Gwinea-Bissau

Dzien 29 – Jeden dzien trzy kraje

Rzadko zdarza sie jednego dnia zjesc sniadanie, obiad i kolacje w róznych krajach. A tak mielismy dzisiaj. Rano gadalismy po angielsku <Gambia>, w poludnie po francusku <Senegal>, a wieczorem po portugalsku <Gwinea-Bissau>. Nie no po portugalsku gadac nie umiemy wiec Nata jechala po wlosku, a ja moimi podstawami hiszpanskiego :) .

Nata nadaje:

Znowu ze wschodem slonca wychodzimy z hotelu. Znowu mi sie snily koszmary, zawsze mialam ciekawe sny, ale po Lariamie jest jazda nie do opisania. Rano po przebudzeniu plywam w pocie.

Dzisiaj chcielibysmy dojechac do Bissau – stolicy Gwinei Bissau. Zeby tam dotrzec trzeba ponownie przejechac przez Senegal. Na dworcu autobusowym kupuje kawe i znowu niespodzianka, pan zalewa mi kawe nescafe wywarem z lisci, smakuje waniliowo, a potem jadac w samochodzie moglabym przysiac, ze babki przy drodze sprzedaja truskawki.

Po raz pierwszy miejsca w samochodzie sa numerowane i ci którzy przyjda pierwsi dostana najlepsze. Samochody, którymi sie tu pokonuje dlugie dystanse to tzw. sept places, czyli czteroosobowy samochod przerobiony na 7 osobowy.

Slonce pali przez szybe, jest duzo ostrzejsze niz na Saharze a obraz niezwykle wyrazny. Zanim tu przyjechalam wyobrazalam sobie, ze duza wilgotncsc sprawia, ze wszystko paruje, jest zamazane. Jest tak, ale tylko bezposrednio po deszczu. Przed granica uczymy sie podstaw portugalskiego i "bom dia Gwinea Bissau"!

W okolicach Sao Vincente przeprawiamy sie promem przez rzeke, wszedzie sprzedaja tu orzeszki nerkowce, niedrogie i pozywne, jest wiec cos innego niz tlusty ryz z sosem.

Stolica Bissau robi niesamowite wrazenie, to miasto zarosniete dzungla, kolorowe poportugalskie kamieniczki z odpadajaca farba, wszedzie dziko rosnace kwiaty, krzewy, mchy, liany, jednym slowem zapuszczone ale bardzo ladnie starzejace sie miasto.

Centrum prawie puste, kreci sie jedynie kilku lokali i ziewa troche wojskowych. Jest swieto panstwowe, wiec tym sobie tlumaczymy ta pustke. Jest jednak jeszcze cos. Rozplakatowane twarze wzywaja do glosowania "na mnie". Pod zapyziala knajpa a la Bar Sztygar na Bytkowie stoi landrover "Escolta Presidential" a za nim limuzyna z rejestracja "PR". Co jest grane? Cos przeoczylismy? Tak, tydzien temu byly wybory. Ex-prezydent je oczywiscie wygral, a drugi w kolejnosci kandydat zakwestionowal wyniki wyborów przed tutejszym tutaj Sadem Najwyzszym.

Tyle, ze ta historie uslyszelismy o zmroku jedzac kure smazona na weglu drzewnym. Pradu w miescie nie ma, jeno co bogatsi na generatorach jada. Szefu knajpki Syryjczyk powiedzial, ze robi sie srednio w miescie, napadli na niego niedawno i w ogóle. Kure wcielismy jak najszybciej i ucieklismy do hotelu. Byle przed noca!

Dzien 30 – Ucieczka z miasta

Nie wiem jak sie rodza rewolucje ani zamachy stanu, ale siedzac teraz w Bissau czuje sie cos w powietrzu. Cos byc moze zaiskrzy, moze rozejdzie sie po kosciach, nie wiadomo. Siedzac w domu, w Polsce, czasem Jagielski napisze na odleglej stronie "Gazety", ze gdzies tam w Tiutiurlistanie dokonano zamachu stanu i wladze przejal jakis wojskowy szczyl o trudno wymawialnym nazwisku. Jesli jest ponad kilka setek trupów, to i moze Warakomska o tym powie w telewizorni. Sie przeczyta, sie uslyszy i sie o tym zapomina. Nie mysli sie o tym, jak do takiego puczu dochodzi i jaki jest klimat przed i po takim evencie. Takie Wybrzeze Kosci Sloniowej i wydarzenia sprzed kilku miesiecy, które tam mialy miejsce mroza krew w zylach.

Ale teraz jestesmy tu na miejscu w jakims Bissau i kurde szczerze piszac mamy dygora. Miasto jest przyjemne, spokojne, tranquil rzec by mozna. Mielismy z Bissau poplynac na piekne wysepki archipelagu Bijagos ale…

· dzis Sad Najwyzszy oglosi ostateczne wyniki wyborów

· spotykamy na ulicy Libanczyka, który kupuje szesc zgrzewek wody mineralnej

· na ulicach mieszkancy wsluchuja sie w swoje radyjka – jedyne dostepne srodek masowego przekazu

· radio podaje, ze w Mauretanii dokonano zamachu stanu, a w Sudanie zabili wice-prezydenta i spora liczbe cywilów

· czytam sobie krótka notke o zamachu stanu z 1998 r., "As the two sides shelled and bombed each other, the surrounding residential districts were caught in crossfire, and many people were killed."

· przy odbiorze wizy w ambasadzie Gwinei-Conakry, konsul mówi, ze "lepiej dla nas byloby gdybysmy nastepna noc spedzili poza miastem".

Dobra, spakowalismy sie ekspresem i za 20 minut bylismy na "paregemie". Jeszcze tylko czekanie az pojazd sie zapelni i suniemy do Gabu. W zasadzie niewazne dokad – wazne, ze poza Bissau. i tak kilka faktów, spostrzezen i rozmów z ludzmi moze sprawic, ze spokojne, leniwe miasteczko wydalo nam sie slabym miejscem na dalsze wakacje. Tak, Afryka jest nieprzewidywalna.

P.S. Do dzisiaj <18 sierpnia> nic sie w Bissau nie wydarzylo. Stary prezydent pozostal prezydentem, a Magda i Tomek, którzy przyjechali do Bissau pare dni po nas spedzili tam spokojny tydzien na wyspach.

Dzien 31 – Gabu i droga do granicy

Reszta wczorajszego dnia minela nam na podziwianiu bujnej Gwinei-Bissau. Bylo deszczowo, wilgotno i mozna powiedziec, ze golym okiem widac bylo jak wszystko rosnie.

Gabu okazalo sie jednym wielkim targowiskiem. Sprzedaje sie tam wszystko i miasteczko przyciaga ludzi z Gambii, Senegalu i Gwinei-Conakry. Ja zapamietam "Lady Binta", która z niczego zrobila takie spaghetti, ze ho ho.

Komentarze są wyłączone.