Dzieñ 24 – Saint Louis
Nata nadaje:
Granice z Senegalem przekraczamy w Rosso. Oczywiscie walczymy jak psy, zeby nas nie zrobili w konia przy kupowaniu tzw. biletu za przekroczenie granicy. Tlum, krzyki, oblepiaja nas ze wszystkich stron. Po takiej przeprawie mamy zdarte gardla, po litrze potu mniej i wrazenia jak po intensywnym treningu zapasów. Zeby przedostac sie na strone senegalska, trzeba przeplynac rzeke Senegal, która wyznacza poludniowa granice z Mauretania. Na granicy obowiazuje przerwa miedzy 12 a 15, celnicy kaza nam czekac 3h. Dopiero, gdy symuluje omdlenie puszczaja nas. Ale i tak czekamy 4h, az sie uzbiera bus do St. Louis. W miedzyczasie gramy w pilkarzyki i odganiamy muchy.
St. Louis by³o pierwszym oœrodkiem za³o¿onym przez Francuzów w Afryce i przez dwa kolejne wieki stanowi³o najwa¿niejsze miasto francuskich kolonii. Za³o¿one pocz¹tkowo na wyspie, rozros³o siê póŸniej na pó³wysep, a dzisiaj obejmuje równie¿ czêœæ na l¹dzie. Zabudowania na wyspie zosta³y zaliczone do zabytków œwiatowego dziedzictwa UNESCO.
Po przyjezdzie na dworzec w St. Louis i posileniu siê w dwocowej garnkuchni zup¹ a la czernina, zostaliœmy zagadani przez m³odego Francuza Nico, który pracowa³ tu jako nauczyciel przez 3 lata. Nico zakocha³ w tym mieœcie i przyjezdza tu na wakacje co roku do swoich miejscowych frendow, wszyscy go w miescie znaj¹. Nico pomaga nam znalezc nocleg za darmo u rastamanow, Magda z Tomkiem pozyczaj¹ nam moskitiere i rozbijamy ja pod drzewem obok dziwnego psa, który rano okazuje siê ma³pa. Wieczorem zaliczamy z Nico i Chiquitu, który jest artysta i w wolnym czasie czarownikiem, piwka Gazelle w knajpie "dla chrzescijan", jedynym miejscu gdzie mozna sie napic. Smak nie do opisania po tylu trudach podrozy! Potem jedziemy na wyspe gdzie jestesmy swiadkami transowego tanca w ciemnej uliczce, gdzie mlodzi senegalczycy chodza w kolko w rytmie bebnow recytujac koran i popijajc senegalska kawe o dziwnym smaku. Trans trans tego sie nie da opisac. Potem idziemy na disko i jestesmy jedynymi bialymi, ubrania mozna wykrecac. Posmarowalam sie nowo zakupiona miejscowa mascia anti moskito i oczy mi wypuch³y wiec pozniej juz niewiele widze, ale wrazenie sonoryczne pozostaja.
Dzieñ 25 – Saint Louis
Tak, wczorajsza noc w Saint Louis byla niesamowita. Dzwieki bebnów na wyspie sprawily, ze poczulem Afryke!
Rankiem do naszej moskitiery zagladaly setki oczu, bo przybyli goscie do posesji naszych rasta. W nocy sie tu ponoc dziewczynka urodzila i dzisiaj ma byc cos w rodzaju party. Uderzylismy w miasto, natykajac sie po drodze na naszego czarownika Chiquitu. Jeszcze wizyta u rodziny Nico przy zasypanych smieciami torami kolejowymi i jestesmy "wolni". Mozemy zwiedzac miasto, kolonialne francuskie kamieniczki, most na rzece Senegal zaprojektowany przez Eiffela oraz zasrane przez ludzi i zwierzeta plaze Atlantyku <z kapieli wiec nici>.
Czesc rybacka miasta jak zwykle najciekawsza. Wielkie ciezarówki czekajace na ryby, w innym miejscu ulozone w mala wiezyczke tysiace sprasowanych plaszczek, a nad brzegiem rzeki ciagna sie cuchnace z dala wedzarnie. Na ulicach mnóstwo dzieci. Wydaje sie, ze Senegal sklada sie glównie z dzieci. Ich glówne zajecie to nas zaczepianie i w fussbal granie.
No i wreszcie widzimy Afryke zielona. Po mauretanskich piaskach troche zycia mozna poogladac. Pustynia jeszcze walczy, ale sa drzewa, krzewy, trawa. Ludzie ubrani kolorowo, laseczki odsloniete, a muzyczka to afrykanska klasyka.
A wieczorem mozna odetchnac przy "Gazeli" rozmiar 0,66 litra. Jest dobrze!
Dzieñ 26 – Brzuchem do góry
Dzien skonczyl sie lezeniem brzuchem do góry, popijajac mleczko z kokosa, ale zaczal sie malo ciekawie, bo juz nam gwizdneli aparat w autobusie, ale w pore sie zorientowalismy i aparat podrzucony sie odnalazl.
Na szczescie tych negatywnych wrazen w podrózy jest mniej i szybko o nich zapomnielismy lezac brzuchem do góry w jeziorze Retba, inaczej zwanym rózowym. Ma taki kolor z powodu jakis zyjatek i jest 10 razy bardziej slone niz woda w pobliskim oceanie. Se legnalem brzuchem do góry rozluznilem wszystkie miesnie i sluchalem bicia wlasnego serca. Miedzy tym jeziorem a oceanem jest meta rajdu Dakaru. Kojarzycie pewnie obrazki jak suna maszyny po piasku tuz nad oceanem.
Ceny nad jeziorem zaporowe, ale zawsze mozna liczyc na rastamanskie knajpki. Znalezlismy taka w pobliskiej wsi. I jeszcze potem u chrzescijan wyladowalismy. Ciemno, bialy dom z namalowanym krzyzem od frontu, gromadka dzieci biega i skacze dookola, najmlodsze przywiazane do pleców matki, która ubija maniok albo jeszcze cos innego. A my tu przyszlismy po "szum-szum", czyli bimber z owoców derkassam.
Zaszumialo zdrowo – chyba wylapalismy z Tomkiem wszystkie swietliki nad jeziorem Retba. No i na koniec te kokosy!
Dzieñ 27 – Ile de Goree
Nata nadaje:
Dzis chcemy dotrzec na Ile de Goree, miejsce promowane jako meczenskie wsród afrykanskiej ludnosci. Stad wywozonono do Ameryki niewolników w XVIII i XIX wieku, choc niektórzy udowadniaja, ze to nieprawda i tylko chwyt marketingowy. Niemniej jednak wysepka byla kiedys waznym centrum handlowym. Dzis przyplywa sie na nia z Dakaru promem, wraz z tlumem turystów, w wiekszosci czarnych. Wyspa jest niewielka, w godzine mozna ja obejsc. Jej turystyczny charakter wcale nie umniejsza jej walorów. Kazda kamieniczka jest ladna, kolorowa, mnóstwo kwiatów na drzewach i krzewach. Warto tu przenocowac, bo wieczorem turysci odplywaja i zostaja tylko miejscowi, bardzo ladni, sprezysci, kobiety poubierane w zwiewne, wiecej odkrywajace niz przykrywajace sukienki, palmy, wiatr, muzyka reagee. Sielanka wyspiarka.
Dzieñ 28 Dakar-Banjul
Nata nadaje:
Wczoraj zanim dotarlismy na wyspe, pojezdzilismy troche po Dakarze. Choc to duze zatloczone i pelne spalin miasto, mi sie podobalo, poniewaz jest zróznicowane. Jechalismy przez dzielnice slumsowate, nowoczesne, bazarowate, zatloczone, spokojne.
A dzisiaj zaskoczyla nas rano burza na wyspie, wiatr chcial wyrwac palmy, prom sie opóznil a my smoklismy do sluchej nitki, ale fajne przezycie, sceneria jak z filmu.
No i znowu czekamy, az sie napelni autobus, srednio trwa to 3h. W tym czasie mozna isc na kawe. Tutaj jak sie zamawia kawe na dworcu, to pani, która przyrzadza trunek próbuje go zanim poda klientowi. Dla bialych turystów nie ma wyjatku.
Na sniadanie dzis bagietka z soczewica a na deser czekolada taka jakie kiedys byly w Polsce, na bazie margaryny. W czasie drogi chlopaczek, który za mna siedzi wyjmuje mi cos z wlosów, za drugim razem pokazuje mi co to bylo, ja sie nie znam ale to przypomina pchle. Wieczorne ogledziny glowy nie wykaza jednak nic podejrzango.
Droga do Banjul to inny niz dotad krajobraz, baobaby, czarne i ciezkie przed deszczem niebo a pod jego ciezarem uginaja sie chatki murzynskie. Na granicy Senegal-Gambia kupujemy wize i musimy zaplacic dodatkowa oplate za to, ze urzednik podal nam formularze wizowe, taka zakamuflowana lapówencja. Potem przesiadka do busu bez wycieraczek, jest ciekawie zwlaszcza, ze to pora deszczowa, leje jak z cebra i jest juz ciemno. A na mokre i spocone wystajace cialo trzeba nalozyc krem antomoskito. Jest i prom, ostatni odplywajacy o 21, a my przedwczesnie mówimy Oooo jaka kultura i organizacja, brama zamknieta, najpierw ustawia na promie tiry, potem wpuszcza ludzi a nie jak do tej pory przepychanka i chaos. Ale okazalo sie co innego, jak otworzyly sie bramy, zatrabil prom, ktos krzyknal, ze szybko szybko bo prom odplywa to ruszyl ped ludzi i ta sama przepychanka. My zdazylismy, ale nie wiem jak reszta, zwlaszcza kobiety z dziecmi.
Po deszczu zrobilo sie rzesko i powial wiatr od oceanu. Z daleka zobaczylismy Banjul, nieco malo oswietlony jak na stolice. Zazwyczaj duze miasta wygladaja lepiej w nocy niz w dzien, w Banjul bedzie inaczej….
Dzieñ 29 – Banjul
Banjul jest stolica najmniejszego kraju w Afryce – Gambii. Ksztalt ten kraj tez ma fikusny. Wrzyna sie w Senegal od strony oceanu i ciagnie sie w gore rzeki Gambii, od ktorej kraik ten wzial swoja nazwe. Fajnie jest bo wreszcie moge sobie troche pogadac. Gambia byla kiedys brytyjska i jezykiem urzedowym jest angielski.
Jednak caly dzisiejszy dzien moge spisac na straty, bo przelezalem wiekszosc dnia struty. Prawdopobnie stru³em sie sosem z orzeszkow ziemnych. Sie je budzetowo, sie ma
Cos jednak zalatwilismy, bo mamy wize do Gwinei-Bissau. W pol godziny – kulturka. No i polazilismy po tej wsi troche. Najwazniejszy w Banjul jest Luk 22. Nazywa sie tak na czesc zamachu stanu jaki przeprowadzono 22 lipca 1994 roku. Luk stoi w centrum, a prawo przejazdu pod nim ma tylko prezydent. Prezydentem oczywiscie jest ten sam koles, ktory stal na czele puczu – wowczas mial zaledwie 29 lat.
To tyle z Gambii, ktora zima jest pelna czarterowych turystów z Europy.