Archiwum z Wrzesień 2005

Togo i Benin

niedziela, 25 Wrzesień 2005

Dzien 60 Motyle i pogrzeb

Mialy ich byc cale stada, a tu ledwo ledwo co zobaczylem. Jestem w Klouto w okolicach Kpalime na granicy Togo i Ghany. Spodziewalem sie wielkich szmaterfloków trzepoczacych skrzydelkami na slonecznych polanach, a tu wielkie psinco. Wynajalem guida, w zasadzie nie mialem wyjscia, bo obskoczylo mnie stado chlopaków, a bylem tu pierwszym turysta od dluzszgo czasu. Od czasu smierci dyktatora i niepokojów w maju malo kto decyduje sie na przyjazd do Togo. Ja tez traktuje go tylko tranzytowo. No wiec myslalem, ze przewodnik wezmie mnie w jakies pelne motyli miejsca. Tymczasem wzial siatke na motyle i obeszlismy okoliczne górki. Jak sie trafil motyl to go cap w siatke, ja zdjecie, a on go do kartonika i pózniej przypnie szpilka i wlozy za szybe i spróbuje sprzedac turystom, o ile tu przyjada.

Jak juz myslalem, ze dzien mi skonczyl na motylich atrakcjach, to trafil mi sie pogrzeb. Pogrzeb w ichniejszej kulturze to jest wielka rzecz. Najwazniejsza uroczystosc rodzinna i spoleczna. Pociagnelismy ciemna sciezka z buta do wsi nieopodal, nazywala sie Adama. Tam wielka impreza z bebnami, trabkami, grzechotkami, dzowneczkami. Chóralne spiewy i nawet tanczylem ospale w takim kregu. Cos w podobnym stylu jak wczesniej widzialem w tancach bractwa muzulmanskiego w Saint Louis w Senegalu. "African gin" lal sie strumieniami – wygladalo to bardziej na karnawal niz na pogrzeb. Dla mnie bylo to cos nowego i niezwyklego. Niestety moi afrykanscy koldzy tak sie narabali, ze nie byli w stanie wrócic i musialem szukac transportu z powrtotem. W koncu kolo pierwszej wrócilem z podchmielonym kolesiem na motorze.

Dzien 61 Lome, Aneho i Ouidah

Przemknalem przez Lome, zatrzymujac sie tylko na chwile na zmiane tranportu. Opinie Lonely Planet fatalna dal temu miastu, ale wygladalo na ospale i spokojne. Chcialem zatrzymac sie jeszcze w Togo w Aneho, ale ceny hoteli nie na moja kieszen. Obejrzalem wiec w telewizorni mecz Zambia-Sengal i ruszylem dalej. Na granicy spotkalem dwóch Polaków, którzy oprócz wiadra "Made in Poland" z którego sie polewalem w Klouto byli jedynymi polskimi akcentami od dluzszego czasu.

No i jestem w Beninie. Spie w burdelu. Jest cennik wywieszony 1000 CFA za godzine, 6000 CFA za cala dobe. Wytargowalem na 4k. Z pajakiem stoczylem nierowna walke i polegl od klapka. Prawie wielkosci dloni, wiec sie szczerze piszac wydygalem. Jak poradzilem sobie z nim to znalazlem martwa jaszczurke, ktora cak za ogonek i na korytarz poleciala. I tak sie toczy me zycie, codziennie nowe miejsca, nietypowe sytuacje.

Dzien 62 Przezylem voodoo i Droge Niewolników

Tak. Ouidah to kolebka voodoo. Stad wywozono murzynów na Karaiby, gdzie ten kult sie mocno rozprzestrzenil. Teraz Haiti jest tym miejscem gdzie jest on najbardziej praktywowany. Tu w Beninie praktykowac legalnie voodoo mozna od 1996 r., kiedy to wladze przyznaly voodoo status religii.

Postaram sie w miare dokladnie opisac ta imprezke, zeby tego nie zapomniec. Tym bardziej, ze nie mialem odwagi wyciagnac aparatu. A raczej nie chcialem skupiac na sobie uwagi, choc i tak skupialem, bo bylem jednym bialasem posród okolo 600 czarnoskórych.

Zaczyna sie to wszystko wczesnym wieczorem. Odbywa sie niedziele i ponoc w poniedzialki. Trzeba przed poczta skrecic w skosna uliczke i po jakis 700 metrach jak sie juz prawie brukowana kostka konczy, skrecic w prawo i jeszcze jakies 500 metrów i jestesmy na miejscu. Przyprowadzil mnie tu jakis podejrzany typek, który caly czas nawijal po francusku i pytal sie czy mam aparat. Po szóstym tym samym pytaniu zareagowalem chyba zbyt agresywnie.

Jest placyk z drzewem, ludzie ustawiaja sie w prostokacie. Z domku przy placyku wyskakuja po kolei kolesie w przebraniu, zakryci od stóp do glów, obwieszeni róznymi róznosciami. Dla uproszczenia nazwe ich "hipkami". Jestem totalnym lajkonikiem w sprawach voodoo i moja edukacja w tym zakresie konczy sie na jednym z Bondów, takze jak bede glupoty pisal to niech ktos mnie poprawi. W kazdym badz razie Hollywood zdemonizowalo ten kult i do tej pory kojarzyl mi sie on z krwia, kogutami i rytualnymi ofiarami.

Hipkowie w rekach mieli rózne przedmioty: miecze, konskie ogony, drewniana imitacje maczety, baty, rózgi itd. Cali od stóp do glów byli zakryci wiec nie bylo wiadomo kto zacz. Przy rytmie bebnów zaczynaja jakies tance wyginance. Po kolei sie hipkowie dolaczali do pierwszego hipka az ich bylo wysatrczajaco duzo, aby zaczac zabawe z tlumem. Wparzali z tymi swoimi konskimi ogonami i batami i okladali publike, która uciekala. Jak sie komus oberwalo to kobiety z drugiej strony prostokata rechotaly wnieboglosy. W uciekaniu przed hipkami przoduja mlodziency, dla których jest to chyba sposób na poderwanie jakiejs dupencji. Co odwazniejsi staja pod sciana i dopiero w ostatniej chwili balansujac cialem uciekaja przed hipkiem. Caly ten rytual ma ponoc przywolac duchy zmarlych przodków.

Jak to w tlumie bywa czasem ktos kogos szturchnie, nadepnie, co automatycznie jest powodem do bójki. Wtedy kolesie z kijami wkraczaja do akcji i staraja sie uspokoic ekipe. Posrodku stoi murzyn-grubas w koszulce na ramiaczkach, który jest chyba wlascicielem domu, gdzie sie przebieraja hipki i wielka szycha tej calej zabawy. Z poblazliwym usmiechem i mina cwaniaka chodzi w okolicach drzewa i nadzoruje rytual, kreci glowa, cmoka,przywoluje pomagierów, robi oburzone miny. Jakis mlody sie podlizuje i stara sie go uspokoic, jakas gra, której nie rozumiem.

Generalnie wszystko wygladalo w ten desen. Interesujace to bylo, acz monotematyczne.

Rano za to przeszedlem droge niewolników z Ouidah nad ocean, gdzie stoja "Wielkie Wrota Bez Powrotu". Ta piaszczysta droga goniono niegdys niewolników na statki. Teraz idzie sie pare kilometrów wsród plantacji trzciny cukrowej, wiosek na palach, a wzdluz calej drogi ustawione sa ciekawe rzezby w afrykanskim klimacie. Szedlem jak czesto w Afryce z dusza na ramieniu, bo zanim wyszedlem z miasta uslyszalem kilkakrotnie zebym uwazal na bandytów. Wrazenia poteguja kolesie, którzy przechodza z maczetami zmierzajac na swoje poletka. Droge przezylem, tyle ze po drodze zgubilem baterie i zegarek. Z powrotem tez wrócilem pieszo w nadziei, ze byc moze znajde je w jakims zakamarku.

I jeszcze jedna uwaga. Muzea w Ouidah to skandal. Kolesie sa tak nieuprzejmi, kretynscy i nigdy nie maja reszty. Za drugim podejsciem koles nie chcial sprzedac mi biletu bo obiadowal z kumplami i nie chcialo mu sie podejsc. Skonczylo sie to wielka haja, a Muzeum Historycznego w koncu nie zobaczylem.

Dzien 63 i 64 W Królestwie Dahomeju

Zanim jeden komunista nie doszedl do wladzy nie bylo Beninu tylko od poczatku XVII wieku okolica w której przebywam nazywana byla Dahomejem. Jej stolica bylo Abomey, gdzie do dzisiaj zachowal sie ogromny kompleks palaców królewskich. Teraz jest to miejsce pod patronatem UNESCO. Nie wyglada to jakos oszalamiajaco, przypomiona bardziej – sorry – polskie zascianki lub stajnie, ale historia jaka stoi za tym jest fascynujaca. Niepisana zasada Dahomejczyków bylo, ze kazdy wladca zostawil swojemu nastepcy wiecej terytorium niz otrzymal od swojego poprzednika. W zwiazku z tym nie bylo innego wyjscia jak toczyc kolejne wojny i poszerzac kraj.

Palace moze nie byly dla mnie super, ale hitem byla przejazdzka na motorze po okolicy z niejakim La Lutta. Koles ma najtanszy hotel w miescie z kibelkiem "African traditional" jak zachwalal. Jest takim lokalny guru i ma niesamowita wiedze o historii Dahomeju. Wzial mnie na przejezdzke, która dla mnie byla absolutnie fascynujaca, choc wiekszosc miejsc, które zwiedzalismy to byly podupadle palace, samotne drzewa lub inne nieznaczace miejsca. Jednak sposób w jaki pokazal mi ten Jego swiat byl po prostu odjechany. Przykladowo, pierwszym miejscem jakie mi pokazal byla zwykla dziura w ziemi, od której to zaczeto kopac fose o dlugosci 42 km. La Lutta mówil, ze bedac trzyletnim brzdacem pamieta jak przyprowadzil go tu dziadek i stala tu jeszcze ogromna brama wjazdowa do królestwa. Takich róznych miejsc typu swiatynie voodoo i palaca odwiedzilismy kilkanascie.

I jeszcze mala skarga na koniec. Nie moge juz patrzec na ryz i makaron. Zawsze, wszedzie i o kazdej porze dnia to samo.

Po przejazdzce motorwej pojechalem na pólnoc do Parakou i dalej do Kandi, gdzie nie ma nic interesujacego. Za to jutro czeka mnie wjazdu do Nigru. Wszystkie media straszyly tam glodem. Zobacze jak tam bedzie.

(więcej…)

Ghana

niedziela, 11 Wrzesień 2005

Dzien 51

"FREEMAN needs PATIENCE if he wants to meet his DESTINY" – to motto mojego nowego kolegi, po chrzescijansku mu Gabriel jest. Drukowanymi literami zaznaczylem imiona jego trzech psów. Gabriel wlasnie skonczyl studia, specjalizacja "nutrition" i ma food stallsa naprzeciwko mojej misji katolickiej. Przekonal mnie wczoraj, ze powinienem zostac dluzej w Bolgatanga. No i nie zaluje. Gabriel to taki rasta bez dredów za to z cala ideologia spokojnego zycia w Afryce i jeszcze paroma innymi rzeczami. Zabral mnie samochodem do miejsca, które mialo byc piekna rzeka, pelna ryb, ze zlocistym blaskiem fal, jakims urwanym mostkiem, tajemniczym wybrzezem itd. Okazalo sie zwykla zapora i takim sobie jeziorkiem. Zlotych fal nie bylo, ryb tez nie, nabrzeze bylo po prostu walem przeciwpowodziowym, ale bylo milo. Trzeba mocno pobudzac wyobraznie, zeby w taki sposób opisac takie zwykle miejsce. Pare skalek bylo, z których roztaczal sie piekny widok na leniwie plynace zycie okolicy. Gabriel chcial mi wpoic, ze powinnismy tu hotel dla turystów nad jeziorem wybudowac i metalowe schody na szczyt skalek, zeby dzieciaki tez mogly wejsc. Usmiechalem sie pod nosem i patrzylem jak wyrzuca zuzyte woreczki po wodzie prosto na to jego piekne miejsce.

Dzien 52 Tro-tro

Tro-tro to miejscowe minibusy, w których panuje niesamowity scisk. Caly dzien spedzilem dzisiaj w takich pojazdach jadac z Bolgatanga do Kumasi.

Jako, ze nic sie specjalnego dzis nie wydarzylo to pare slów o Ghanie. W porówaniu do reszty Afryki to wyglada niesamowicie bogato. Nie jest przy tym tak tania jak to wynika z Lonely Planet. Zarcie jest tu dobre i w sumie pierwszy raz od opuszczenia Sewilli nie zapelniam po prostu zoladka, a rozkoszuje sie zarciem. Klimat w sierpniu jest bardzo przystepny – takie lagodne polskie lato. No i towarzycho mówi po angielsku co dla mnie jest wazne, bo wreszcie moge sobie pogadac i dokladnie sie popytac o rózne ciekawe rzeczy. No i sa lasy wielkie, cos czego juz dawno nie widzialem, ogromne drzewa. Jednym slowem Ghana jest przyjemna.

Dzien 53 Królestwo Ashanti

Kumasi – stolica ludu Ashanti i siedziba ich króla. Jak sie chce spotkac króla, trzeba wnioskowac o spotkanie z nim a pózniej zjawic sie z kilkoma skrzynkami Schnapsa. Ashanti zdominowali cala dzisiejsza Ghane i ich jezyk Twe jest tak samo uniwersalny jak angielski. Co mocno wyróznia Asahanti i spokrewnione z nimi ludy to ich zamilowanie do pogrzebów. Pogrzeb to najwazniejsza uroczystosc rodzinna, spoleczna, religijna i jeszcze tam jakas. Swietuje sie od piatku do niedzieli i cale Kumasi zaplakatowane jest posterami z zawiadomieniem o przejsciu na inny swiat tego a tego. Zaprasza na pogrzeb cala rodzina i ich imiona wylistowane sa setkami, a przy kazdym jest pozycja jaka dana osoba zajmuje np. córka Leila – bussineswoman z Tamale. Na pogrzeby przychodzi sie w krwistoczarnobordowych szatach i w weekend pelno jest ludzi w tych barwach krazacych po miescie.

Kumasi to tez najwiekszy targ zachodniej Afryki i ogromny dworzec autobusowy – Kejetia Motor Park. Wielkie ludzkie mrowisko. Z góry mozna na to patrzyc i robi duze wrazenie. Problem tylko zawsze mam tak jak i w calej Afryce – wyciagniecie aparatu powoduje zainteresowanie i albo zlosc albo ciekawosc. To jest meczace, wiec niestety pstrykam malo zdjec.

Nie wiem co u nas tego lata jest na topie, ale cala Ghana kolysze sie w rytmach popowej "You’re my African Queen". Dwie kasety na okraglo we wszystkich mozliwych tro-tro, barach i straganach.

Dzien 54 Fort Princess Town

Trafilem do niesamowitego miejsca. Fort Princess Town jest relatywnie trudno dostepny, polozony na zachód od Takoradi. Nie bardzo wiedzialem gdzie jade i to byl klucz do sukcesu. Celowo powstrzymalem sie od przegladniecia albumu o fortach Ghany, zeby byc zaskoczonym. I okazalo sie to slusznym ruchem.

Przyjechalem do niewielkiej wioski tro-trosem siedzac na silniku, który parzyl mnie w dupe, a szofer jeszcze caly czas dolewal wody bo sie maszyna grzala. Muza we wsi walila na full <"Bo to wielki pogrzeb w wiosce jest. Umarl gosc co 107 lat mial">. Wszedlem na wzgórze i zastalem niewielki fort. Calkowicie pusty. Swistal jedynie wiatr, po korytarzach biegaly czerwonoglowe jaszczurki, a z drugiej strony fale z hukiem rozbijaly sie o skaly. Widok z fortu nieziemski, na zatoke i nieziemsko piekna plaze cala poznaczona wynioslymi palmami. Nieziemsko jak w raju. Prawde chyba ktos napisal na tablicy przy glównej drodze: "Zajrzyj na najpiekniejsze plaze Afryki Zachodnej".

Co do fortu. To wybudowali go Branderburczycy jszcze i sluzyl generalnie do wywozu niewolników na zachód. W forcie mozna spac i dodaje to szczypty emocji, ze kimasz na miejscu gdzie kiedys w nieludzkich warunkach "skladowano" pojmanych ludzi. Zreszta miejscowi nie daja o tym zapomniec. Choc i sami przyznaja, ze w tym procederze prym wiedli szefowie murzynskich klanów.

W tej calej beczce miodu jest jednak lyzka dziegciu. Bezpieczenstwo na plazy. Kazdy mi powtarzal, idz na plaze bez niczego, bo inaczej cie oskubia. Tyle, ze glupio tez zostawiac wszystko w pokoju, który jest bez zadnego nadzoru. Nadzór jest w wiosce na dole. A pokój tez niezly. Wielkie lózko, pelno starych mebli, przewiew z morskiej bryzy, stylowe zaslonki. I to wszystko za niecale 10 zlotych. Do tego niepowtarzalny prysznic. Najpierw trzeba sobie wyciagnac wode ze studni, a pózniej polewac sie kubeczkiem. A to wszystko bez sufitu, jeno prosto pod gwiazdami.

Dzien 55 PARADAJS

Trafilem do Butre, kilkanascie kilometrów na wschód od Takoradi. I co tu duzo gadac, mysle ze to miejsce wypelnilo by Wasze wyobrazenie o prawdziwej rajskiej plazy. Palmy, hamaki, zarcie wprost nad oceanem. Choc znów ale… Przyjechalem to bo polecono mi to miejsce jako oaze spokoju. Tymczasem byla pelna bialych twarzy <pól biedy> i libanskich "biznesmenów" ze swoimi czarnymi dziewczynkami. No i obsluga tez taka sobie. Caloscia zarzadza Szwedka, która znalazla tu swoje szczescie i mieszka ze swoim bachorem i gromadka rasta. Miejsce trafilo juz do przewodników, wiec zrobilo sie drogie, choc tylko jesli patrzec z ghanskiej perspektywy.

Dzien 56 Cape Coast

Wieczór. Taras. Pode mna cale miasto dudni w rytmie hipolive, czyli takiej miejscowej mieszanki popu i hip-hopu. Wszyscy szykuja sie na coroczny festiwal. W sobote beda zarzynac krowe i ofiarowac je bóstwu, które sprawuje opieke nad Cape Coast.

Dzisiaj poznalem norweski sposób podrózowania. Fajni ludzie, ale placa ile miejscowi chca. Nie pytaja o cene przed wejsciem, placa za bagaz juz na stacji koncowej, nie upominaja sie o reszte. Po prostu, prosto z mostu psuja rynek. Pózniej ja musze naprawiac :P

Jest tak, ze jezeli taxi kosztuje do jakiegos miejsca powiedzmy 30, to z czarnym pojada za ta cene, a ze mna nie. Pytam sie dlaczego. "Bo dla Ciebie to zadna kasa" – odpowiadaja. No i im kalkuluje koszty paliwa <"ceny beznyny poszly ostatnio w góre" – drugi ich argument> i pokazuje ile beda do przodu jak mnie zawioza. To nie, wola kurde nie zarobic i kisic sie na dupie.

Dzien 57 Cape Coast i Elmina – forty

Dzisiaj zwiedzilem fort w Elminie – kilkanascie kilometrów od Cape Coast. Raz, dwa, trzy mozna sie tam dostac piekna nadmorska droga. Fort ma za soba kawal historii i kolejno byl we wladaniu Portugalczyków, Holendrów i Brytyjczyków. To najwazniejszy fort jaki zostal wybudowany na wybrzezu Zatoki Gwinejskiej. Do dzisiaj takich fortów zachowalo sie kilkanascie, a Elmina i Cape Coast trafily na liste Unesco.

Zwiedzanie z przewodnikiem calkiem przyjemne. Zamykal nas w celach, karcerach i innego tego typu strasznych miejscach. A najwieksze wrazenie robi niewielki otwór w scianie, przez który czarni niewolnicy na zawsze opuszczali Afryke. Teraz ich amerykanscy potomkowie gromadnie zwiedzaja to miejsce. A ci miejscowi mysla sobie, jacy z nich szczesciarze, ze ich przodkowie byli niewolnikami.

W calej tej wyprawie do Elminy padlem ofiara skamu. Skamem jest wszystko co pozwala na pozbawienie turysty z jego pieniedzy. I tak podrózujac przez jakis juz czas po swiecie nauczylem sie unikac tych oczywistych typu recepta w reku niby koles zbiera na lekarstwa, przeczytaj/napisz mi list do kolegi, bo nie umiem angielskiego, kup ode mnie skarpetki a obrobie cie z portfela. Mnóstwo kolesie maja sposobów by obrobic cie z kasy.

Przed wejsciem do fortu, dwóch kolesi-przyjaciól podbiega do mnie z lista darczynców, ze niby zbieraja kase na swoja druzyne pilkarska. To popularny tu sposób chodzenia z lista, która sprawia wrazenie jakiejs oficjalnosci bo sa na niej rózne pieczatki i nazwiska zagranicznych turystów którzy wplacili duze sumy by pomóc ich druzynie pilkarskiej. Przy okazji kolesie poprosili mnie zebym napisal im moje imie i powiedzieli, ze jak wyjde to wtedy im cos dorzuce do kasy. Ja zadowolony, bo pewniak ze jak wyjde to na pewno nic ode mnie nie dostana. A tu przy wyjsciu kolesie stoja z muszla wielka <morska nie klozetowa> a na niej wygrawerowane cos w stylu "To our Polish friend Kamil, from ….." No i kurde powiedzialem im, ze to nie fair, ale kurde troche kasy im zostawilem.

Dzien 58 Accra

Rano owsianka z kalabasza, takiego naczynia zrobionego z wyjatkowo twardego i wielkiego owocu, a potem jazda w niemilosiernym scisku do Accry z bagazem na kolanach, bo znowu mialem przekopy z kierowcami i za bagaz sobie powiedzialem przeplacac nie bede.

W Accrze generalnie zalatwialem sprawy administracyjne: zakupy, internet, wiza. Caly dzien minal mi w biegu i po kolei skreslalem rzeczy, które zostaly mi do zrobienia. Przy okazji troche odetchnalem w Osu – eksluzywnej dzielnicy "american-style", gdzie nawet lody czekoladowe sobie zapodalem. Oj podobaly mi sie te wszystkie fast-foody.

Dzien 59 Driven by gospel

Juz myslalem, ze zalicze dzien do spokojnych i calkiem udanych, ale zakonczylo sie jeszcze lepiej. Rano bylem w Muzeum Narodowym Ghany, gdzie nauczylem sie sporo o stolkach, drewnianych lalkach i handlu niewolnikami. Po poludniu ogladalem tame Akosombo z wypasionego trawnika hotelu Volta. A wieczorem zalapalem sie na International Central Gospel Church (ICGC).

Moze zaczne od tego ostatniego. Ghana wyglada jak nie z tego swiata. Cala przesycona jest religijnoscia. "Have faith in God" Beauty Salon, "Allah is the Greateast" Transportation Services, "Only Jesus" Electricians and Hardware – tego typu nazwy ludzie nadaja swoim firmom. Ludzie tu po prostu chwala Boga na okraglo i poprzez rózne religie.

Trafilem wieczorem w malej wiosce na wielkie modly gospelowców. Fanem gospel w zyciu nie bylem i do szalu doprowadzala mnie "zakonnica w przebraniu" na kazde Boze Narodzenie jako hit Polsatu. Ale co innego telewizja, a co innego na zywo. Jak ci ludzie tu tanczyli i spiewali. Ciarki po plecach przechodzily. Przylaza przy kosci Murzynki potanczyc chwalac imie Jezusa. Rózne byly songi – skoczniejsze i bardziej powolne, nastrojowe, a pózniej byl gwózdz programu. Pastor zapowiedzial bossa – "jeden z Top Ten ICGC na swiecie". Koles glosil cos w rodzaju kazania. Zaczal pomalu, pózniej przeczytal Mateusza 10.48, no i sie rozpedzil. Czasem krzyczal, czasem bawil ludzi do rozpuku, udawal bzyczaca muche, lazil w kólko, gestykulowal i wypedzal chyba zle duchy magicznymi zakleciami. Musialo dzialac, bo czesc ludzi osuwala sie na ziemie. Pastor wywolywal ludzi – "czuje ze tu po lewej stronie siedzi ktos kto pochodzi z Bolga", "tam z tytulu siedzi ktos o imieniu Tema", "ktos na sali ma siostre, która jest wierna w mojej parafii". Jazda byla, bo niektórzy wygladali na autentycznie zdumionych. Przyjdzcie jutro, przyprowadzcie kogos znajomego, a na zakonczenie delikatnie wspomnial o fundraisingu. Typowe – zawsze chodzi o kase. Tak, to bylo dla mnie wielkie "wow" uczestniczyc w czyms takim. I jak zwykle podoba mi sie to czego nie mozna bylo zaplanowac, czego w ogóle sie nie spodziewalem.

W muzeum nauczylem sie sporo o handlu niewolnikami. Zawsze myslalem, ze wiekszosc wywieziono do dzisiejszych Stanów. Tymczasem tam zabrano ok. 10% ogólu. Po 40% trafilo na Karaiby i do dzisiejszej Brazylii, a pozostale 10% do dzisiejszej Argentyny i Urugwaju.

Patrzac na tame, nauczylem sie ze niektórzy maja manie megalomanii. Tak jak "ojciec" Ghany Nkrumah, który postawil tame, z której caly profit szedl do Amerykanów, która sprawila ze zalane zostalo 7% kraju, dziesiatki tysiecy ludzi zostalo przesiedlonych. Czolo tamy od najodleglejszego konca jeziora dziela 402 kilometry! Powstalo, jak twierdza miejscowi, najwieksze sztuczne jezioro na swiecie. Miesiac po uroczystym otwarciu tamy, przebywajacy na przyjacielskich tancach w Hanoi Nkrumah, zostal obalony.

Opuszczam jutro Ghane. Po raz pierwszy od wyjazdu z Maroka poczulem sie jak na wakacjach. Tu jest po prostu latwo, milo i jak na polskie warunki niedrogo. Jesli wiec chcecie zaczac odkrywac Afryke – a naprawde warto – to Ghana jest najlepszym do tego miejscem.

(więcej…)

Burkina Faso

sobota, 10 Wrzesień 2005

Dzien 46 – Autobus

Burkina Faso. Intrygujaca nazwa, co nie? Mi sie to kojarzylo ze Skiba. On sobie zawsze jaja robil i polecal go jako miejsce zsylki naszym politykom. Kiedys ten kraj nazywal sie Górna Wolta, ale niejaki Sankara wielki miejscowy rewocjunalista przemianowal go na BurKine Faso, czyli Kraj Ludzi Uczciwych. I chyba rzeczywiscie ten kraj taki jest.

Caly dzien minal mi na jezdzie autobusem z Bamako do Bobo Dioulasso w Burkinie. Wiza na granicy tansza niz w ambasadzie w Bamako. Nie rozumiem takiego podejscia, ale niech bedzie. Caly dzien mój zoladek walczyl z jakims paskudztwem i chyba na koniec wygral. Obeszlo sie bez gonienia do kibelka, ale stan goraczkowy sie utrzymywal.

Przyjechalem w nocy do Bobo Dioulasso. Jeden tani hotel w centrum, wiec slaba pozycja negocjacyjna, w dodatku podrózuje juz sam co mocno podwyzsza koszty noclegu. Z reguly w Afryce Zachodniej, pokój jednoosobowy kosztuje az 80% pokoju dwuosobowego. Ale niezawodne "reduction etudiant" od Naty znowu sie przydalo.

Dzien 47 – Bobo Dioulasso

Bobo. Podobno najfajniejsze miasto Burkiny. Nic specjalnego, ale rzeczywiscie spokojnie i milo. Pelno bialasów, co mnie zupelnie zaskoczylo. Tani internet. Bankomat nie chce wyplacic mi kasy, a juz na resztkach jade. Ot, cale Bobo. Aha. Jest jeszcze bardzo intrygujacy stary meczet. Niestety zamkniety dla innowierców od czasu jak przejezdzal tedy Paryz-Dakar i bialasy swoje musieli zrobic. Podobnie bylo w malijskim Djenne. Ten piekny meczet jest zamkniety dla turystów, bo idiota Wloch jakis wzial rozebrane modelki i foty na murach meczetu strzelal. Na koniec dnia autobusem wedlug rozkladu jazdy <sic!> dojechalem do Banfory, gdzie zjadlem spaghetti bolognese w kulinarnej atrakcji Burkiny Faso – McDonaldsie. Z siecia nie ma nic wspólnego poza nazwa. Burgery jakie tu serwuja to zwykle bagietki z podpieczonym miechem – ale w sumie cos innego niz wszedzie, wiec sie podobuje.

Dzien 48 – Moplikiem przez swiat

Burkina to afrykanska stolica motorowerów. Wypozyczylem wiec takie cacko i ruszylem przez wioski w okolicach Banfory. Odpala sie z pedalowania, jeden bieg i dawaj. Pojechalem najpierw nad jezioro. Caly ruch zmierzal na targ w drugim kierunku, wiec byl lekki slalom. Nad jeziorkiem zostawilem pojazd i chcialem dojsc na przeciwlegly jego koniec, bo tam ponoc zimuja hipopotamy. Daleko jednak bylo, wiec tylko od dzieciaków kupilem ogórki i z powrotem. Piroga tez mozna plywac, ale ci co poplyneli równiez zero hipa zobaczyli.

Druga atrakcja wokól Banfory to wodospady. Sa takie kaskadowe, kilkustopniowe, a na samej górze naturany basen z biczami. Milo, bardzo milo, ale nic porywajacego.

Jest jeszcze trzecia atrakcja – Sindou Peaks. Tam nie dotarlem, bo juz trzeba konkretniejszego sprzetu zeby tam dojechac. Najfajniejsze z tego wszystkiego jest jednak wlóczenie sie motorowerem bo tych wszystkich polnych drózkach i obserwowanie jak lokale zyja.

Nocuje w siedzibie Czerwonego Krzyza. Wczoraj dzielilem pokój z szoferem Mercedesa, dzisiaj z kolesiem z Wybrzeza Kosci Sloniowej. Pokazal mi jak przebiega linia podzialu miedzy rebeliantami a armia rzadowa w tym kraju. Szkoda, ze tam maja taki syf, bo z przewodnika wynika, ze to calkiem mily kraj musi byc. No a wieczorkiem wspólnie kibicowalismy zespolowiz Abidzanu, który jednak ulegl egipskiemu Zemalekowi w afrykanskiej Lidze Mistrzów. Tak, oni tez takie cos maja, ale kto w Europie o tym slyszal i tym sie interesuje.

Dzien 49 – Walka z czasem

Nie chcialem nocowac w Bobo <bo drogo>, wiec zostalem w Banforze na noc. Dlatego od rana walczylem z czasem, zeby wyrobic sie do drugiej do ambasady Ghany. Zeby nie zimowac w Ougadougu za dlugo. Oczywista, choc autobus wyjechal wg rozkladu, to mial milion niepotrzebnych nikomu przerw na rózne niepotrzebne w cywilizowanym swiecie rzeczy. Ale koniec konców udalo sie, bylem w ambasadzie za 15. Jeszcze tylko 4 razy ten sam formularz wypelnic musialem <xera zrobic nie mozna, musi byc odrecznie> i wiza jutro do odbioru.

Dzien 50 – Ouagadougou

Porywajaca nazwa, czyz nie? Stolica Burkiny Faso. Niestety samo miasto jest malo porywajace. Zaczepiaja mnie ciagle ludzie. Chca cos sprzedac, chca na bulke, chca mnie obskubac. Nie chce mi sie z nimi gadac.

W mojej noclegowni na 16 osób getto francuskie. Oni stoja z angielskim jeszcze gorzej niz ja z francuskim. Ale zorganizowali wyprawe po piwo. Przyniesli cztery flaszki na osiem osób. No i jest jeden Marokanczyk, co jest rzadkoscia, który zjechal kawal swiata.

Nawet nie wiem co zapamietam z Ouaga. Wielki plac na którym nic nie ma, cola w póllitrowych butelkach, betonowe targowisko i So.b.bra – sikacz, ale lokalny i tani. Raz na dwa lata jest tu wielki festiwal filmów afrykanskich. Moze wtedy warto tu przyjechac.

Jak tylko dostalem wize odfrunalem w strone granicy z Ghana. Oczywiscie z przerwa na naprawe silnika.

(więcej…)