Sahara Zachodnia

Dzien 17 - Layounne

Nata nadaje:

Nad ranem przekroczylismy granice Sahary Zachodniej. Znaczy, zadnych formalnosci nie bylo, ale granica na mapie jest. Status tego terytorium jest wciaz nieuregulowany. A bylo to tak… Wycofujaca sie z Afryki Hiszpania podpisala w 1975 r. tajemne porozumienie z Mauretania oraz Marokiem dotyczace przynaleznosci ziem Sahary Zachodniej do tych krajów. Samych Saharian nikt o zdanie nie pytal, ani o niczym nie informowal. Maroko dostalo ziemie bogate w mineraly, Mauretania kawal pustynii i wszystko mialo grac. Pózniej Marokanczycy postraszyli jeszcze Maurów, w miedzyczasie w Mauretanii byl zamachstanu i zrzekla sie ona praw do Sahary Zachodniej. Natomiast Saharianie postanowili uzyskac niepodleglosc i rozpoczeli walki z Marokanczykami. Ich glówna sila polityczna i militarna jest front zwany Polisario. Narody Zjednoczone postanowily pokazac co to one sa i wyslaly misje pokojowa w ten rejon. Po rozmowach ustalono, ze zdecyduja mieszkancy w referendum. Minelo 30 lat od momentu jak nie ma tu Hiszpanów, a plebiscytu nie udalo sie jeszcze przeprowadzic. Teraz toczy sie spór o to kto mialby prawo do uczestnictwa w tym referendum – wszyscy mieszkancy Sahary czy tylko ci, którzy mieszkali tam w 1975 r. Wiekszosc uchodzców i bojowników saharyjskich schronilo sie w okolicach Tindouf, gdzie powstal przejsciowy obóz uchodzców z namiotów, dykty i blachy. Obóz ten nazywa sie tak samo jak jedno z miast Sahary – Smara. Ta przejsciowosc trwa juz 30 lat. A ONZ dalej negocjuje. Niezla skutecznosc, co nie?

Cafe au lait YE YE!

"-O której wyjezdza autobus do Dakli?

-O 20.30

- Ale na rozkladzie jest napisane, ze o 20.00.

-U nas to to samo."odpowiedzial mi pan z usmiechem.

Tak rozmawialam ze sprzedawca biletów autokarowych w Laayoune po tym jak wysiedlismy ok. 8 rano po calonocnej jezdzie z Agadiru. Mam tu ostatnio takie spanie, jak nigdy. Zasypiam w kazdych warunkach, tylko na stojaco jeszcze nie umiem.

Idziemy na sniadanie przez miasto bladorózowe, bez roslin. Duzo kafejek z okraglymi stolikami na zewnatrz. Juz nie moge sie doczekac Cafe au lait, planowalam nie pic kawy ale kawa w Maroku jest nie do opisania dobra!! Podawana w szklance, w 1/4 kawa parzona a 3/4 to pyszne gorace tluste mleko i kostka cukru. i do tego pain au chocolat i melon, który przejechal z nami kawal Maroka, kupiony jeszcze z Madzia i Chalim i zawsze brakowalo czasu, zeby go zjesc.

Na ulicy dwie osoby witaja nas "welcome to Sahara". Powietrze jest suche i bardzo szybko robi sie goraco. Laayoune to umiastowiona baza wojskowa polozona w niecce na srodku pustyni nad brzegiem wyschnietej rzeki. Wszedzie bunkry, koszary z kopulkami, szpitale wojskowe, baza UN, a na ulicach wiecej umundurowanych niz cywili.

Mijamy Ministerstwo do spraw wody pitnej i rysunki dzieci przedstwiajace usmiechniete krople wody na murach przedszkola. Zatrzymuje sie przy nas samochód, z którego wysiadaja dwumetrowi faceci ubrani po cywilnemu i prosza nas o paszporty. Pytaja dlaczego tak szybko schowalam aparat do kieszeni po zrobieniu przed chwila zdjecia. Sa z policji, obserwowali nas. Niedaleko jest budynek policji, nie zauwazylam go robiac zdjecie. Patrzac na nasz rocznik, nie wierza ze jestesmy studentami. Ja tlumacze, ze staram sie dyskretnie robic zdjecia, zeby nie straszyc ludzi i nie zachowywac sie jak paparazzi. Spoko Maroko, puszczaja nas ale zalecaja, zeby sie nie czaic z robieniem zdjec.

Ulice powoli pustoszeja, a my znowu jestesmy w knajpce, w gazecie Le matin du Sahara et du Maghreb czytamy, ze jego Królewska Mosc Mohamed VI chce pomoc Nigerowi, w którym 3 mln z 12 mln Nigeryjczykow cierpi glód z powodu wielkiej suszy, a opinia miedzynarodowa nic sobie z tego nie robi. Pierwsza strona gazety wylistowuje drobiazgowo wieloczlonowe nazwiska i tytuly osób, które powitaly króla na lotnisku w Nigrze. Kupilam tez dostepna w sklepach z prasa cienka ksiazke "Refleksja wspólczesnego Muzulmanina", w której autor-filozof zastanawia sie m.in dlaczego islam kiedys motor postepu teraz stal sie jego hamulcem i jak to zmienic-dobra lektura.

Smierdze, ale jestem szczesliwa, dlaczego tak dobrze mi tu? moze dlatego ze jutro juz bedziemy zupelnie gdzie indziej i juz tesknie za Laayoune.

Dzien 18 - Inshalah

Gdy przyjezdzamy do Dakli jest jeszcze ciemno, tylko jeden sklepik otwarty i jedna slaba zarowka sie w nim swieci. Saszetka Nescafe wedruje do goracego mleka, peka paczka magdalenek. Siedzi z nami tylko zolnierz, ktory przyjechal do Dakli na delegacje. Ok 6 zjawiamy sie w polozonym nad samym oceanem checkpoincie policji, skad odjezdzaja nie wiadomo kiedy busy do Mauretani. No i zaczyna sie stala spiewka, gra na zwloke, zapewnienia organizatorskim tonem ze juz juz wyjazd, pakowanie bagazy, wypakowywanie bagazy, ludzie wsiadaja wysiadaja, wielogodzinna zbiorka, rozbiorka, ale wciaz cztery samochody jak staly, tak stoja, komorka czasem zadzwoni, herbate ktos zaparzy, wszystko w umiarkowanym tempie, bez pospiechu ale tez bez rozlazlosci, kontrolowany chaos, az do 13h, kiedy to rusza pierwszy szczesliwy bus, pewnie jedyny dzis, ktoremu uda sie wyjechac.

Droga do granicy mauretanskiej ciagnie sie miedzy pustynia a woda. Widoki w pierwszym momencie powalaja z nóg, ocean wdziera sie prawie na droge, zatacza petle, zmienia kolory. Z przyczyn od nas nie zaleznych <kierowca nie bierze pod uwage opcji wczesniejszego wyjazdu> przyjezdzamy na granice za pózno, jest juz zamknieta. Opóznila nas pasazerka, która na któryms postoju stwierdzila, ze z nami nie jedzie, ale tez I nie chce wyciagac swoim bagazy ani zaplacic kierowcy za 5h jazdy. A bagaze to nie jedna torba lecz kilkanasnie róznych przedmiotów, reklamowki, kartony, prety, wiadra, paczki upchniete pomiedzy we wszystkie mozliwe szczeliny w calym busie. Trzeba rozpakowac calego busa. Babka jest dziwna, grozi nam, chce rzucac kamieniami. Po chwili stwierdza, ze z nami jedzie, ale w koncu udaje sie jej pozbyc.

Granica formalnie zamknieta, ale szofer udaje sie na negocjacje. No i udalo sie. Lapóweczki poszly i teraz spokojnie o zmroku wjezdzamy na pole minowe pomiedzy Sahara Zachodnia a Mauretania. Trzeba trzymac sie sladów drogi, a bedzie dobrze. Latwo powiedziec, gorzej zaufac kierowcy, który cóz nie zawsze naszym zdaniem jedzie rzeczywiscie po ubitym tracku. Wreszcie blaszana chata, radosne spiewy kobiet w samochodzie. Jestesmy w Mauretanii.


Dodaj odpowiedź