Ghana

Dzien 51

"FREEMAN needs PATIENCE if he wants to meet his DESTINY" – to motto mojego nowego kolegi, po chrzescijansku mu Gabriel jest. Drukowanymi literami zaznaczylem imiona jego trzech psów. Gabriel wlasnie skonczyl studia, specjalizacja "nutrition" i ma food stallsa naprzeciwko mojej misji katolickiej. Przekonal mnie wczoraj, ze powinienem zostac dluzej w Bolgatanga. No i nie zaluje. Gabriel to taki rasta bez dredów za to z cala ideologia spokojnego zycia w Afryce i jeszcze paroma innymi rzeczami. Zabral mnie samochodem do miejsca, które mialo byc piekna rzeka, pelna ryb, ze zlocistym blaskiem fal, jakims urwanym mostkiem, tajemniczym wybrzezem itd. Okazalo sie zwykla zapora i takim sobie jeziorkiem. Zlotych fal nie bylo, ryb tez nie, nabrzeze bylo po prostu walem przeciwpowodziowym, ale bylo milo. Trzeba mocno pobudzac wyobraznie, zeby w taki sposób opisac takie zwykle miejsce. Pare skalek bylo, z których roztaczal sie piekny widok na leniwie plynace zycie okolicy. Gabriel chcial mi wpoic, ze powinnismy tu hotel dla turystów nad jeziorem wybudowac i metalowe schody na szczyt skalek, zeby dzieciaki tez mogly wejsc. Usmiechalem sie pod nosem i patrzylem jak wyrzuca zuzyte woreczki po wodzie prosto na to jego piekne miejsce.

Dzien 52 Tro-tro

Tro-tro to miejscowe minibusy, w których panuje niesamowity scisk. Caly dzien spedzilem dzisiaj w takich pojazdach jadac z Bolgatanga do Kumasi.

Jako, ze nic sie specjalnego dzis nie wydarzylo to pare slów o Ghanie. W porówaniu do reszty Afryki to wyglada niesamowicie bogato. Nie jest przy tym tak tania jak to wynika z Lonely Planet. Zarcie jest tu dobre i w sumie pierwszy raz od opuszczenia Sewilli nie zapelniam po prostu zoladka, a rozkoszuje sie zarciem. Klimat w sierpniu jest bardzo przystepny – takie lagodne polskie lato. No i towarzycho mówi po angielsku co dla mnie jest wazne, bo wreszcie moge sobie pogadac i dokladnie sie popytac o rózne ciekawe rzeczy. No i sa lasy wielkie, cos czego juz dawno nie widzialem, ogromne drzewa. Jednym slowem Ghana jest przyjemna.

Dzien 53 Królestwo Ashanti

Kumasi – stolica ludu Ashanti i siedziba ich króla. Jak sie chce spotkac króla, trzeba wnioskowac o spotkanie z nim a pózniej zjawic sie z kilkoma skrzynkami Schnapsa. Ashanti zdominowali cala dzisiejsza Ghane i ich jezyk Twe jest tak samo uniwersalny jak angielski. Co mocno wyróznia Asahanti i spokrewnione z nimi ludy to ich zamilowanie do pogrzebów. Pogrzeb to najwazniejsza uroczystosc rodzinna, spoleczna, religijna i jeszcze tam jakas. Swietuje sie od piatku do niedzieli i cale Kumasi zaplakatowane jest posterami z zawiadomieniem o przejsciu na inny swiat tego a tego. Zaprasza na pogrzeb cala rodzina i ich imiona wylistowane sa setkami, a przy kazdym jest pozycja jaka dana osoba zajmuje np. córka Leila – bussineswoman z Tamale. Na pogrzeby przychodzi sie w krwistoczarnobordowych szatach i w weekend pelno jest ludzi w tych barwach krazacych po miescie.

Kumasi to tez najwiekszy targ zachodniej Afryki i ogromny dworzec autobusowy – Kejetia Motor Park. Wielkie ludzkie mrowisko. Z góry mozna na to patrzyc i robi duze wrazenie. Problem tylko zawsze mam tak jak i w calej Afryce – wyciagniecie aparatu powoduje zainteresowanie i albo zlosc albo ciekawosc. To jest meczace, wiec niestety pstrykam malo zdjec.

Nie wiem co u nas tego lata jest na topie, ale cala Ghana kolysze sie w rytmach popowej "You’re my African Queen". Dwie kasety na okraglo we wszystkich mozliwych tro-tro, barach i straganach.

Dzien 54 Fort Princess Town

Trafilem do niesamowitego miejsca. Fort Princess Town jest relatywnie trudno dostepny, polozony na zachód od Takoradi. Nie bardzo wiedzialem gdzie jade i to byl klucz do sukcesu. Celowo powstrzymalem sie od przegladniecia albumu o fortach Ghany, zeby byc zaskoczonym. I okazalo sie to slusznym ruchem.

Przyjechalem do niewielkiej wioski tro-trosem siedzac na silniku, który parzyl mnie w dupe, a szofer jeszcze caly czas dolewal wody bo sie maszyna grzala. Muza we wsi walila na full <"Bo to wielki pogrzeb w wiosce jest. Umarl gosc co 107 lat mial">. Wszedlem na wzgórze i zastalem niewielki fort. Calkowicie pusty. Swistal jedynie wiatr, po korytarzach biegaly czerwonoglowe jaszczurki, a z drugiej strony fale z hukiem rozbijaly sie o skaly. Widok z fortu nieziemski, na zatoke i nieziemsko piekna plaze cala poznaczona wynioslymi palmami. Nieziemsko jak w raju. Prawde chyba ktos napisal na tablicy przy glównej drodze: "Zajrzyj na najpiekniejsze plaze Afryki Zachodnej".

Co do fortu. To wybudowali go Branderburczycy jszcze i sluzyl generalnie do wywozu niewolników na zachód. W forcie mozna spac i dodaje to szczypty emocji, ze kimasz na miejscu gdzie kiedys w nieludzkich warunkach "skladowano" pojmanych ludzi. Zreszta miejscowi nie daja o tym zapomniec. Choc i sami przyznaja, ze w tym procederze prym wiedli szefowie murzynskich klanów.

W tej calej beczce miodu jest jednak lyzka dziegciu. Bezpieczenstwo na plazy. Kazdy mi powtarzal, idz na plaze bez niczego, bo inaczej cie oskubia. Tyle, ze glupio tez zostawiac wszystko w pokoju, który jest bez zadnego nadzoru. Nadzór jest w wiosce na dole. A pokój tez niezly. Wielkie lózko, pelno starych mebli, przewiew z morskiej bryzy, stylowe zaslonki. I to wszystko za niecale 10 zlotych. Do tego niepowtarzalny prysznic. Najpierw trzeba sobie wyciagnac wode ze studni, a pózniej polewac sie kubeczkiem. A to wszystko bez sufitu, jeno prosto pod gwiazdami.

Dzien 55 PARADAJS

Trafilem do Butre, kilkanascie kilometrów na wschód od Takoradi. I co tu duzo gadac, mysle ze to miejsce wypelnilo by Wasze wyobrazenie o prawdziwej rajskiej plazy. Palmy, hamaki, zarcie wprost nad oceanem. Choc znów ale… Przyjechalem to bo polecono mi to miejsce jako oaze spokoju. Tymczasem byla pelna bialych twarzy <pól biedy> i libanskich "biznesmenów" ze swoimi czarnymi dziewczynkami. No i obsluga tez taka sobie. Caloscia zarzadza Szwedka, która znalazla tu swoje szczescie i mieszka ze swoim bachorem i gromadka rasta. Miejsce trafilo juz do przewodników, wiec zrobilo sie drogie, choc tylko jesli patrzec z ghanskiej perspektywy.

Dzien 56 Cape Coast

Wieczór. Taras. Pode mna cale miasto dudni w rytmie hipolive, czyli takiej miejscowej mieszanki popu i hip-hopu. Wszyscy szykuja sie na coroczny festiwal. W sobote beda zarzynac krowe i ofiarowac je bóstwu, które sprawuje opieke nad Cape Coast.

Dzisiaj poznalem norweski sposób podrózowania. Fajni ludzie, ale placa ile miejscowi chca. Nie pytaja o cene przed wejsciem, placa za bagaz juz na stacji koncowej, nie upominaja sie o reszte. Po prostu, prosto z mostu psuja rynek. Pózniej ja musze naprawiac :P

Jest tak, ze jezeli taxi kosztuje do jakiegos miejsca powiedzmy 30, to z czarnym pojada za ta cene, a ze mna nie. Pytam sie dlaczego. "Bo dla Ciebie to zadna kasa" – odpowiadaja. No i im kalkuluje koszty paliwa <"ceny beznyny poszly ostatnio w góre" – drugi ich argument> i pokazuje ile beda do przodu jak mnie zawioza. To nie, wola kurde nie zarobic i kisic sie na dupie.

Dzien 57 Cape Coast i Elmina – forty

Dzisiaj zwiedzilem fort w Elminie – kilkanascie kilometrów od Cape Coast. Raz, dwa, trzy mozna sie tam dostac piekna nadmorska droga. Fort ma za soba kawal historii i kolejno byl we wladaniu Portugalczyków, Holendrów i Brytyjczyków. To najwazniejszy fort jaki zostal wybudowany na wybrzezu Zatoki Gwinejskiej. Do dzisiaj takich fortów zachowalo sie kilkanascie, a Elmina i Cape Coast trafily na liste Unesco.

Zwiedzanie z przewodnikiem calkiem przyjemne. Zamykal nas w celach, karcerach i innego tego typu strasznych miejscach. A najwieksze wrazenie robi niewielki otwór w scianie, przez który czarni niewolnicy na zawsze opuszczali Afryke. Teraz ich amerykanscy potomkowie gromadnie zwiedzaja to miejsce. A ci miejscowi mysla sobie, jacy z nich szczesciarze, ze ich przodkowie byli niewolnikami.

W calej tej wyprawie do Elminy padlem ofiara skamu. Skamem jest wszystko co pozwala na pozbawienie turysty z jego pieniedzy. I tak podrózujac przez jakis juz czas po swiecie nauczylem sie unikac tych oczywistych typu recepta w reku niby koles zbiera na lekarstwa, przeczytaj/napisz mi list do kolegi, bo nie umiem angielskiego, kup ode mnie skarpetki a obrobie cie z portfela. Mnóstwo kolesie maja sposobów by obrobic cie z kasy.

Przed wejsciem do fortu, dwóch kolesi-przyjaciól podbiega do mnie z lista darczynców, ze niby zbieraja kase na swoja druzyne pilkarska. To popularny tu sposób chodzenia z lista, która sprawia wrazenie jakiejs oficjalnosci bo sa na niej rózne pieczatki i nazwiska zagranicznych turystów którzy wplacili duze sumy by pomóc ich druzynie pilkarskiej. Przy okazji kolesie poprosili mnie zebym napisal im moje imie i powiedzieli, ze jak wyjde to wtedy im cos dorzuce do kasy. Ja zadowolony, bo pewniak ze jak wyjde to na pewno nic ode mnie nie dostana. A tu przy wyjsciu kolesie stoja z muszla wielka <morska nie klozetowa> a na niej wygrawerowane cos w stylu "To our Polish friend Kamil, from ….." No i kurde powiedzialem im, ze to nie fair, ale kurde troche kasy im zostawilem.

Dzien 58 Accra

Rano owsianka z kalabasza, takiego naczynia zrobionego z wyjatkowo twardego i wielkiego owocu, a potem jazda w niemilosiernym scisku do Accry z bagazem na kolanach, bo znowu mialem przekopy z kierowcami i za bagaz sobie powiedzialem przeplacac nie bede.

W Accrze generalnie zalatwialem sprawy administracyjne: zakupy, internet, wiza. Caly dzien minal mi w biegu i po kolei skreslalem rzeczy, które zostaly mi do zrobienia. Przy okazji troche odetchnalem w Osu – eksluzywnej dzielnicy "american-style", gdzie nawet lody czekoladowe sobie zapodalem. Oj podobaly mi sie te wszystkie fast-foody.

Dzien 59 Driven by gospel

Juz myslalem, ze zalicze dzien do spokojnych i calkiem udanych, ale zakonczylo sie jeszcze lepiej. Rano bylem w Muzeum Narodowym Ghany, gdzie nauczylem sie sporo o stolkach, drewnianych lalkach i handlu niewolnikami. Po poludniu ogladalem tame Akosombo z wypasionego trawnika hotelu Volta. A wieczorem zalapalem sie na International Central Gospel Church (ICGC).

Moze zaczne od tego ostatniego. Ghana wyglada jak nie z tego swiata. Cala przesycona jest religijnoscia. "Have faith in God" Beauty Salon, "Allah is the Greateast" Transportation Services, "Only Jesus" Electricians and Hardware – tego typu nazwy ludzie nadaja swoim firmom. Ludzie tu po prostu chwala Boga na okraglo i poprzez rózne religie.

Trafilem wieczorem w malej wiosce na wielkie modly gospelowców. Fanem gospel w zyciu nie bylem i do szalu doprowadzala mnie "zakonnica w przebraniu" na kazde Boze Narodzenie jako hit Polsatu. Ale co innego telewizja, a co innego na zywo. Jak ci ludzie tu tanczyli i spiewali. Ciarki po plecach przechodzily. Przylaza przy kosci Murzynki potanczyc chwalac imie Jezusa. Rózne byly songi – skoczniejsze i bardziej powolne, nastrojowe, a pózniej byl gwózdz programu. Pastor zapowiedzial bossa – "jeden z Top Ten ICGC na swiecie". Koles glosil cos w rodzaju kazania. Zaczal pomalu, pózniej przeczytal Mateusza 10.48, no i sie rozpedzil. Czasem krzyczal, czasem bawil ludzi do rozpuku, udawal bzyczaca muche, lazil w kólko, gestykulowal i wypedzal chyba zle duchy magicznymi zakleciami. Musialo dzialac, bo czesc ludzi osuwala sie na ziemie. Pastor wywolywal ludzi – "czuje ze tu po lewej stronie siedzi ktos kto pochodzi z Bolga", "tam z tytulu siedzi ktos o imieniu Tema", "ktos na sali ma siostre, która jest wierna w mojej parafii". Jazda byla, bo niektórzy wygladali na autentycznie zdumionych. Przyjdzcie jutro, przyprowadzcie kogos znajomego, a na zakonczenie delikatnie wspomnial o fundraisingu. Typowe – zawsze chodzi o kase. Tak, to bylo dla mnie wielkie "wow" uczestniczyc w czyms takim. I jak zwykle podoba mi sie to czego nie mozna bylo zaplanowac, czego w ogóle sie nie spodziewalem.

W muzeum nauczylem sie sporo o handlu niewolnikami. Zawsze myslalem, ze wiekszosc wywieziono do dzisiejszych Stanów. Tymczasem tam zabrano ok. 10% ogólu. Po 40% trafilo na Karaiby i do dzisiejszej Brazylii, a pozostale 10% do dzisiejszej Argentyny i Urugwaju.

Patrzac na tame, nauczylem sie ze niektórzy maja manie megalomanii. Tak jak "ojciec" Ghany Nkrumah, który postawil tame, z której caly profit szedl do Amerykanów, która sprawila ze zalane zostalo 7% kraju, dziesiatki tysiecy ludzi zostalo przesiedlonych. Czolo tamy od najodleglejszego konca jeziora dziela 402 kilometry! Powstalo, jak twierdza miejscowi, najwieksze sztuczne jezioro na swiecie. Miesiac po uroczystym otwarciu tamy, przebywajacy na przyjacielskich tancach w Hanoi Nkrumah, zostal obalony.

Opuszczam jutro Ghane. Po raz pierwszy od wyjazdu z Maroka poczulem sie jak na wakacjach. Tu jest po prostu latwo, milo i jak na polskie warunki niedrogo. Jesli wiec chcecie zaczac odkrywac Afryke – a naprawde warto – to Ghana jest najlepszym do tego miejscem.

Dodaj odpowiedź