladów, który nie byl jakos zajmujacy. Zostalismy jednak z amerykancami na piwie i bawilismy sie przednio. Bardzo interesujacy ten amerykanski naród. Taki, rzeklbym… amerykanski.

Dzien 82 Festiwal Bororo – gerewol

Wczoraj nie wypalilo tuareskie Cure Salee, za to dzis podziwialem gerewol ludu Bororo, którzy wywodza sie z wielkiej afrykanskiej rodziny Fulani. To sa nomadzi, którzy wypasaja swoje bydlo wzdluz i wszerz Afryki nie uznajac zadnych granic. Raz do roku spotykaja sie w okolicach Agadez. Ziemia wtedy zawiera duzo soli po porze deszczowej. Sól potrzebna jest zwierzakom, wiec pedza te wszystkie kozy, krowy i wielblady tutaj do Fuduk niedaleko Agadezu.

Przy okazji moga wreszcie pobyc w wiekszej spolecznosci. To jest okazja, zeby sie sparowac – of kurs. U Bororo jest to o tyle odmienne, ze to dziewuchy wybieraja facetów. Kolesie wiec zakladaja na leb strusie pióra, na kolana i lokcie jakies imitacje futer drapiezników, twarze skrupulatnie przez wiele godzin maluja i szukaja zony. Generalnie tancza i spiewaja, ale od czasu do czasu jest to na co turysci i miejscowe laski czekaja – strojenie min! Staja Bororo w rzedzie i wybaluszaja galy, szczerza zeby, robia miny aby pokazac jacy to oni piekni.

Zasypialem wiec na pustyni i slyszalem jak wiatr niesie fulanskie spiewy. A zasypialem z lekkim niepokojem, bo moi murzynscy koledzy skasowali jednego skorpiona. A wiec jednak te stworzenia naprawde istnieja! Spanko na piasku w takich okolicznosciach jest ryzykowne. Kto mial skladane lózko z niego skorzystal, dachy terenówek sie w lózeczka, no a mi zostala mata. Dobre i to!

Dzien 83-84 Ostatnie dni w Agadez

Agadez to juz prawie mój dom. Chodze po uliczkach, spotykam znajomych, nasluchuje recytacji Koranu z medress. Sprzedalem bidony, które towarzyszyly mi na pustyni. I tyle. Niestety nie znalazlem ekipy na Tenere. Tam trzeba jechac w dwa samochody, wiec jak to wszyscy mówia "next time".

Dzien 85 Agadez-Zinder

Kazdy z nich jedzie do brata. Podczas mojego pobytu spotkalem ich wielu. Kongijczycy, Czadyjczycy, Nigeryjczycy. Akurat cos komus zawsze wypadlo i potrzebowal troche gotówki, a to na dworcu, a to w jadlodajni, czy na internecie. Tym "bratem" dla wszystkich jest Europa. Nielegalni imigranci. Agadez jest dalej waznym osrodkiem na Saharze. Tyle, ze juz nie karawan, a punktem przesiadkowym w drodze do Europy. Dzisiaj akurat gadalem z kolesiami, którzy mieli zero bagazu, paszport i mapke Afryki formatu A4 z worldatlas.com. Kawalek Hiszpanii i Portugalii tam sie zalapal i o tym chlopcy marzyli. Jeszcze Londyn znali. Coraz wiecej z nich rozwaza Polske jako punkt docelowy. Wazne, ze jestesmy w Unii, znaczy sie jestesmy bogaci. Kolesie prosili mnie o pomoc, choc sami nie wiedzieli jaka. Chcieli tylko byc w Polsce. Moze mam jakies kolezanki z którymi beda sie mogli hajtnac? To im klaruje, ze wcale latwo nie ma. Moze spróbujecie w Albanii? Tak, do Albanii tez bardzo by chcieli.

Przez nastepne dziesiec godzin pocilem sie wtopiony w siedzenie autka, które wiozlo nas przez pustynie do Zinder. Po drodze mijalismy nomadów, którzy na swoich oslach wioza wygiete konstrukcje szalasów. Wyglada to jakby serfowali po oceanie piachu.

Dzien 86 Troche sniegu w Afryce

Za chwile siade sobie na zacienionej werandzie, pociagne soczku pomaranczowego z woreczka i wtopie sie w klimat sredniowiecznego Yorku pelnego sniegu, tajemniczych morderstw i intryg. Czytam "The Apothecary Rose" – cos trzeba w tym Zinder robic. Po ulicach nie chce mi sie lazic bo ciagle narazony jestem na "bon jour" i "masara". Tak, podrózowanie czasem staje sie meczace.

Dzien 87 Zinder

Dzien osiemdziesiaty którys. Opózniony jestem mocno w relacjach. Po prostu nie chce sie pisac. Upal staje sie codziennoscia, ale jednak pomalu systematycznie wykancza czlowieka. Wiatrak kreci sie nad glowa dajac odrobine wytchnienia, ale w nocy i tak bedzie duszno, ciezko i lepko.

Tak samo z problemami zoladkowymi i wizytami w kibelku. Wydaje mi sie, ze tak po prostu musi byc i nie ma z czym walczyc, tylko tak jak upal trzeba to zaakceptowac.

Wieczorem odlaczyli prad jak co dzien. Dzieki temu cala ekipa zgromadzila sie przy generatorze. Ja ze Szwabem-fotografem z Berlina co tu glód przyjechal sfotografowac, laseczka mlodziutka szefowa francuskiego centrum kulturalnego, jakis Francuz-rasta co na motor zbiera, Wloszka co duzo gada i Holender co w logistyce spedzil cwierc wieku z czego 10 lat w Afryce. I nie wiadomo jakby ci sie nie chcialo podrózowac, po takim wieczorze wszystko sie odmienia. Spaghetti bolognese, kilka Biere Niger, mnóstwo gadaniny i swiat jest piekny. Do zobaczenia, choc wiemy ze nigdy wiecej sie juz nie spotkamy. Takich znajomosci jest multum. Najfajniejsze sa ich historie. Pracuja lekarze bez granic kilka lat nad projektem, a tu przyjezdzaja im Irlandczycy i wszystko im burza. Jedni karmia tylko tych, którzy naprawde potrzebuja, drudzy zgromadzili kase na fali wielkiego boomu na glodujacy Niger i rozdaja jak popadnie. Kiedys tak bylo z Etiopia, nastepna bedzie Somalia albo inny Mozambik. Ludzie w Europie sypia groszem, a kolesie przywoza ryz do stolicy i zamiast jakos go rozsadnie spozytkowac to jada glówna droga na prwincje i rozdaja komu popadnie. Zarcie trafia w rece tych co sa zmotoryzowani, znaczy sa bogaczami i nasze europejskie pieniadze ida w bloto. Dzis widzialem obóz Lekarzy Bez Granic. Setki ludzi sie tlocza, ale nie zeby umierali z glodu. Pytam sie po co tu sa, czemu ich tak wielu. "A bo tu prezenty rozdaja" – odpowiedzial mi jeden. Pomoc humanitarna nie jest wiec ta droga jaka Europa powinna rozwiazywac problemy Afryki. Powiedzialem, ze administracja musi zjadac duzo ngosowych pieniedzy. "Ale nie na nasze pensje" – zgodnie odparli ngosi. Nie da sie jednak ukryc, ze tu mozna godziwe pieniadze zarobic.

I Kapuscinski. Wszyscy biali czytaja tu "Heban". I nad nim dyskutuja. Powód do dumy. Polskiej, narodowej. Choc ta Afryka Kapuscinskiego juz wymiera. Jest inaczej.

Dzien 88 Maradi

Maradi sie kiedys palilo cala noc, po tym jak konserwatywni muzulmanie wyszli na ulice w protescie przeciw pokazowi mody. Meczet jest tu co 50 metrów i wszyscy nosza brody. Allah jest wielki – rozbrzmiewa zewszad. Ja siadlem pod jednym z meczetów i obserwowalem dziki ruch uliczny. Maradi to jedno wielkie targowisko. Rowery, motory, land rovery, minbusy, wielkie ciezarówki, krowy, osly, piesi – to wszystko manewruje na waskim odcinku jezdni przecinajacej miasto. Poza handlem i religia – nic tu nie znajdziecie.

Dzien 89 Dosso

Przyjechalem do Dosso, bo liczylem na tani nocleg. Niestety jedna miejscówka byla oblednie dzika i raczej nie do spania, choc zalezy kto co lubi. Rozneglizowane panie siedzialy przed swoimi kabinami z numerkami, a dzicz murzynska ciagnela Nigera i sie zastanawiala. Ja mialem zajac srodkowe lokum numer osiem. Zatechle, zgnile, tetniace brudem. Trzeba bylo uderzyc klase wyzej, gdze przeprowadzilem ciezkie negocjacje. I troche utargowalem, ale i tak spanie za 8 euro w standardzie nigeryjskim nie jest przyjemny dla duszy i portfela.

Dzien 90-91 Niamey

Ostatnie dni luzowalem w Afryce, rozkoszujac sie widokiem Nigru z tarasu hotelu Grand i wcinajac frytki z kurczakiem na bazarze. Znalazlem na szczescie nadajacy sie do zycia hotel w Niamey. Francuska oaza spokoju z bogata biblioteka, pieknym ogrodem. Ze wzgledu na brak budzetowych miejsc do spania w Niamey, goraco polecam dormitory w oberzy Tataiya.

Dzien 92 Extra dzien w Afryce, czyli tak zwany bonus którego wcale nie chcialem

I gdy juz myslalem, ze pozegnalem sie z Afryka, gdy wsiadlem w Nigrze do Point-Afrique to okazalo sie w czasie miedzladowania w Ougadougou, ze ufolot ma problemy techniczne i musimy poczekac az naprawia. Posiedzielismy troche w sali odlotów, ale nie chcialo im sie chyba w nocy latac, bo wrzucili nas do eksluzywnego hotelu <120 eurasów za noc>. Pospalem troche, zzarlem sniadanie i bez zadnej wizy czy pieczatki pokrecilem sie po miescie, które wywarlo na mnie calkiem inne, lepsze wrazenie. Po 40 dniach od czasu jak tu bylem koles który sprzedal mi Economista rozpoznal mnie na ulicy i oczywiscie sprzedal mi nowy numer. Znów prawie za darmo. Jak oni to robia i skad maja takie tanie nówki-sztuki magazyny to nie wiem, ale kupic kupilem.

Jeszcze tylko miedzyladowanie w Marsylii. Celowe opóznienie spowodowane strajkiem zwiazkowców w calej Francji i po 24 godzinach od startu wyladowalem w Paryzu. Cywilizacja! Ma swoje plusy, ale i cenowe minusy. Ulozylem sie wiec na spiworze w zakamarkach Charles de Gaulle i spedzilem spokojna darmowa noc. Choc to dopiero wczesna jesien w Europie, to ja jednak nie wytrzymuje tych mrozów.

(więcej…)