Mauretania

Dzien 19-20 Najdluzszy pociag swiata

Wyobrazcie sobie obszar dwukrotnie wiekszy od Francji, który prawie w calosci pokryty jest piaskiem. Rosnie czasem na tym piasku jakies drzewko, krzaczek czy kepa trawy, ale to pustynia. Taka wlasnie jest Mauretania. Ogromny kraj zamieszkaly przez 2.5 miliona ludzi.

Przyjechalismy do Nouadhibou pózno w nocy. Wysadzili nas gdzies na krancu miasta. Zaczely sie targi najpierw o wymiane kasy, pózniej o taksówke i w koncu o nocleg. Na jedzenie jak zwykle zabraklo czasu. Tyle dobrze, ze sardynke z bagietka w pobliskim sklepiku upolowalismy.

Rano znów na wymiane kasy na czarnym rynku, bo kurs jest lepszy niz w banku, ale trzeba troche zdrowia i cierpliwosci zeby sie z dilerami pouzerac. Jest kasa wiec czas cos zjesc. Targ rybny na mapie zaznaczony to poszlismy. Niestety ryb nie widac, ani tym bardziej zjesc ich nie mozna. Sa za to sterty poplatanych sieci, liny, bojki i inne rybackie gadzety. W koncu stolowalismy sie u chiniola, gdzie mi sie trafil pyszny makaron z krewetkami, a Nacie standardowa rybka.

Jako, ze w Mauretanii oprócz pustynii nic nie ma najwieksza turystyczna atrakcja i wielka przygoda jest jazda pociagiem. Jest to niezwykly pociag z kliku powodów. Miejscowi twierdza, ze jest to najdluzszy pociag na swiecie. Podaja liczby od 2 do 5 kilometrów. LP mówi, ze standardowy pociag ma 2.3 km, ja doliczylem sie w przykladowym stu szesantsu wagonów i dwóch lokomotyw. Pociagiem dostarczana jest rude zelaza do portu w Nouadibhou skad jedzie to statkami w swiat. Kopalnia rudy znajduje sie w oddalonym o ponad 600 km Zouerat.

Raz dziennie do tego skladu doczepiany jest wagon pasazerski. Jeszcze do niedawna byl to taki wagon bydlecy, teraz jest to calkiem dobry poholenderski wagonik. Przejazd ta czescia wagonu kosztuje jakies 7 euro natomiast jazda w weglarkach jest gratis!!! Tyle, ze na jazde gratis nie decyduje sie nawet wiekszosc Maurów, tylko jak oni to nazywaja "iron-men". No i my – bialasy szukajacy przygód. Przygoda byla zabawna przez pierwsze dwadziescia minut. Bylo jeszcze jasno, jechalismy przez slamsy Nouadhibou, ludzie przyjaznie do nas machali, a wiatr od pustynii nie nabral jeszcze swojej mocy. Zaraz za miastem zaczelo sie jednak sypanie piachem pustynii i resztkami rudy. No i trzeslo. Czasem tak bardzo, ze rzucalo nami jak workiem kartofli po wagonie. Cala nocka nam tak minela – w pólsnie i w oczekiwaniu na nasza stacje Choum. Wreszcie nad ranem pociag sie zatrzymal gdzies "w piachu". Pytamy naszych pasazerów z weglarki: "Choum?" "Nie jeszcze 100 kilosów" – odparli.

Jak wstalo slonce i zaczelo swiecic z podejrzanie innej strony domyslismy sie, ze Choum juz za nami. Dojechalismy do stacji koncowej w Zouerat. Stacji to nie jest, bo tam nie ma doslownie nic. Sam piach – moze tylko lepiej ubity niz w innych czesciach pustynii. Zouerat wyglada na biedne konkretnie. Czasu mielismy jednak tylko tyle, zeby kupic wode i znów do pociagu. Z powrotem obciazony pociag wlecze sie jeszcze bardziej. W koncu Choum, jeszcze 3 godziny dzipem po pustynii i wyladowalismy w Atarze.

Dzien 21 Daktyle

Daktye to specjalnosc Ataru. Akurat zaczyna sie sezon i zebrane owoce zasypane w cukrze rozjezdzaja sie w skrzynkach po chinskiej herbacie w swiat. My z tego skorzystalismy i znalezlismy tani transport do stolicy w busiku zaladowanym daktylami. Zapach byl specyficzny, ale cala droga byla calkiem calkiem. Ogladalismy pustynie, wielblady i lokali w blekitnych "draa".

Najgorzej jest z zarciem. Zyjemy w zasadzie na sardynkach.

W przydroznych sklepikach malo co jest: coca-cola z Egiptu, magdalenki z Francji, pseudo-dzem z Belgii, mleczko melonowe z Singapuru, tylko woda butelkowana w Mauretanii. Generalnie drogo. Nawet daktyle nie wychodza tanio, no i ile tego mozna zjesc??!!

Dzien 22-23 - Dwa dni w stolicy – Nuakszott

Miasto syfiaste, ale jak dla mnie mozna znalezc duzo plusów. Przede wszystkim wydaje sie bezpieczne, co jak na duze afrykanskie miasto to juz sukces. Po drugie, wreszcie mozna cos zjesc konkretnego i skonczyla sie nam era sardynek i chleba. Po trzecie, mamy niedroga oberze z przewiewnym patio, gdzie sobie siedzimy, czytamy i naprzamy relacje. W zasadzie Nata pisze, a wlascicielom hoteliku sie mózgi lasuja bo laska <Nata> siedzi i klepie cos w maly komputerek, a chop <Kamil> w ogródku obok miejcowej laski rob pranie na calego. Pózniej jeszcze szycie i gotowanie. Jak rasowa housewife. Tu w Mauretanii jest tak, ze chop caly dzien lezy albo spi przed telewizorem, a babka caly dzien sie krzata, a i tak w domu jest brudno :)

Dluzej bysmy tu w stolicy nie zabawili, ale musimy czekac na wizy do Senegalu i Mali. Do Mali kulturka, trzy godziny i odbiór. Chcielismy wjechac Senegalczykom na ambicje – popatrzcie sasiednie Mali to umie raz dwa zalatwic – troche to dalo bo dostaniemy wizy szybciej, ale dwa dni musimy czekac.

Pierwszy dzien minal nam glównie na wypraniu sie z czerwonych sladów po pociagu oraz na jedzeniu i odpoczynku. Drugiego dnia pojechalismy nad morze popatrzec jak pracuja tutejsi rybacy. Pojechalismy tam z Tomkiem i z Magda, których spotkalismy przypadkowo w drodze na Dzebel Tubkal, a teraz jeszcze raz spiknelismy sie w Mauretanii. Bedziemy podrózowali razem przez najblizsze kilka dni.

Nad morzem bylo fajnie poza jednym wyjatkiem – nikt nie sprzedawal gotowych do spozycia ryb, no chyba ze ktos lubi na surowo. Najlepiej tu przyjechac póznym popoludniem, kiedy rybacy wracaja na swoich lodziach z oceanu i wyciagaja je na brzeg. Jest gwarnie i kolorowo. Nawet pogadalismy z jednym rybakiem, który na osla zapakowal plastikowe doniczki. Lapie sie do nich osmiornice. Najlepsze bylo jednak to w jaki sposób sie o tym dowiedzielismy. Gosciu byl z Senegalu, a my gadalismy z nim po … rosyjsku. Kosmos. Nie sadzilem, ze ruski z pedalbudy przyda mi sie na plazy w Mauretanii.

Wieczorem, korzystalismy z uroków snack-barów Nuakszott. Kebaby, burgery i opowiesci podróznicze. Troche sie nastraszylismy chorobami i co pikantniejszymi historiami z poprzednich podrózy.

Komentarze są wyłączone.