Dzien 60 Motyle i pogrzeb
Mialy ich byc cale stada, a tu ledwo ledwo co zobaczylem. Jestem w Klouto w okolicach Kpalime na granicy Togo i Ghany. Spodziewalem sie wielkich szmaterfloków trzepoczacych skrzydelkami na slonecznych polanach, a tu wielkie psinco. Wynajalem guida, w zasadzie nie mialem wyjscia, bo obskoczylo mnie stado chlopaków, a bylem tu pierwszym turysta od dluzszgo czasu. Od czasu smierci dyktatora i niepokojów w maju malo kto decyduje sie na przyjazd do Togo. Ja tez traktuje go tylko tranzytowo. No wiec myslalem, ze przewodnik wezmie mnie w jakies pelne motyli miejsca. Tymczasem wzial siatke na motyle i obeszlismy okoliczne górki. Jak sie trafil motyl to go cap w siatke, ja zdjecie, a on go do kartonika i pózniej przypnie szpilka i wlozy za szybe i spróbuje sprzedac turystom, o ile tu przyjada.
Jak juz myslalem, ze dzien mi skonczyl na motylich atrakcjach, to trafil mi sie pogrzeb. Pogrzeb w ichniejszej kulturze to jest wielka rzecz. Najwazniejsza uroczystosc rodzinna i spoleczna. Pociagnelismy ciemna sciezka z buta do wsi nieopodal, nazywala sie Adama. Tam wielka impreza z bebnami, trabkami, grzechotkami, dzowneczkami. Chóralne spiewy i nawet tanczylem ospale w takim kregu. Cos w podobnym stylu jak wczesniej widzialem w tancach bractwa muzulmanskiego w Saint Louis w Senegalu. "African gin" lal sie strumieniami – wygladalo to bardziej na karnawal niz na pogrzeb. Dla mnie bylo to cos nowego i niezwyklego. Niestety moi afrykanscy koldzy tak sie narabali, ze nie byli w stanie wrócic i musialem szukac transportu z powrtotem. W koncu kolo pierwszej wrócilem z podchmielonym kolesiem na motorze.
Dzien 61 Lome, Aneho i Ouidah
Przemknalem przez Lome, zatrzymujac sie tylko na chwile na zmiane tranportu. Opinie Lonely Planet fatalna dal temu miastu, ale wygladalo na ospale i spokojne. Chcialem zatrzymac sie jeszcze w Togo w Aneho, ale ceny hoteli nie na moja kieszen. Obejrzalem wiec w telewizorni mecz Zambia-Sengal i ruszylem dalej. Na granicy spotkalem dwóch Polaków, którzy oprócz wiadra "Made in Poland" z którego sie polewalem w Klouto byli jedynymi polskimi akcentami od dluzszego czasu.
No i jestem w Beninie. Spie w burdelu. Jest cennik wywieszony 1000 CFA za godzine, 6000 CFA za cala dobe. Wytargowalem na 4k. Z pajakiem stoczylem nierowna walke i polegl od klapka. Prawie wielkosci dloni, wiec sie szczerze piszac wydygalem. Jak poradzilem sobie z nim to znalazlem martwa jaszczurke, ktora cak za ogonek i na korytarz poleciala. I tak sie toczy me zycie, codziennie nowe miejsca, nietypowe sytuacje.
Dzien 62 Przezylem voodoo i Droge Niewolników
Tak. Ouidah to kolebka voodoo. Stad wywozono murzynów na Karaiby, gdzie ten kult sie mocno rozprzestrzenil. Teraz Haiti jest tym miejscem gdzie jest on najbardziej praktywowany. Tu w Beninie praktykowac legalnie voodoo mozna od 1996 r., kiedy to wladze przyznaly voodoo status religii.
Postaram sie w miare dokladnie opisac ta imprezke, zeby tego nie zapomniec. Tym bardziej, ze nie mialem odwagi wyciagnac aparatu. A raczej nie chcialem skupiac na sobie uwagi, choc i tak skupialem, bo bylem jednym bialasem posród okolo 600 czarnoskórych.
Zaczyna sie to wszystko wczesnym wieczorem. Odbywa sie niedziele i ponoc w poniedzialki. Trzeba przed poczta skrecic w skosna uliczke i po jakis 700 metrach jak sie juz prawie brukowana kostka konczy, skrecic w prawo i jeszcze jakies 500 metrów i jestesmy na miejscu. Przyprowadzil mnie tu jakis podejrzany typek, który caly czas nawijal po francusku i pytal sie czy mam aparat. Po szóstym tym samym pytaniu zareagowalem chyba zbyt agresywnie.
Jest placyk z drzewem, ludzie ustawiaja sie w prostokacie. Z domku przy placyku wyskakuja po kolei kolesie w przebraniu, zakryci od stóp do glów, obwieszeni róznymi róznosciami. Dla uproszczenia nazwe ich "hipkami". Jestem totalnym lajkonikiem w sprawach voodoo i moja edukacja w tym zakresie konczy sie na jednym z Bondów, takze jak bede glupoty pisal to niech ktos mnie poprawi. W kazdym badz razie Hollywood zdemonizowalo ten kult i do tej pory kojarzyl mi sie on z krwia, kogutami i rytualnymi ofiarami.
Hipkowie w rekach mieli rózne przedmioty: miecze, konskie ogony, drewniana imitacje maczety, baty, rózgi itd. Cali od stóp do glów byli zakryci wiec nie bylo wiadomo kto zacz. Przy rytmie bebnów zaczynaja jakies tance wyginance. Po kolei sie hipkowie dolaczali do pierwszego hipka az ich bylo wysatrczajaco duzo, aby zaczac zabawe z tlumem. Wparzali z tymi swoimi konskimi ogonami i batami i okladali publike, która uciekala. Jak sie komus oberwalo to kobiety z drugiej strony prostokata rechotaly wnieboglosy. W uciekaniu przed hipkami przoduja mlodziency, dla których jest to chyba sposób na poderwanie jakiejs dupencji. Co odwazniejsi staja pod sciana i dopiero w ostatniej chwili balansujac cialem uciekaja przed hipkiem. Caly ten rytual ma ponoc przywolac duchy zmarlych przodków.
Jak to w tlumie bywa czasem ktos kogos szturchnie, nadepnie, co automatycznie jest powodem do bójki. Wtedy kolesie z kijami wkraczaja do akcji i staraja sie uspokoic ekipe. Posrodku stoi murzyn-grubas w koszulce na ramiaczkach, który jest chyba wlascicielem domu, gdzie sie przebieraja hipki i wielka szycha tej calej zabawy. Z poblazliwym usmiechem i mina cwaniaka chodzi w okolicach drzewa i nadzoruje rytual, kreci glowa, cmoka,przywoluje pomagierów, robi oburzone miny. Jakis mlody sie podlizuje i stara sie go uspokoic, jakas gra, której nie rozumiem.
Generalnie wszystko wygladalo w ten desen. Interesujace to bylo, acz monotematyczne.
Rano za to przeszedlem droge niewolników z Ouidah nad ocean, gdzie stoja "Wielkie Wrota Bez Powrotu". Ta piaszczysta droga goniono niegdys niewolników na statki. Teraz idzie sie pare kilometrów wsród plantacji trzciny cukrowej, wiosek na palach, a wzdluz calej drogi ustawione sa ciekawe rzezby w afrykanskim klimacie. Szedlem jak czesto w Afryce z dusza na ramieniu, bo zanim wyszedlem z miasta uslyszalem kilkakrotnie zebym uwazal na bandytów. Wrazenia poteguja kolesie, którzy przechodza z maczetami zmierzajac na swoje poletka. Droge przezylem, tyle ze po drodze zgubilem baterie i zegarek. Z powrotem tez wrócilem pieszo w nadziei, ze byc moze znajde je w jakims zakamarku.
I jeszcze jedna uwaga. Muzea w Ouidah to skandal. Kolesie sa tak nieuprzejmi, kretynscy i nigdy nie maja reszty. Za drugim podejsciem koles nie chcial sprzedac mi biletu bo obiadowal z kumplami i nie chcialo mu sie podejsc. Skonczylo sie to wielka haja, a Muzeum Historycznego w koncu nie zobaczylem.
Dzien 63 i 64 W Królestwie Dahomeju
Zanim jeden komunista nie doszedl do wladzy nie bylo Beninu tylko od poczatku XVII wieku okolica w której przebywam nazywana byla Dahomejem. Jej stolica bylo Abomey, gdzie do dzisiaj zachowal sie ogromny kompleks palaców królewskich. Teraz jest to miejsce pod patronatem UNESCO. Nie wyglada to jakos oszalamiajaco, przypomiona bardziej – sorry – polskie zascianki lub stajnie, ale historia jaka stoi za tym jest fascynujaca. Niepisana zasada Dahomejczyków bylo, ze kazdy wladca zostawil swojemu nastepcy wiecej terytorium niz otrzymal od swojego poprzednika. W zwiazku z tym nie bylo innego wyjscia jak toczyc kolejne wojny i poszerzac kraj.
Palace moze nie byly dla mnie super, ale hitem byla przejazdzka na motorze po okolicy z niejakim La Lutta. Koles ma najtanszy hotel w miescie z kibelkiem "African traditional" jak zachwalal. Jest takim lokalny guru i ma niesamowita wiedze o historii Dahomeju. Wzial mnie na przejezdzke, która dla mnie byla absolutnie fascynujaca, choc wiekszosc miejsc, które zwiedzalismy to byly podupadle palace, samotne drzewa lub inne nieznaczace miejsca. Jednak sposób w jaki pokazal mi ten Jego swiat byl po prostu odjechany. Przykladowo, pierwszym miejscem jakie mi pokazal byla zwykla dziura w ziemi, od której to zaczeto kopac fose o dlugosci 42 km. La Lutta mówil, ze bedac trzyletnim brzdacem pamieta jak przyprowadzil go tu dziadek i stala tu jeszcze ogromna brama wjazdowa do królestwa. Takich róznych miejsc typu swiatynie voodoo i palaca odwiedzilismy kilkanascie.
I jeszcze mala skarga na koniec. Nie moge juz patrzec na ryz i makaron. Zawsze, wszedzie i o kazdej porze dnia to samo.
Po przejazdzce motorwej pojechalem na pólnoc do Parakou i dalej do Kandi, gdzie nie ma nic interesujacego. Za to jutro czeka mnie wjazdu do Nigru. Wszystkie media straszyly tam glodem. Zobacze jak tam bedzie.