Mali

Dzien 39 Bamako

Caly dzien w biegu i w sumie niewiele z tego biegania wyniknelo. Dobra, ale zaczne od wczorajszego dnia. Przyjechalismy jakby do innego swiata. Z Gwinei gdzie wydarzeniem bylo zobaczyc bialasa, wprost do backpackerowskiego getta w misji katolickiej. Ma to i swoje dobre strony bo restauracyjka zaraz naprzeciw sfokusowana jest na nas turystów. I serwuje rózne europejskie potrawy. Przynajmniej z nazwy europejskie. A nastolatki z Francji trejkotaja. Nie wiadomo czemu, biale laski daja sobie krecic warkoczyki. Murzynki wygladaja w tym pierwsza klasa – naturalnie i pieknie. Za to jak blond skórka z czaszki wystaje to splecione warkoczyki i henna wygladaja zalosnie. Tak wiec dziewczyny – jak bedziecie w Afryce nie dajcie sie zakrecic, to nie wyglada dobrze!

Bamako zalalo wczoraj. Doslownie 20 cm deszczu unosilo sie na naszej bezoplywowej ulicy. Pora deszczowa jest.

A dzis mielismy dzien biurokratyczny. Najsamprzód chcielimy kaskie wyciagnac z bankomatu. Okazuje sie, ze w Bamako jest jeden, który obsluguje moja karte. I jak namierzylismy go po poszukiwaniach to – uwaga, uwaga – okazalo sie, ze jest nieczynny. Trzeba bylo uruchomic czeki podrózne, co tez bylo wydarzeniem i pozwolilo nam poznac jakas pania szyszke w banku, która mocno wszystko w garsci trzymala.

Dalej, pojechalismy na umówione spotkanie z konsulem Algierii. Chcialem wize, a koles mówi nie ma problemu. Ja zdumiony i ucieszony. Dopiero jak wyszlo w praniu, ze jestem turysta, a nie miejscowym biznesmanem to poszedl na konsultaje, a potem odeslal mnie po wize do ambasady w Warszawie. To ja mu tlumacze, ze algierskie wizy maja zbyt krótki okres waznosci i jezeli aplikowalbym w Polsce to nie zdazylbym wjechac na tej wizie do Algierii. Nie pomoglo. Zreasearchowalem calego neta i znalazlem tylko jednego Niemca, któremu udalo sie wyblagac wize w konsulacie w Goa. Dla mnie brak wizy do Algierii oznacza powrót powietrzem do Europy. Innym wyjsciem bylaby próba przejechania przez Czad i potem Sudan do Egiptu. Niezaleznie od tego czy jest to formalnie mozliwe to po masakrach w Sudanie i sytuacji w Darfurze raczej nie usmiecha ie podróz w tamte rejony. Ale juz mam plan na kolejna podróz przez Afryke. Z Algierii przez Niger, Czad, RSA, Konga, Angole, Namibie do Cape Town. Wiec jak to konsul powiedzial – "next holiday". Ale to za kilka lat. Ktos chetny??

Nastepnym krokiem byl internet, który wreszcie wykazywal tempo przywoite i moglem mambowac. Przy okazji jak ktos zna "Mambo" to chetnie czekam na wsparcie merytoryczne, bo instalki kolejnych modulów i komponentów mnie przerastaja.

Po necie biegalismy jeszcze do Point Afrique, co by Nata wlasciwie do domu zajechala. A potem gazem po bagaze i na dworzec. Fruwamy bowiem do Kraju Dogonów.

Dzien 40 i 41 Kraj Dogonów

Dobra. Zamiast zaczac opisywac jak mi sie tu podobalo to zaczne od syfu jaki robia tu turystyczne sepy. Mali tak w ogóle równa sie hassle, czyli po naszemu mozna to nazwac nagabywaniem. Myslalem, ze najgorszymi syfiarzami w tym zakresie sa tuktukowcy z Bangkoku, ale ekipa z Mali ich spokojnie przebija.

Zaczyna sie juz w Bamako. Jako, ze wrotami do Kraj Dogonów jest miasteczko Bandiagara to tam chcielismy sie dostac. Na dworcu sprzedali nam bilety do Bandiagary i wsadzili do autobusu. Luz. Zapewniali milion razy, ze autobus jedzie bezposrednio do celu. Rano okazalo sie, ze w Sevare musimy wysiasc, bo autobus jedzie jednak do Goa. Wiedzieli gnoje od razu jak jada. Pózniej nas sprzedali kolesiowi od minibusa i dopiero z nim po kilku godzinach czekania az "sie zapelni" dojechalismy do bazy. Zrobilismy oczywiscie haje, ale znalazl sie "przyjaciel", który zaoferowal nam przejazd prywatnym autkiem. Po odmowie zaczal nas straszyc i tak zostalem dla niego Mr. Problem, bo powiedzialem, ze ja lubie klopoty i bez jego pomocy i przewodnictwa sie obejde.

Bandiagara tak jak oczekiwalismy okazala sie istnym sepowiskiem. Zagadywanie, "bede Twoim przewodnikiem", podchody z tej, z tamtej strony. Po dziesiatym kolesiu i naszych grzecznych "merci beaucoup" i odmowach zaczelismy tracic cierpliwosc i ignorowac ich totalnie. Stali sie agresywni, a my tez. Zaczely sie rózne skamy z czego jeden przyklad podam. Stanal koles przy restauracyjce gdzie zarlismy i niby dzwoni z komóry do jakiejs szychy i mówi, ze jest tu dwóch bialych, co to chca bez przewodnika do Dogonów isc, a przeciez to zabronione i tak nawijali co by nas przestraszyc. Mr. Problem tez sie pojawil i tez chcial swoje trzy grosze wtracic. A kucharz z Nigerii to juz w ogóle przesadzil. Zostalismy zrugani, bo powiedzielismy, ze trzy i pól euro za spaghetti to za drogo.

Dobra. Kolejna przeszkoda to transport. Z Bandiagary do okolicznych dogonskich wiosek jest jakies 20-50 kilosów po dosc slabych drogach. Cena wywolawcza u taryfiarzy 30 euro, zbilismy do 20 ale wiecej nie da rady. Koles woli w karty grac i dlubac w nosie. Trafil nam sie w koncu jakis gangsta co nas wiezie merolem do wioski za 8 eurasów.

W wiosce Dourou znów nagonka. Szefu hotelu i zarzadca przewodników zachwala swoich i ostrzega, ze bez guidów lazic po wioskach nie wolno. To my grzecznie, ze dziekujemy, ze studenci, ze nie mamy kasy, ze wolimy sami, ze to, ze tamto. Zamówilismy tylko domowej roboty piwo z manioku i w droge. Na to szefu mówi, ze powinnismy sie cieszyc i byc mu wdzieczni za to, ze przyjechalismy tu za darmo <bo za 8 euro przypomne>. Tylko dlatego, ze samochód jechal odebrac jego grupe Francuzów.

Uszlismy kawalek, ale niedlugo, bo szefu hotelu wyslal za nami trzech nastolatków, którzy przez godzine uprzykrzali nam zycie jak mogli. Straszyli, ze jak pójdziemy bez przewodnika to zostaniemy obrzuceni kamieniami, jak wejdziemy na swiete miejsca to jeszcze gorzej. Pytalismy miejscowych o droge, ale oni byli szybsi i nie pozwalali im mówic. Slowem godzina uzerki z gnojami. Skonczylo sie jak postanowilem im zrobic zdjecie, co jednego rozwscieczylo. Zeby uspokoic sytuacje zaczelismy z nimi gadac jak z dziecmi i kurde chyba pomoglo, bo w koncu powiedzielismy, ze fajne z Was chlopaki, ale wracajcie do domu. I poszli.

Doszlismy do wioski Yawa. Znów sie znalezli pomagierzy. Ale w sumie jakos z nimi poszlo i znalezli nam lokum na noc. Mata na dach lepianki jednego z nich. Pytamy ile, ale oni, ze jutro, ze pózniej pogadamy. To my jednak chcielibysmy wiedziec dzis. Dzieciaki sie zlecialy z okolicy. Wszyscy nas ogladaja, wlasciciel bierze mnie do domku i mówi, ze chce za nocleg tyle ile normalnie sie placi w innych wioskach czyli…. 40 euro. Fajny koles, co? Powiedzielismy, ze dajemy trzy albo spadamy. No i zostalo na naszej cenie. I tak sie czuje, ze to trzy euro to moja dzialalnosc charytatywna.

Sie tyle opisalem o tych sepach, bo kolesie sa naprawde nie do wytrzymania póki sie im nie da kasy. Potem to juz przyjaciele i sie adresami wymieniaja.

A teraz o Kraju Dogonów. Jest naprawde pieknie, a zwykli ludzie sa niezwykle serdeczni. A widok z "escarpmentu" na plaska równine ciagnaca sie kilometrami jest niesamowity.

Dzien 42 W drodze do Djenne

Nata nadaje:

W drodze do glinianej perelki Mali, spotkalismy amerykanskich wolontariuszy pracujacych w Mauretanii i Mali. Ich cecha charakterystyczna jest to, ze siedza w turystycznych kurortach, zarabiaja niezla kase na tym tzw. wolontariacie, jedza w knajpach dla bialasow (nie chce obrazic zadnego bialego), ale uwazaja sie za super hardcorowcow. Jest w ich postawie cos irytujacego, ale to tylko moje bardzo subiektywne zdanie.

W Mopti panuje plaga przewodników, którzy uprzedzaja kroki turystów i np. widzac, ze ktos kieruje sie na dworzec, uprzedzaja go, przychodza do kasy przed turysta i przedstawiaja sie jako przewodnicy, którzy przyprowadzili klientów, oczywiscie zadajac prowizji.

Podróz z amerykanskimi wolontariuszami obnizyla nasza pozycje przetargowa na bramce wjazdowej do Djenne. Zakwestionowalismy pobór haraczu 40 km od miasta, jego zasadnosc i wysokosc, autentycznosc osoby pobierajacej haracz, jej maniery, jednym slowem wszystko. Oczywiscie przegralismy, ale przynajmniej zburzylismy sielankowa atmosfere w samochodzie. Problem w tym, ze malo który turysta ma sile sie klócic z miejscowymi, którzy na kazdym kroku chca go zrobic w konia, turysta wiec placi, a miejscowy cwaniak ugruntowuje sie w przekonaniu o skutecznosci swoich metod.

Dzien 43 Djenne – jazda figurowa na blocie

Nata nadaje:

Meczet w Djenne „ jest gliniany a mimo tego przetrwal juz kilkaset lat i odnawiaja go co roku”. Po porze deszczowej miasto dzielone jest na dwie dzielnice. Mieszkancy jednej uzupelniaja wyplukana gline przez tydzien, druga dzielnica konczy dzielo w nastepnym tygodniu.

W porze deszczowej bloto jest wszedzie, domy zbudowane z blota, bloto po kostki w waskich uliczkach.

Generalnie w Djenne nam sie bardzo podobalo. Fajne miejsce jest, piwa troche tam wypilismy, z kilkoma dzieciakami sie zaprzyjaznilismy. Tak, Djenne zapamietamy dobrze.

Dzien 44 W drodze do Bamako

Rano podziwialismy wschód slonca nad rzeka Bani. Taki niezwykly spokój byl. Budzilo sie wszystko do zycia. Czekalismy az prom odpali i obserowowlismy okolice. Zawieziono nas na carrefour , czyli skrzyzowanie z glówna droga. I tu przy sniadanku i lipton ti po raz trzeci na naszej trasie spotkalismy sie z Magda i Tomkiem. Niezly przypadek. Mielismy niewiele czasu, ale zaczelismy nawijac jakbysmy sie sto lat nie widzieli. Mile sa takie spotkania.

Reszta dnia to przejazd do Bamako. A wieczorkiem rozkoszowalismy sie ogladaniem miejscowej elity zdazajacej do eskluzywnych klubów. My po drugiej stronie blota popijalismy piwko.

Dzien 45 Zostalem sam :{

No i zostalem sam na misji. Na misji, bo spie u misjonarzy. Wychodzi najtaniej, a i najczysciej i najfajniej. Nata pojechala z kolumbijsko-francuska para na lotnisko i zobaczymy ile sobie tam poczekaja. Point Afrique jest najtansza opcja do Europy, ale ma to swoje minusy: bagaze przylatuja nawet po osmiu dniach!!

Polubilem Bamako. Choc z reguly nie lubie albo wrecz boje sie duzych afrykanskich miast, to tu mi sie jakos podoba. I czuje sie juz prawie jak autochton. Znam ceny za minibusy, znam dobre garkuchnie i potrafie wymówic nazwe mojej dzielnicy Badalabougou. Jutro spadam do Burkina Faso. Ktos uwazny zapyta. A Timbuktu? Mali to przeciez Timbuktu – najslynniejsze miejsce w calej Afryce Zachodniej, jedna z podrózniczych Mekk swiata. Ale nie, to bedzie moja podróznicza zlosc i niechec do biznesu turystycznego Mali. Nie chce jechac do Timbuktu i nie chce sie wiecej uzerac z wszekiego rodzaju dupkami. Nie chce zostawiac wiecej pieniedzy w tym kraju. Choc troche zaluje, bo pierwsze co wiedzialem o Afryce Zachodniej to to, ze mozna plynac wielka rzeka przez pustynie. Ale tak to jest, ze plany sie zmieniaja. Odbije sobie w Agadez, miescie które zachowalo wiecej ze swojej swietnosci.

Dodaj odpowiedź