Burkina Faso

Dzien 46 – Autobus

Burkina Faso. Intrygujaca nazwa, co nie? Mi sie to kojarzylo ze Skiba. On sobie zawsze jaja robil i polecal go jako miejsce zsylki naszym politykom. Kiedys ten kraj nazywal sie Górna Wolta, ale niejaki Sankara wielki miejscowy rewocjunalista przemianowal go na BurKine Faso, czyli Kraj Ludzi Uczciwych. I chyba rzeczywiscie ten kraj taki jest.

Caly dzien minal mi na jezdzie autobusem z Bamako do Bobo Dioulasso w Burkinie. Wiza na granicy tansza niz w ambasadzie w Bamako. Nie rozumiem takiego podejscia, ale niech bedzie. Caly dzien mój zoladek walczyl z jakims paskudztwem i chyba na koniec wygral. Obeszlo sie bez gonienia do kibelka, ale stan goraczkowy sie utrzymywal.

Przyjechalem w nocy do Bobo Dioulasso. Jeden tani hotel w centrum, wiec slaba pozycja negocjacyjna, w dodatku podrózuje juz sam co mocno podwyzsza koszty noclegu. Z reguly w Afryce Zachodniej, pokój jednoosobowy kosztuje az 80% pokoju dwuosobowego. Ale niezawodne "reduction etudiant" od Naty znowu sie przydalo.

Dzien 47 – Bobo Dioulasso

Bobo. Podobno najfajniejsze miasto Burkiny. Nic specjalnego, ale rzeczywiscie spokojnie i milo. Pelno bialasów, co mnie zupelnie zaskoczylo. Tani internet. Bankomat nie chce wyplacic mi kasy, a juz na resztkach jade. Ot, cale Bobo. Aha. Jest jeszcze bardzo intrygujacy stary meczet. Niestety zamkniety dla innowierców od czasu jak przejezdzal tedy Paryz-Dakar i bialasy swoje musieli zrobic. Podobnie bylo w malijskim Djenne. Ten piekny meczet jest zamkniety dla turystów, bo idiota Wloch jakis wzial rozebrane modelki i foty na murach meczetu strzelal. Na koniec dnia autobusem wedlug rozkladu jazdy <sic!> dojechalem do Banfory, gdzie zjadlem spaghetti bolognese w kulinarnej atrakcji Burkiny Faso – McDonaldsie. Z siecia nie ma nic wspólnego poza nazwa. Burgery jakie tu serwuja to zwykle bagietki z podpieczonym miechem – ale w sumie cos innego niz wszedzie, wiec sie podobuje.

Dzien 48 – Moplikiem przez swiat

Burkina to afrykanska stolica motorowerów. Wypozyczylem wiec takie cacko i ruszylem przez wioski w okolicach Banfory. Odpala sie z pedalowania, jeden bieg i dawaj. Pojechalem najpierw nad jezioro. Caly ruch zmierzal na targ w drugim kierunku, wiec byl lekki slalom. Nad jeziorkiem zostawilem pojazd i chcialem dojsc na przeciwlegly jego koniec, bo tam ponoc zimuja hipopotamy. Daleko jednak bylo, wiec tylko od dzieciaków kupilem ogórki i z powrotem. Piroga tez mozna plywac, ale ci co poplyneli równiez zero hipa zobaczyli.

Druga atrakcja wokól Banfory to wodospady. Sa takie kaskadowe, kilkustopniowe, a na samej górze naturany basen z biczami. Milo, bardzo milo, ale nic porywajacego.

Jest jeszcze trzecia atrakcja – Sindou Peaks. Tam nie dotarlem, bo juz trzeba konkretniejszego sprzetu zeby tam dojechac. Najfajniejsze z tego wszystkiego jest jednak wlóczenie sie motorowerem bo tych wszystkich polnych drózkach i obserwowanie jak lokale zyja.

Nocuje w siedzibie Czerwonego Krzyza. Wczoraj dzielilem pokój z szoferem Mercedesa, dzisiaj z kolesiem z Wybrzeza Kosci Sloniowej. Pokazal mi jak przebiega linia podzialu miedzy rebeliantami a armia rzadowa w tym kraju. Szkoda, ze tam maja taki syf, bo z przewodnika wynika, ze to calkiem mily kraj musi byc. No a wieczorkiem wspólnie kibicowalismy zespolowiz Abidzanu, który jednak ulegl egipskiemu Zemalekowi w afrykanskiej Lidze Mistrzów. Tak, oni tez takie cos maja, ale kto w Europie o tym slyszal i tym sie interesuje.

Dzien 49 – Walka z czasem

Nie chcialem nocowac w Bobo <bo drogo>, wiec zostalem w Banforze na noc. Dlatego od rana walczylem z czasem, zeby wyrobic sie do drugiej do ambasady Ghany. Zeby nie zimowac w Ougadougu za dlugo. Oczywista, choc autobus wyjechal wg rozkladu, to mial milion niepotrzebnych nikomu przerw na rózne niepotrzebne w cywilizowanym swiecie rzeczy. Ale koniec konców udalo sie, bylem w ambasadzie za 15. Jeszcze tylko 4 razy ten sam formularz wypelnic musialem <xera zrobic nie mozna, musi byc odrecznie> i wiza jutro do odbioru.

Dzien 50 – Ouagadougou

Porywajaca nazwa, czyz nie? Stolica Burkiny Faso. Niestety samo miasto jest malo porywajace. Zaczepiaja mnie ciagle ludzie. Chca cos sprzedac, chca na bulke, chca mnie obskubac. Nie chce mi sie z nimi gadac.

W mojej noclegowni na 16 osób getto francuskie. Oni stoja z angielskim jeszcze gorzej niz ja z francuskim. Ale zorganizowali wyprawe po piwo. Przyniesli cztery flaszki na osiem osób. No i jest jeden Marokanczyk, co jest rzadkoscia, który zjechal kawal swiata.

Nawet nie wiem co zapamietam z Ouaga. Wielki plac na którym nic nie ma, cola w póllitrowych butelkach, betonowe targowisko i So.b.bra – sikacz, ale lokalny i tani. Raz na dwa lata jest tu wielki festiwal filmów afrykanskich. Moze wtedy warto tu przyjechac.

Jak tylko dostalem wize odfrunalem w strone granicy z Ghana. Oczywiscie z przerwa na naprawe silnika.

Dodaj odpowiedź