Gwinea

Dzien 32 Koundara

No i kolejny kraj – Gwinea. Ta ze stolica w Conakry. Na poczatku nie podobalo nam sie, ze nie obowiazuje tutaj CFA, czyli waluta uzywana przez wiekszosc frankofonskich krajów Afryki Zachodniej. No ale szybko sie z tego wycofalismy, bo okazuje sie, ze dzieki temu jest tu tanio! Najtaniej w calej Afryce Zachodniej.

Przejechalismy dzis ledwie kilkadziesiat kilometrów, bo drogi blotniste i wyobiste. Ale widoczki piekne. Taka prawdziwa Afryka i jeszcze wielka skarpa do tego. Spytalem wieczorem miejscowego mlodzieniaszka czy da sie tam wejsc. A koles-maturzysta z powazna mina stwierdzil, ze tam sie nie da wejsc bo niebezpiecznie. Pytam czy stromo, czy moze jadowite gady. "Nie, skad, diably tam sa".

Dzien 33 Przeprawa promowa

Caly dzien <20 godzin> spedzilismy podrózujac w maksymalnym scisku, po bezdrozach. Niezniszczalnym pezotem 504, który mial na pokladzie i na dachu ponad dwadziescioro czlowieka.

Ale i tak highlightem byla dzis przeprawa promowa. Na trasie z Koundary do Labe jest szereg rzeczek, ale jedna jest wyjatkowo paskudnie rozlana. Jako, ze Gwinea to bidole na prom porzadny ani na most kasy nie maja. Albo raczej Unia Europejska im na most dala, ale wszystko oficjele pokradli. Prom jest wiec taki na korbke. Kreci dwóch murzynów i prom po linie toczy sie od brzegu do brzegu. Beszelestnie. Na jeden raz zmiesci sie tylko jedna ciezarówka, a w kolejce stalo ich ze czterdziesci. Zaladowala sie pierwsza, nasz samochód zostal, ale cala ekipa nasza laduje sie na prom, wiec my za nimi. Podwijamy spodnie i brodzimy do promu. Jak juz bylismy na, to prom zaczal sie przechylac i cóz tu duzo gadac zaczal nabierac wody i tonac. Panika powstala, kobity zaczely skakac do tej rozlanej wody. Groteskowo – jednym slowem. My jakos przetrzymalismy i opuscilismy prom o suchej stopie, ale dygor byl. Zeby bylo ciekawiej po tej przygodzie czekalismy jeszcze piec godzin i pokonalismy rzeczke w calkowitych ciemnosciach.

No a potem to juz jazda jak na Camel Trophy przez kaluze, blota, rzeki i inne takie. A za oknami caly czas dzownily. Cykady takie wydawaly dzwieki niczym dzwonki przy saniach swietego Mikolaja.

Dzien 34 Smierdzimy

To teraz bedzie cos o codziennosci podrózowania. Jako, ze dzisiaj mielismy wyjatkowo lajtowy dzien i niewiele ciekawego sie nie wydarzylo. Pospalismy i pospacerowalismy po Labe, glównym miescie pólnocnej Gwinei.

Jest pora deszczowa, czasem nas wichura z deszczem dopadnie, a ze ciagle w biegu jestesmy to zaczynamy smierdziec, bo rzeczy nie maja czasu oddechu zlapac i sie kisza w plecakach. Nawet jak sie je wypierze <w mydle oczywista> to dalej cuchna. Juz nie bede opisywal moich sandalów, które codziennie nosze, kapie sie i wlaze w ciezkie bloto. Zajezdzaja jednym slowem.

Kolejna sprawa to zuzycie rzeczy. Nastepuje bardzo szybko. Mydlo zuzywamy w dni pare. Koszulki sie dziurawia, buty rozwalaja, oulary rysuja. Dopiero miesiac w podrózy, a wypadaloby polowe sprzetu wymienic.

Jedzenie zawsze to samo – ryz z jakims sosem. Od swieta moze trafic sie jednak cos innego.

Dzien 35 i 36 Fouta Djalon

Fouta Djalon to piekne zielone góry – atrakcja turystyczna Gwinei. Turystyczna, ale turystów tu nie ma. Ulokowalismy sie w Dalabie, dawnym uzdrowisku kolonialnym zalozonym przez Francuzów. Wszystko wyglada raczej jakby sie zwijalo, a nie rozwijalo. Za to mamy piekny i tani pensjonacik i uwaga, uwaga – zanotowalismy rano ciepla wode w prysznicu. Do tego kucharz przyrzadza calkiem niezle jak na afrykanskie warunki spaghetti bolognese, wiec jest pieknie.

Góry sa, wiec da sie normalnie zyc i oddychac. Do tego banany i pomarancze prawie za darmoche. Kawa czarna tez. I fryzjer tez. Dalem sie opitolic i lepiej nie gadac jak teraz wygladam. W przeciwienstwie do lokali natura nie wyposazyla mnie w ksztalna czaszke.

Mielismy wyprawe do wodospadów, po drodze obskoczylismy miejscowe wioski pousmiechalismy sie serdecznie do miejscowych i milion razy powiedzielismy im "ondziaram". Jedynym minusem bylo to, ze tam szlo sie w dól, a z powrotem do góry.

Podsumowujac, jesli ktos chce zobaczyc mila, acz nie olsniewajaca Afryke, przy tym nie wydac duzo kasy, ale tez nie byc narazonym na nagabywanie i prosby o kase to Gwinea jest do tego stworzona. Mile, odlegle i egzotyczne miejsce.

Dzien 37 Kankan

Fajna nazwa, co nie? Ze slynnym tancem nie ma nic wspólnego. Po prostu, drugie co do wielkosci miasto Gwienei. Mial byc w koncu oswietlone ulice, ale to chyba tylko stereotypy, którymi zyja ludzie na prowincji. Zjedlismy za to kure na ostro <Nata nie wierzy, ze to byla kura, ale mi smakowalo>, popijajac przy tym duzego Skola.

Pierwszy raz nocujemy na misji katolickiej i jestesmy pod wrazeniem. Czyste pokoje, lózka, biureczko, moskitiery. Czego chciec wiecej?

Dzien 38 Aparat ocalony

Afryka to jednak Afryka. Jest malo przeiwdywalnie. Czekalismy jak zwykle enta godzine na odjazd minibusu. Juz bylo blisko, bo byl komplet, ale zaliczalismy jeszcze obowiazkowe tankowanie na stacji, gdy Nata powiedziala "O maratonczycy biegna". Rzeczywiscie kolesie biegli w sportowych koszulkach, jedynie w dziwnych szeregach takich. Nata ich obstrykala i zaczela sie jazda. Naskoczyli na nia kolesie i chcieli wyrwac aparat. Okazalo sie, ze to zolnierze tacy niby i fotografowac wojska nie wolna. Nata skryla sie na

stacji, a sytuacja sie zalagodzila. Nie zmienia to faktu, ze Afryka jest nieprzewidywalna i raczej nigdy nie bedzie calkowicie bezpieczna. Nasi wspólpasazerowie z minbusu zamiast nam pomóc <oni sa przeciez zawsze mili, zyczliwi i skorzy do pomocy> schowali glowy w piasek, a po calym zdarzeniu pytali sie czemu Nata nie robi wiecej zdjec. Zartownisie, he he!

Komentarze są wyłączone.