Archive for Sierpień, 2005

Mali

środa, Sierpień 31st, 2005

Dzien 39 Bamako

Caly dzien w biegu i w sumie niewiele z tego biegania wyniknelo. Dobra, ale zaczne od wczorajszego dnia. Przyjechalismy jakby do innego swiata. Z Gwinei gdzie wydarzeniem bylo zobaczyc bialasa, wprost do backpackerowskiego getta w misji katolickiej. Ma to i swoje dobre strony bo restauracyjka zaraz naprzeciw sfokusowana jest na nas turystów. I serwuje rózne europejskie potrawy. Przynajmniej z nazwy europejskie. A nastolatki z Francji trejkotaja. Nie wiadomo czemu, biale laski daja sobie krecic warkoczyki. Murzynki wygladaja w tym pierwsza klasa – naturalnie i pieknie. Za to jak blond skórka z czaszki wystaje to splecione warkoczyki i henna wygladaja zalosnie. Tak wiec dziewczyny – jak bedziecie w Afryce nie dajcie sie zakrecic, to nie wyglada dobrze!

Bamako zalalo wczoraj. Doslownie 20 cm deszczu unosilo sie na naszej bezoplywowej ulicy. Pora deszczowa jest.

A dzis mielismy dzien biurokratyczny. Najsamprzód chcielimy kaskie wyciagnac z bankomatu. Okazuje sie, ze w Bamako jest jeden, który obsluguje moja karte. I jak namierzylismy go po poszukiwaniach to – uwaga, uwaga – okazalo sie, ze jest nieczynny. Trzeba bylo uruchomic czeki podrózne, co tez bylo wydarzeniem i pozwolilo nam poznac jakas pania szyszke w banku, która mocno wszystko w garsci trzymala.

Dalej, pojechalismy na umówione spotkanie z konsulem Algierii. Chcialem wize, a koles mówi nie ma problemu. Ja zdumiony i ucieszony. Dopiero jak wyszlo w praniu, ze jestem turysta, a nie miejscowym biznesmanem to poszedl na konsultaje, a potem odeslal mnie po wize do ambasady w Warszawie. To ja mu tlumacze, ze algierskie wizy maja zbyt krótki okres waznosci i jezeli aplikowalbym w Polsce to nie zdazylbym wjechac na tej wizie do Algierii. Nie pomoglo. Zreasearchowalem calego neta i znalazlem tylko jednego Niemca, któremu udalo sie wyblagac wize w konsulacie w Goa. Dla mnie brak wizy do Algierii oznacza powrót powietrzem do Europy. Innym wyjsciem bylaby próba przejechania przez Czad i potem Sudan do Egiptu. Niezaleznie od tego czy jest to formalnie mozliwe to po masakrach w Sudanie i sytuacji w Darfurze raczej nie usmiecha ie podróz w tamte rejony. Ale juz mam plan na kolejna podróz przez Afryke. Z Algierii przez Niger, Czad, RSA, Konga, Angole, Namibie do Cape Town. Wiec jak to konsul powiedzial – "next holiday". Ale to za kilka lat. Ktos chetny??

Nastepnym krokiem byl internet, który wreszcie wykazywal tempo przywoite i moglem mambowac. Przy okazji jak ktos zna "Mambo" to chetnie czekam na wsparcie merytoryczne, bo instalki kolejnych modulów i komponentów mnie przerastaja.

Po necie biegalismy jeszcze do Point Afrique, co by Nata wlasciwie do domu zajechala. A potem gazem po bagaze i na dworzec. Fruwamy bowiem do Kraju Dogonów.

Dzien 40 i 41 Kraj Dogonów

Dobra. Zamiast zaczac opisywac jak mi sie tu podobalo to zaczne od syfu jaki robia tu turystyczne sepy. Mali tak w ogóle równa sie hassle, czyli po naszemu mozna to nazwac nagabywaniem. Myslalem, ze najgorszymi syfiarzami w tym zakresie sa tuktukowcy z Bangkoku, ale ekipa z Mali ich spokojnie przebija.

Zaczyna sie juz w Bamako. Jako, ze wrotami do Kraj Dogonów jest miasteczko Bandiagara to tam chcielismy sie dostac. Na dworcu sprzedali nam bilety do Bandiagary i wsadzili do autobusu. Luz. Zapewniali milion razy, ze autobus jedzie bezposrednio do celu. Rano okazalo sie, ze w Sevare musimy wysiasc, bo autobus jedzie jednak do Goa. Wiedzieli gnoje od razu jak jada. Pózniej nas sprzedali kolesiowi od minibusa i dopiero z nim po kilku godzinach czekania az "sie zapelni" dojechalismy do bazy. Zrobilismy oczywiscie haje, ale znalazl sie "przyjaciel", który zaoferowal nam przejazd prywatnym autkiem. Po odmowie zaczal nas straszyc i tak zostalem dla niego Mr. Problem, bo powiedzialem, ze ja lubie klopoty i bez jego pomocy i przewodnictwa sie obejde.

Bandiagara tak jak oczekiwalismy okazala sie istnym sepowiskiem. Zagadywanie, "bede Twoim przewodnikiem", podchody z tej, z tamtej strony. Po dziesiatym kolesiu i naszych grzecznych "merci beaucoup" i odmowach zaczelismy tracic cierpliwosc i ignorowac ich totalnie. Stali sie agresywni, a my tez. Zaczely sie rózne skamy z czego jeden przyklad podam. Stanal koles przy restauracyjce gdzie zarlismy i niby dzwoni z komóry do jakiejs szychy i mówi, ze jest tu dwóch bialych, co to chca bez przewodnika do Dogonów isc, a przeciez to zabronione i tak nawijali co by nas przestraszyc. Mr. Problem tez sie pojawil i tez chcial swoje trzy grosze wtracic. A kucharz z Nigerii to juz w ogóle przesadzil. Zostalismy zrugani, bo powiedzielismy, ze trzy i pól euro za spaghetti to za drogo.

Dobra. Kolejna przeszkoda to transport. Z Bandiagary do okolicznych dogonskich wiosek jest jakies 20-50 kilosów po dosc slabych drogach. Cena wywolawcza u taryfiarzy 30 euro, zbilismy do 20 ale wiecej nie da rady. Koles woli w karty grac i dlubac w nosie. Trafil nam sie w koncu jakis gangsta co nas wiezie merolem do wioski za 8 eurasów.

W wiosce Dourou znów nagonka. Szefu hotelu i zarzadca przewodników zachwala swoich i ostrzega, ze bez guidów lazic po wioskach nie wolno. To my grzecznie, ze dziekujemy, ze studenci, ze nie mamy kasy, ze wolimy sami, ze to, ze tamto. Zamówilismy tylko domowej roboty piwo z manioku i w droge. Na to szefu mówi, ze powinnismy sie cieszyc i byc mu wdzieczni za to, ze przyjechalismy tu za darmo <bo za 8 euro przypomne>. Tylko dlatego, ze samochód jechal odebrac jego grupe Francuzów.

Uszlismy kawalek, ale niedlugo, bo szefu hotelu wyslal za nami trzech nastolatków, którzy przez godzine uprzykrzali nam zycie jak mogli. Straszyli, ze jak pójdziemy bez przewodnika to zostaniemy obrzuceni kamieniami, jak wejdziemy na swiete miejsca to jeszcze gorzej. Pytalismy miejscowych o droge, ale oni byli szybsi i nie pozwalali im mówic. Slowem godzina uzerki z gnojami. Skonczylo sie jak postanowilem im zrobic zdjecie, co jednego rozwscieczylo. Zeby uspokoic sytuacje zaczelismy z nimi gadac jak z dziecmi i kurde chyba pomoglo, bo w koncu powiedzielismy, ze fajne z Was chlopaki, ale wracajcie do domu. I poszli.

Doszlismy do wioski Yawa. Znów sie znalezli pomagierzy. Ale w sumie jakos z nimi poszlo i znalezli nam lokum na noc. Mata na dach lepianki jednego z nich. Pytamy ile, ale oni, ze jutro, ze pózniej pogadamy. To my jednak chcielibysmy wiedziec dzis. Dzieciaki sie zlecialy z okolicy. Wszyscy nas ogladaja, wlasciciel bierze mnie do domku i mówi, ze chce za nocleg tyle ile normalnie sie placi w innych wioskach czyli…. 40 euro. Fajny koles, co? Powiedzielismy, ze dajemy trzy albo spadamy. No i zostalo na naszej cenie. I tak sie czuje, ze to trzy euro to moja dzialalnosc charytatywna.

Sie tyle opisalem o tych sepach, bo kolesie sa naprawde nie do wytrzymania póki sie im nie da kasy. Potem to juz przyjaciele i sie adresami wymieniaja.

A teraz o Kraju Dogonów. Jest naprawde pieknie, a zwykli ludzie sa niezwykle serdeczni. A widok z "escarpmentu" na plaska równine ciagnaca sie kilometrami jest niesamowity.

Dzien 42 W drodze do Djenne

Nata nadaje:

W drodze do glinianej perelki Mali, spotkalismy amerykanskich wolontariuszy pracujacych w Mauretanii i Mali. Ich cecha charakterystyczna jest to, ze siedza w turystycznych kurortach, zarabiaja niezla kase na tym tzw. wolontariacie, jedza w knajpach dla bialasow (nie chce obrazic zadnego bialego), ale uwazaja sie za super hardcorowcow. Jest w ich postawie cos irytujacego, ale to tylko moje bardzo subiektywne zdanie.

W Mopti panuje plaga przewodników, którzy uprzedzaja kroki turystów i np. widzac, ze ktos kieruje sie na dworzec, uprzedzaja go, przychodza do kasy przed turysta i przedstawiaja sie jako przewodnicy, którzy przyprowadzili klientów, oczywiscie zadajac prowizji.

Podróz z amerykanskimi wolontariuszami obnizyla nasza pozycje przetargowa na bramce wjazdowej do Djenne. Zakwestionowalismy pobór haraczu 40 km od miasta, jego zasadnosc i wysokosc, autentycznosc osoby pobierajacej haracz, jej maniery, jednym slowem wszystko. Oczywiscie przegralismy, ale przynajmniej zburzylismy sielankowa atmosfere w samochodzie. Problem w tym, ze malo który turysta ma sile sie klócic z miejscowymi, którzy na kazdym kroku chca go zrobic w konia, turysta wiec placi, a miejscowy cwaniak ugruntowuje sie w przekonaniu o skutecznosci swoich metod.

Dzien 43 Djenne – jazda figurowa na blocie

Nata nadaje:

Meczet w Djenne „ jest gliniany a mimo tego przetrwal juz kilkaset lat i odnawiaja go co roku”. Po porze deszczowej miasto dzielone jest na dwie dzielnice. Mieszkancy jednej uzupelniaja wyplukana gline przez tydzien, druga dzielnica konczy dzielo w nastepnym tygodniu.

W porze deszczowej bloto jest wszedzie, domy zbudowane z blota, bloto po kostki w waskich uliczkach.

Generalnie w Djenne nam sie bardzo podobalo. Fajne miejsce jest, piwa troche tam wypilismy, z kilkoma dzieciakami sie zaprzyjaznilismy. Tak, Djenne zapamietamy dobrze.

Dzien 44 W drodze do Bamako

Rano podziwialismy wschód slonca nad rzeka Bani. Taki niezwykly spokój byl. Budzilo sie wszystko do zycia. Czekalismy az prom odpali i obserowowlismy okolice. Zawieziono nas na carrefour , czyli skrzyzowanie z glówna droga. I tu przy sniadanku i lipton ti po raz trzeci na naszej trasie spotkalismy sie z Magda i Tomkiem. Niezly przypadek. Mielismy niewiele czasu, ale zaczelismy nawijac jakbysmy sie sto lat nie widzieli. Mile sa takie spotkania.

Reszta dnia to przejazd do Bamako. A wieczorkiem rozkoszowalismy sie ogladaniem miejscowej elity zdazajacej do eskluzywnych klubów. My po drugiej stronie blota popijalismy piwko.

Dzien 45 Zostalem sam :{

No i zostalem sam na misji. Na misji, bo spie u misjonarzy. Wychodzi najtaniej, a i najczysciej i najfajniej. Nata pojechala z kolumbijsko-francuska para na lotnisko i zobaczymy ile sobie tam poczekaja. Point Afrique jest najtansza opcja do Europy, ale ma to swoje minusy: bagaze przylatuja nawet po osmiu dniach!!

Polubilem Bamako. Choc z reguly nie lubie albo wrecz boje sie duzych afrykanskich miast, to tu mi sie jakos podoba. I czuje sie juz prawie jak autochton. Znam ceny za minibusy, znam dobre garkuchnie i potrafie wymówic nazwe mojej dzielnicy Badalabougou. Jutro spadam do Burkina Faso. Ktos uwazny zapyta. A Timbuktu? Mali to przeciez Timbuktu – najslynniejsze miejsce w calej Afryce Zachodniej, jedna z podrózniczych Mekk swiata. Ale nie, to bedzie moja podróznicza zlosc i niechec do biznesu turystycznego Mali. Nie chce jechac do Timbuktu i nie chce sie wiecej uzerac z wszekiego rodzaju dupkami. Nie chce zostawiac wiecej pieniedzy w tym kraju. Choc troche zaluje, bo pierwsze co wiedzialem o Afryce Zachodniej to to, ze mozna plynac wielka rzeka przez pustynie. Ale tak to jest, ze plany sie zmieniaja. Odbije sobie w Agadez, miescie które zachowalo wiecej ze swojej swietnosci.

(więcej…)

Gwinea

wtorek, Sierpień 30th, 2005

Dzien 32 Koundara

No i kolejny kraj – Gwinea. Ta ze stolica w Conakry. Na poczatku nie podobalo nam sie, ze nie obowiazuje tutaj CFA, czyli waluta uzywana przez wiekszosc frankofonskich krajów Afryki Zachodniej. No ale szybko sie z tego wycofalismy, bo okazuje sie, ze dzieki temu jest tu tanio! Najtaniej w calej Afryce Zachodniej.

Przejechalismy dzis ledwie kilkadziesiat kilometrów, bo drogi blotniste i wyobiste. Ale widoczki piekne. Taka prawdziwa Afryka i jeszcze wielka skarpa do tego. Spytalem wieczorem miejscowego mlodzieniaszka czy da sie tam wejsc. A koles-maturzysta z powazna mina stwierdzil, ze tam sie nie da wejsc bo niebezpiecznie. Pytam czy stromo, czy moze jadowite gady. "Nie, skad, diably tam sa".

Dzien 33 Przeprawa promowa

Caly dzien <20 godzin> spedzilismy podrózujac w maksymalnym scisku, po bezdrozach. Niezniszczalnym pezotem 504, który mial na pokladzie i na dachu ponad dwadziescioro czlowieka.

Ale i tak highlightem byla dzis przeprawa promowa. Na trasie z Koundary do Labe jest szereg rzeczek, ale jedna jest wyjatkowo paskudnie rozlana. Jako, ze Gwinea to bidole na prom porzadny ani na most kasy nie maja. Albo raczej Unia Europejska im na most dala, ale wszystko oficjele pokradli. Prom jest wiec taki na korbke. Kreci dwóch murzynów i prom po linie toczy sie od brzegu do brzegu. Beszelestnie. Na jeden raz zmiesci sie tylko jedna ciezarówka, a w kolejce stalo ich ze czterdziesci. Zaladowala sie pierwsza, nasz samochód zostal, ale cala ekipa nasza laduje sie na prom, wiec my za nimi. Podwijamy spodnie i brodzimy do promu. Jak juz bylismy na, to prom zaczal sie przechylac i cóz tu duzo gadac zaczal nabierac wody i tonac. Panika powstala, kobity zaczely skakac do tej rozlanej wody. Groteskowo – jednym slowem. My jakos przetrzymalismy i opuscilismy prom o suchej stopie, ale dygor byl. Zeby bylo ciekawiej po tej przygodzie czekalismy jeszcze piec godzin i pokonalismy rzeczke w calkowitych ciemnosciach.

No a potem to juz jazda jak na Camel Trophy przez kaluze, blota, rzeki i inne takie. A za oknami caly czas dzownily. Cykady takie wydawaly dzwieki niczym dzwonki przy saniach swietego Mikolaja.

Dzien 34 Smierdzimy

To teraz bedzie cos o codziennosci podrózowania. Jako, ze dzisiaj mielismy wyjatkowo lajtowy dzien i niewiele ciekawego sie nie wydarzylo. Pospalismy i pospacerowalismy po Labe, glównym miescie pólnocnej Gwinei.

Jest pora deszczowa, czasem nas wichura z deszczem dopadnie, a ze ciagle w biegu jestesmy to zaczynamy smierdziec, bo rzeczy nie maja czasu oddechu zlapac i sie kisza w plecakach. Nawet jak sie je wypierze <w mydle oczywista> to dalej cuchna. Juz nie bede opisywal moich sandalów, które codziennie nosze, kapie sie i wlaze w ciezkie bloto. Zajezdzaja jednym slowem.

Kolejna sprawa to zuzycie rzeczy. Nastepuje bardzo szybko. Mydlo zuzywamy w dni pare. Koszulki sie dziurawia, buty rozwalaja, oulary rysuja. Dopiero miesiac w podrózy, a wypadaloby polowe sprzetu wymienic.

Jedzenie zawsze to samo – ryz z jakims sosem. Od swieta moze trafic sie jednak cos innego.

Dzien 35 i 36 Fouta Djalon

Fouta Djalon to piekne zielone góry – atrakcja turystyczna Gwinei. Turystyczna, ale turystów tu nie ma. Ulokowalismy sie w Dalabie, dawnym uzdrowisku kolonialnym zalozonym przez Francuzów. Wszystko wyglada raczej jakby sie zwijalo, a nie rozwijalo. Za to mamy piekny i tani pensjonacik i uwaga, uwaga – zanotowalismy rano ciepla wode w prysznicu. Do tego kucharz przyrzadza calkiem niezle jak na afrykanskie warunki spaghetti bolognese, wiec jest pieknie.

Góry sa, wiec da sie normalnie zyc i oddychac. Do tego banany i pomarancze prawie za darmoche. Kawa czarna tez. I fryzjer tez. Dalem sie opitolic i lepiej nie gadac jak teraz wygladam. W przeciwienstwie do lokali natura nie wyposazyla mnie w ksztalna czaszke.

Mielismy wyprawe do wodospadów, po drodze obskoczylismy miejscowe wioski pousmiechalismy sie serdecznie do miejscowych i milion razy powiedzielismy im "ondziaram". Jedynym minusem bylo to, ze tam szlo sie w dól, a z powrotem do góry.

Podsumowujac, jesli ktos chce zobaczyc mila, acz nie olsniewajaca Afryke, przy tym nie wydac duzo kasy, ale tez nie byc narazonym na nagabywanie i prosby o kase to Gwinea jest do tego stworzona. Mile, odlegle i egzotyczne miejsce.

Dzien 37 Kankan

Fajna nazwa, co nie? Ze slynnym tancem nie ma nic wspólnego. Po prostu, drugie co do wielkosci miasto Gwienei. Mial byc w koncu oswietlone ulice, ale to chyba tylko stereotypy, którymi zyja ludzie na prowincji. Zjedlismy za to kure na ostro <Nata nie wierzy, ze to byla kura, ale mi smakowalo>, popijajac przy tym duzego Skola.

Pierwszy raz nocujemy na misji katolickiej i jestesmy pod wrazeniem. Czyste pokoje, lózka, biureczko, moskitiery. Czego chciec wiecej?

Dzien 38 Aparat ocalony

Afryka to jednak Afryka. Jest malo przeiwdywalnie. Czekalismy jak zwykle enta godzine na odjazd minibusu. Juz bylo blisko, bo byl komplet, ale zaliczalismy jeszcze obowiazkowe tankowanie na stacji, gdy Nata powiedziala "O maratonczycy biegna". Rzeczywiscie kolesie biegli w sportowych koszulkach, jedynie w dziwnych szeregach takich. Nata ich obstrykala i zaczela sie jazda. Naskoczyli na nia kolesie i chcieli wyrwac aparat. Okazalo sie, ze to zolnierze tacy niby i fotografowac wojska nie wolna. Nata skryla sie na

stacji, a sytuacja sie zalagodzila. Nie zmienia to faktu, ze Afryka jest nieprzewidywalna i raczej nigdy nie bedzie calkowicie bezpieczna. Nasi wspólpasazerowie z minbusu zamiast nam pomóc <oni sa przeciez zawsze mili, zyczliwi i skorzy do pomocy> schowali glowy w piasek, a po calym zdarzeniu pytali sie czemu Nata nie robi wiecej zdjec. Zartownisie, he he!

(więcej…)

Gwinea-Bissau

piątek, Sierpień 26th, 2005

Dzien 29 – Jeden dzien trzy kraje

Rzadko zdarza sie jednego dnia zjesc sniadanie, obiad i kolacje w róznych krajach. A tak mielismy dzisiaj. Rano gadalismy po angielsku <Gambia>, w poludnie po francusku <Senegal>, a wieczorem po portugalsku <Gwinea-Bissau>. Nie no po portugalsku gadac nie umiemy wiec Nata jechala po wlosku, a ja moimi podstawami hiszpanskiego :) .

Nata nadaje:

Znowu ze wschodem slonca wychodzimy z hotelu. Znowu mi sie snily koszmary, zawsze mialam ciekawe sny, ale po Lariamie jest jazda nie do opisania. Rano po przebudzeniu plywam w pocie.

Dzisiaj chcielibysmy dojechac do Bissau – stolicy Gwinei Bissau. Zeby tam dotrzec trzeba ponownie przejechac przez Senegal. Na dworcu autobusowym kupuje kawe i znowu niespodzianka, pan zalewa mi kawe nescafe wywarem z lisci, smakuje waniliowo, a potem jadac w samochodzie moglabym przysiac, ze babki przy drodze sprzedaja truskawki.

Po raz pierwszy miejsca w samochodzie sa numerowane i ci którzy przyjda pierwsi dostana najlepsze. Samochody, którymi sie tu pokonuje dlugie dystanse to tzw. sept places, czyli czteroosobowy samochod przerobiony na 7 osobowy.

Slonce pali przez szybe, jest duzo ostrzejsze niz na Saharze a obraz niezwykle wyrazny. Zanim tu przyjechalam wyobrazalam sobie, ze duza wilgotncsc sprawia, ze wszystko paruje, jest zamazane. Jest tak, ale tylko bezposrednio po deszczu. Przed granica uczymy sie podstaw portugalskiego i "bom dia Gwinea Bissau"!

W okolicach Sao Vincente przeprawiamy sie promem przez rzeke, wszedzie sprzedaja tu orzeszki nerkowce, niedrogie i pozywne, jest wiec cos innego niz tlusty ryz z sosem.

Stolica Bissau robi niesamowite wrazenie, to miasto zarosniete dzungla, kolorowe poportugalskie kamieniczki z odpadajaca farba, wszedzie dziko rosnace kwiaty, krzewy, mchy, liany, jednym slowem zapuszczone ale bardzo ladnie starzejace sie miasto.

Centrum prawie puste, kreci sie jedynie kilku lokali i ziewa troche wojskowych. Jest swieto panstwowe, wiec tym sobie tlumaczymy ta pustke. Jest jednak jeszcze cos. Rozplakatowane twarze wzywaja do glosowania "na mnie". Pod zapyziala knajpa a la Bar Sztygar na Bytkowie stoi landrover "Escolta Presidential" a za nim limuzyna z rejestracja "PR". Co jest grane? Cos przeoczylismy? Tak, tydzien temu byly wybory. Ex-prezydent je oczywiscie wygral, a drugi w kolejnosci kandydat zakwestionowal wyniki wyborów przed tutejszym tutaj Sadem Najwyzszym.

Tyle, ze ta historie uslyszelismy o zmroku jedzac kure smazona na weglu drzewnym. Pradu w miescie nie ma, jeno co bogatsi na generatorach jada. Szefu knajpki Syryjczyk powiedzial, ze robi sie srednio w miescie, napadli na niego niedawno i w ogóle. Kure wcielismy jak najszybciej i ucieklismy do hotelu. Byle przed noca!

Dzien 30 – Ucieczka z miasta

Nie wiem jak sie rodza rewolucje ani zamachy stanu, ale siedzac teraz w Bissau czuje sie cos w powietrzu. Cos byc moze zaiskrzy, moze rozejdzie sie po kosciach, nie wiadomo. Siedzac w domu, w Polsce, czasem Jagielski napisze na odleglej stronie "Gazety", ze gdzies tam w Tiutiurlistanie dokonano zamachu stanu i wladze przejal jakis wojskowy szczyl o trudno wymawialnym nazwisku. Jesli jest ponad kilka setek trupów, to i moze Warakomska o tym powie w telewizorni. Sie przeczyta, sie uslyszy i sie o tym zapomina. Nie mysli sie o tym, jak do takiego puczu dochodzi i jaki jest klimat przed i po takim evencie. Takie Wybrzeze Kosci Sloniowej i wydarzenia sprzed kilku miesiecy, które tam mialy miejsce mroza krew w zylach.

Ale teraz jestesmy tu na miejscu w jakims Bissau i kurde szczerze piszac mamy dygora. Miasto jest przyjemne, spokojne, tranquil rzec by mozna. Mielismy z Bissau poplynac na piekne wysepki archipelagu Bijagos ale…

· dzis Sad Najwyzszy oglosi ostateczne wyniki wyborów

· spotykamy na ulicy Libanczyka, który kupuje szesc zgrzewek wody mineralnej

· na ulicach mieszkancy wsluchuja sie w swoje radyjka – jedyne dostepne srodek masowego przekazu

· radio podaje, ze w Mauretanii dokonano zamachu stanu, a w Sudanie zabili wice-prezydenta i spora liczbe cywilów

· czytam sobie krótka notke o zamachu stanu z 1998 r., "As the two sides shelled and bombed each other, the surrounding residential districts were caught in crossfire, and many people were killed."

· przy odbiorze wizy w ambasadzie Gwinei-Conakry, konsul mówi, ze "lepiej dla nas byloby gdybysmy nastepna noc spedzili poza miastem".

Dobra, spakowalismy sie ekspresem i za 20 minut bylismy na "paregemie". Jeszcze tylko czekanie az pojazd sie zapelni i suniemy do Gabu. W zasadzie niewazne dokad – wazne, ze poza Bissau. i tak kilka faktów, spostrzezen i rozmów z ludzmi moze sprawic, ze spokojne, leniwe miasteczko wydalo nam sie slabym miejscem na dalsze wakacje. Tak, Afryka jest nieprzewidywalna.

P.S. Do dzisiaj <18 sierpnia> nic sie w Bissau nie wydarzylo. Stary prezydent pozostal prezydentem, a Magda i Tomek, którzy przyjechali do Bissau pare dni po nas spedzili tam spokojny tydzien na wyspach.

Dzien 31 – Gabu i droga do granicy

Reszta wczorajszego dnia minela nam na podziwianiu bujnej Gwinei-Bissau. Bylo deszczowo, wilgotno i mozna powiedziec, ze golym okiem widac bylo jak wszystko rosnie.

Gabu okazalo sie jednym wielkim targowiskiem. Sprzedaje sie tam wszystko i miasteczko przyciaga ludzi z Gambii, Senegalu i Gwinei-Conakry. Ja zapamietam "Lady Binta", która z niczego zrobila takie spaghetti, ze ho ho.

(więcej…)

Senegal i Gambia

czwartek, Sierpień 18th, 2005

Dzieñ 24 – Saint Louis

Nata nadaje:

Granice z Senegalem przekraczamy w Rosso. Oczywiscie walczymy jak psy, zeby nas nie zrobili w konia przy kupowaniu tzw. biletu za przekroczenie granicy. Tlum, krzyki, oblepiaja nas ze wszystkich stron. Po takiej przeprawie mamy zdarte gardla, po litrze potu mniej i wrazenia jak po intensywnym treningu zapasów. Zeby przedostac sie na strone senegalska, trzeba przeplynac rzeke Senegal, która wyznacza poludniowa granice z Mauretania. Na granicy obowiazuje przerwa miedzy 12 a 15, celnicy kaza nam czekac 3h. Dopiero, gdy symuluje omdlenie puszczaja nas. Ale i tak czekamy 4h, az sie uzbiera bus do St. Louis. W miedzyczasie gramy w pilkarzyki i odganiamy muchy.

St. Louis by³o pierwszym oœrodkiem za³o¿onym przez Francuzów w Afryce i przez dwa kolejne wieki stanowi³o najwa¿niejsze miasto francuskich kolonii. Za³o¿one pocz¹tkowo na wyspie, rozros³o siê póŸniej na pó³wysep, a dzisiaj obejmuje równie¿ czêœæ na l¹dzie. Zabudowania na wyspie zosta³y zaliczone do zabytków œwiatowego dziedzictwa UNESCO.

Po przyjezdzie na dworzec w St. Louis i posileniu siê w dwocowej garnkuchni zup¹ a la czernina, zostaliœmy zagadani przez m³odego Francuza Nico, który pracowa³ tu jako nauczyciel przez 3 lata. Nico zakocha³ w tym mieœcie i przyjezdza tu na wakacje co roku do swoich miejscowych frendow, wszyscy go w miescie znaj¹. Nico pomaga nam znalezc nocleg za darmo u rastamanow, Magda z Tomkiem pozyczaj¹ nam moskitiere i rozbijamy ja pod drzewem obok dziwnego psa, który rano okazuje siê ma³pa. Wieczorem zaliczamy z Nico i Chiquitu, który jest artysta i w wolnym czasie czarownikiem, piwka Gazelle w knajpie "dla chrzescijan", jedynym miejscu gdzie mozna sie napic. Smak nie do opisania po tylu trudach podrozy! Potem jedziemy na wyspe gdzie jestesmy swiadkami transowego tanca w ciemnej uliczce, gdzie mlodzi senegalczycy chodza w kolko w rytmie bebnow recytujac koran i popijajc senegalska kawe o dziwnym smaku. Trans trans tego sie nie da opisac. Potem idziemy na disko i jestesmy jedynymi bialymi, ubrania mozna wykrecac. Posmarowalam sie nowo zakupiona miejscowa mascia anti moskito i oczy mi wypuch³y wiec pozniej juz niewiele widze, ale wrazenie sonoryczne pozostaja.

Dzieñ 25 – Saint Louis

Tak, wczorajsza noc w Saint Louis byla niesamowita. Dzwieki bebnów na wyspie sprawily, ze poczulem Afryke!

Rankiem do naszej moskitiery zagladaly setki oczu, bo przybyli goscie do posesji naszych rasta. W nocy sie tu ponoc dziewczynka urodzila i dzisiaj ma byc cos w rodzaju party. Uderzylismy w miasto, natykajac sie po drodze na naszego czarownika Chiquitu. Jeszcze wizyta u rodziny Nico przy zasypanych smieciami torami kolejowymi i jestesmy "wolni". Mozemy zwiedzac miasto, kolonialne francuskie kamieniczki, most na rzece Senegal zaprojektowany przez Eiffela oraz zasrane przez ludzi i zwierzeta plaze Atlantyku <z kapieli wiec nici>.

Czesc rybacka miasta jak zwykle najciekawsza. Wielkie ciezarówki czekajace na ryby, w innym miejscu ulozone w mala wiezyczke tysiace sprasowanych plaszczek, a nad brzegiem rzeki ciagna sie cuchnace z dala wedzarnie. Na ulicach mnóstwo dzieci. Wydaje sie, ze Senegal sklada sie glównie z dzieci. Ich glówne zajecie to nas zaczepianie i w fussbal granie.

No i wreszcie widzimy Afryke zielona. Po mauretanskich piaskach troche zycia mozna poogladac. Pustynia jeszcze walczy, ale sa drzewa, krzewy, trawa. Ludzie ubrani kolorowo, laseczki odsloniete, a muzyczka to afrykanska klasyka.

A wieczorem mozna odetchnac przy "Gazeli" rozmiar 0,66 litra. Jest dobrze!

Dzieñ 26 – Brzuchem do góry

Dzien skonczyl sie lezeniem brzuchem do góry, popijajac mleczko z kokosa, ale zaczal sie malo ciekawie, bo juz nam gwizdneli aparat w autobusie, ale w pore sie zorientowalismy i aparat podrzucony sie odnalazl.

Na szczescie tych negatywnych wrazen w podrózy jest mniej i szybko o nich zapomnielismy lezac brzuchem do góry w jeziorze Retba, inaczej zwanym rózowym. Ma taki kolor z powodu jakis zyjatek i jest 10 razy bardziej slone niz woda w pobliskim oceanie. Se legnalem brzuchem do góry rozluznilem wszystkie miesnie i sluchalem bicia wlasnego serca. Miedzy tym jeziorem a oceanem jest meta rajdu Dakaru. Kojarzycie pewnie obrazki jak suna maszyny po piasku tuz nad oceanem.

Ceny nad jeziorem zaporowe, ale zawsze mozna liczyc na rastamanskie knajpki. Znalezlismy taka w pobliskiej wsi. I jeszcze potem u chrzescijan wyladowalismy. Ciemno, bialy dom z namalowanym krzyzem od frontu, gromadka dzieci biega i skacze dookola, najmlodsze przywiazane do pleców matki, która ubija maniok albo jeszcze cos innego. A my tu przyszlismy po "szum-szum", czyli bimber z owoców derkassam.

Zaszumialo zdrowo – chyba wylapalismy z Tomkiem wszystkie swietliki nad jeziorem Retba. No i na koniec te kokosy!

Dzieñ 27 – Ile de Goree

Nata nadaje:

Dzis chcemy dotrzec na Ile de Goree, miejsce promowane jako meczenskie wsród afrykanskiej ludnosci. Stad wywozonono do Ameryki niewolników w XVIII i XIX wieku, choc niektórzy udowadniaja, ze to nieprawda i tylko chwyt marketingowy. Niemniej jednak wysepka byla kiedys waznym centrum handlowym. Dzis przyplywa sie na nia z Dakaru promem, wraz z tlumem turystów, w wiekszosci czarnych. Wyspa jest niewielka, w godzine mozna ja obejsc. Jej turystyczny charakter wcale nie umniejsza jej walorów. Kazda kamieniczka jest ladna, kolorowa, mnóstwo kwiatów na drzewach i krzewach. Warto tu przenocowac, bo wieczorem turysci odplywaja i zostaja tylko miejscowi, bardzo ladni, sprezysci, kobiety poubierane w zwiewne, wiecej odkrywajace niz przykrywajace sukienki, palmy, wiatr, muzyka reagee. Sielanka wyspiarka.

Dzieñ 28 Dakar-Banjul

Nata nadaje:

Wczoraj zanim dotarlismy na wyspe, pojezdzilismy troche po Dakarze. Choc to duze zatloczone i pelne spalin miasto, mi sie podobalo, poniewaz jest zróznicowane. Jechalismy przez dzielnice slumsowate, nowoczesne, bazarowate, zatloczone, spokojne.

A dzisiaj zaskoczyla nas rano burza na wyspie, wiatr chcial wyrwac palmy, prom sie opóznil a my smoklismy do sluchej nitki, ale fajne przezycie, sceneria jak z filmu.

No i znowu czekamy, az sie napelni autobus, srednio trwa to 3h. W tym czasie mozna isc na kawe. Tutaj jak sie zamawia kawe na dworcu, to pani, która przyrzadza trunek próbuje go zanim poda klientowi. Dla bialych turystów nie ma wyjatku.

Na sniadanie dzis bagietka z soczewica a na deser czekolada taka jakie kiedys byly w Polsce, na bazie margaryny. W czasie drogi chlopaczek, który za mna siedzi wyjmuje mi cos z wlosów, za drugim razem pokazuje mi co to bylo, ja sie nie znam ale to przypomina pchle. Wieczorne ogledziny glowy nie wykaza jednak nic podejrzango.

Droga do Banjul to inny niz dotad krajobraz, baobaby, czarne i ciezkie przed deszczem niebo a pod jego ciezarem uginaja sie chatki murzynskie. Na granicy Senegal-Gambia kupujemy wize i musimy zaplacic dodatkowa oplate za to, ze urzednik podal nam formularze wizowe, taka zakamuflowana lapówencja. Potem przesiadka do busu bez wycieraczek, jest ciekawie zwlaszcza, ze to pora deszczowa, leje jak z cebra i jest juz ciemno. A na mokre i spocone wystajace cialo trzeba nalozyc krem antomoskito. Jest i prom, ostatni odplywajacy o 21, a my przedwczesnie mówimy Oooo jaka kultura i organizacja, brama zamknieta, najpierw ustawia na promie tiry, potem wpuszcza ludzi a nie jak do tej pory przepychanka i chaos. Ale okazalo sie co innego, jak otworzyly sie bramy, zatrabil prom, ktos krzyknal, ze szybko szybko bo prom odplywa to ruszyl ped ludzi i ta sama przepychanka. My zdazylismy, ale nie wiem jak reszta, zwlaszcza kobiety z dziecmi.

Po deszczu zrobilo sie rzesko i powial wiatr od oceanu. Z daleka zobaczylismy Banjul, nieco malo oswietlony jak na stolice. Zazwyczaj duze miasta wygladaja lepiej w nocy niz w dzien, w Banjul bedzie inaczej….

Dzieñ 29 – Banjul

Banjul jest stolica najmniejszego kraju w Afryce – Gambii. Ksztalt ten kraj tez ma fikusny. Wrzyna sie w Senegal od strony oceanu i ciagnie sie w gore rzeki Gambii, od ktorej kraik ten wzial swoja nazwe. Fajnie jest bo wreszcie moge sobie troche pogadac. Gambia byla kiedys brytyjska i jezykiem urzedowym jest angielski.

Jednak caly dzisiejszy dzien moge spisac na straty, bo przelezalem wiekszosc dnia struty. Prawdopobnie stru³em sie sosem z orzeszkow ziemnych. Sie je budzetowo, sie ma :)

Cos jednak zalatwilismy, bo mamy wize do Gwinei-Bissau. W pol godziny – kulturka. No i polazilismy po tej wsi troche. Najwazniejszy w Banjul jest Luk 22. Nazywa sie tak na czesc zamachu stanu jaki przeprowadzono 22 lipca 1994 roku. Luk stoi w centrum, a prawo przejazdu pod nim ma tylko prezydent. Prezydentem oczywiscie jest ten sam koles, ktory stal na czele puczu – wowczas mial zaledwie 29 lat.

To tyle z Gambii, ktora zima jest pelna czarterowych turystów z Europy.

(więcej…)

Sahara Zachodnia

piątek, Sierpień 12th, 2005

Dzien 17 - Layounne

Nata nadaje:

Nad ranem przekroczylismy granice Sahary Zachodniej. Znaczy, zadnych formalnosci nie bylo, ale granica na mapie jest. Status tego terytorium jest wciaz nieuregulowany. A bylo to tak… Wycofujaca sie z Afryki Hiszpania podpisala w 1975 r. tajemne porozumienie z Mauretania oraz Marokiem dotyczace przynaleznosci ziem Sahary Zachodniej do tych krajów. Samych Saharian nikt o zdanie nie pytal, ani o niczym nie informowal. Maroko dostalo ziemie bogate w mineraly, Mauretania kawal pustynii i wszystko mialo grac. Pózniej Marokanczycy postraszyli jeszcze Maurów, w miedzyczasie w Mauretanii byl zamachstanu i zrzekla sie ona praw do Sahary Zachodniej. Natomiast Saharianie postanowili uzyskac niepodleglosc i rozpoczeli walki z Marokanczykami. Ich glówna sila polityczna i militarna jest front zwany Polisario. Narody Zjednoczone postanowily pokazac co to one sa i wyslaly misje pokojowa w ten rejon. Po rozmowach ustalono, ze zdecyduja mieszkancy w referendum. Minelo 30 lat od momentu jak nie ma tu Hiszpanów, a plebiscytu nie udalo sie jeszcze przeprowadzic. Teraz toczy sie spór o to kto mialby prawo do uczestnictwa w tym referendum – wszyscy mieszkancy Sahary czy tylko ci, którzy mieszkali tam w 1975 r. Wiekszosc uchodzców i bojowników saharyjskich schronilo sie w okolicach Tindouf, gdzie powstal przejsciowy obóz uchodzców z namiotów, dykty i blachy. Obóz ten nazywa sie tak samo jak jedno z miast Sahary – Smara. Ta przejsciowosc trwa juz 30 lat. A ONZ dalej negocjuje. Niezla skutecznosc, co nie?

Cafe au lait YE YE!

"-O której wyjezdza autobus do Dakli?

-O 20.30

- Ale na rozkladzie jest napisane, ze o 20.00.

-U nas to to samo."odpowiedzial mi pan z usmiechem.

Tak rozmawialam ze sprzedawca biletów autokarowych w Laayoune po tym jak wysiedlismy ok. 8 rano po calonocnej jezdzie z Agadiru. Mam tu ostatnio takie spanie, jak nigdy. Zasypiam w kazdych warunkach, tylko na stojaco jeszcze nie umiem.

Idziemy na sniadanie przez miasto bladorózowe, bez roslin. Duzo kafejek z okraglymi stolikami na zewnatrz. Juz nie moge sie doczekac Cafe au lait, planowalam nie pic kawy ale kawa w Maroku jest nie do opisania dobra!! Podawana w szklance, w 1/4 kawa parzona a 3/4 to pyszne gorace tluste mleko i kostka cukru. i do tego pain au chocolat i melon, który przejechal z nami kawal Maroka, kupiony jeszcze z Madzia i Chalim i zawsze brakowalo czasu, zeby go zjesc.

Na ulicy dwie osoby witaja nas "welcome to Sahara". Powietrze jest suche i bardzo szybko robi sie goraco. Laayoune to umiastowiona baza wojskowa polozona w niecce na srodku pustyni nad brzegiem wyschnietej rzeki. Wszedzie bunkry, koszary z kopulkami, szpitale wojskowe, baza UN, a na ulicach wiecej umundurowanych niz cywili.

Mijamy Ministerstwo do spraw wody pitnej i rysunki dzieci przedstwiajace usmiechniete krople wody na murach przedszkola. Zatrzymuje sie przy nas samochód, z którego wysiadaja dwumetrowi faceci ubrani po cywilnemu i prosza nas o paszporty. Pytaja dlaczego tak szybko schowalam aparat do kieszeni po zrobieniu przed chwila zdjecia. Sa z policji, obserwowali nas. Niedaleko jest budynek policji, nie zauwazylam go robiac zdjecie. Patrzac na nasz rocznik, nie wierza ze jestesmy studentami. Ja tlumacze, ze staram sie dyskretnie robic zdjecia, zeby nie straszyc ludzi i nie zachowywac sie jak paparazzi. Spoko Maroko, puszczaja nas ale zalecaja, zeby sie nie czaic z robieniem zdjec.

Ulice powoli pustoszeja, a my znowu jestesmy w knajpce, w gazecie Le matin du Sahara et du Maghreb czytamy, ze jego Królewska Mosc Mohamed VI chce pomoc Nigerowi, w którym 3 mln z 12 mln Nigeryjczykow cierpi glód z powodu wielkiej suszy, a opinia miedzynarodowa nic sobie z tego nie robi. Pierwsza strona gazety wylistowuje drobiazgowo wieloczlonowe nazwiska i tytuly osób, które powitaly króla na lotnisku w Nigrze. Kupilam tez dostepna w sklepach z prasa cienka ksiazke "Refleksja wspólczesnego Muzulmanina", w której autor-filozof zastanawia sie m.in dlaczego islam kiedys motor postepu teraz stal sie jego hamulcem i jak to zmienic-dobra lektura.

Smierdze, ale jestem szczesliwa, dlaczego tak dobrze mi tu? moze dlatego ze jutro juz bedziemy zupelnie gdzie indziej i juz tesknie za Laayoune.

Dzien 18 - Inshalah

Gdy przyjezdzamy do Dakli jest jeszcze ciemno, tylko jeden sklepik otwarty i jedna slaba zarowka sie w nim swieci. Saszetka Nescafe wedruje do goracego mleka, peka paczka magdalenek. Siedzi z nami tylko zolnierz, ktory przyjechal do Dakli na delegacje. Ok 6 zjawiamy sie w polozonym nad samym oceanem checkpoincie policji, skad odjezdzaja nie wiadomo kiedy busy do Mauretani. No i zaczyna sie stala spiewka, gra na zwloke, zapewnienia organizatorskim tonem ze juz juz wyjazd, pakowanie bagazy, wypakowywanie bagazy, ludzie wsiadaja wysiadaja, wielogodzinna zbiorka, rozbiorka, ale wciaz cztery samochody jak staly, tak stoja, komorka czasem zadzwoni, herbate ktos zaparzy, wszystko w umiarkowanym tempie, bez pospiechu ale tez bez rozlazlosci, kontrolowany chaos, az do 13h, kiedy to rusza pierwszy szczesliwy bus, pewnie jedyny dzis, ktoremu uda sie wyjechac.

Droga do granicy mauretanskiej ciagnie sie miedzy pustynia a woda. Widoki w pierwszym momencie powalaja z nóg, ocean wdziera sie prawie na droge, zatacza petle, zmienia kolory. Z przyczyn od nas nie zaleznych <kierowca nie bierze pod uwage opcji wczesniejszego wyjazdu> przyjezdzamy na granice za pózno, jest juz zamknieta. Opóznila nas pasazerka, która na któryms postoju stwierdzila, ze z nami nie jedzie, ale tez I nie chce wyciagac swoim bagazy ani zaplacic kierowcy za 5h jazdy. A bagaze to nie jedna torba lecz kilkanasnie róznych przedmiotów, reklamowki, kartony, prety, wiadra, paczki upchniete pomiedzy we wszystkie mozliwe szczeliny w calym busie. Trzeba rozpakowac calego busa. Babka jest dziwna, grozi nam, chce rzucac kamieniami. Po chwili stwierdza, ze z nami jedzie, ale w koncu udaje sie jej pozbyc.

Granica formalnie zamknieta, ale szofer udaje sie na negocjacje. No i udalo sie. Lapóweczki poszly i teraz spokojnie o zmroku wjezdzamy na pole minowe pomiedzy Sahara Zachodnia a Mauretania. Trzeba trzymac sie sladów drogi, a bedzie dobrze. Latwo powiedziec, gorzej zaufac kierowcy, który cóz nie zawsze naszym zdaniem jedzie rzeczywiscie po ubitym tracku. Wreszcie blaszana chata, radosne spiewy kobiet w samochodzie. Jestesmy w Mauretanii.


(więcej…)

Mauretania

piątek, Sierpień 12th, 2005

Dzien 19-20 Najdluzszy pociag swiata

Wyobrazcie sobie obszar dwukrotnie wiekszy od Francji, który prawie w calosci pokryty jest piaskiem. Rosnie czasem na tym piasku jakies drzewko, krzaczek czy kepa trawy, ale to pustynia. Taka wlasnie jest Mauretania. Ogromny kraj zamieszkaly przez 2.5 miliona ludzi.

Przyjechalismy do Nouadhibou pózno w nocy. Wysadzili nas gdzies na krancu miasta. Zaczely sie targi najpierw o wymiane kasy, pózniej o taksówke i w koncu o nocleg. Na jedzenie jak zwykle zabraklo czasu. Tyle dobrze, ze sardynke z bagietka w pobliskim sklepiku upolowalismy.

Rano znów na wymiane kasy na czarnym rynku, bo kurs jest lepszy niz w banku, ale trzeba troche zdrowia i cierpliwosci zeby sie z dilerami pouzerac. Jest kasa wiec czas cos zjesc. Targ rybny na mapie zaznaczony to poszlismy. Niestety ryb nie widac, ani tym bardziej zjesc ich nie mozna. Sa za to sterty poplatanych sieci, liny, bojki i inne rybackie gadzety. W koncu stolowalismy sie u chiniola, gdzie mi sie trafil pyszny makaron z krewetkami, a Nacie standardowa rybka.

Jako, ze w Mauretanii oprócz pustynii nic nie ma najwieksza turystyczna atrakcja i wielka przygoda jest jazda pociagiem. Jest to niezwykly pociag z kliku powodów. Miejscowi twierdza, ze jest to najdluzszy pociag na swiecie. Podaja liczby od 2 do 5 kilometrów. LP mówi, ze standardowy pociag ma 2.3 km, ja doliczylem sie w przykladowym stu szesantsu wagonów i dwóch lokomotyw. Pociagiem dostarczana jest rude zelaza do portu w Nouadibhou skad jedzie to statkami w swiat. Kopalnia rudy znajduje sie w oddalonym o ponad 600 km Zouerat.

Raz dziennie do tego skladu doczepiany jest wagon pasazerski. Jeszcze do niedawna byl to taki wagon bydlecy, teraz jest to calkiem dobry poholenderski wagonik. Przejazd ta czescia wagonu kosztuje jakies 7 euro natomiast jazda w weglarkach jest gratis!!! Tyle, ze na jazde gratis nie decyduje sie nawet wiekszosc Maurów, tylko jak oni to nazywaja "iron-men". No i my – bialasy szukajacy przygód. Przygoda byla zabawna przez pierwsze dwadziescia minut. Bylo jeszcze jasno, jechalismy przez slamsy Nouadhibou, ludzie przyjaznie do nas machali, a wiatr od pustynii nie nabral jeszcze swojej mocy. Zaraz za miastem zaczelo sie jednak sypanie piachem pustynii i resztkami rudy. No i trzeslo. Czasem tak bardzo, ze rzucalo nami jak workiem kartofli po wagonie. Cala nocka nam tak minela – w pólsnie i w oczekiwaniu na nasza stacje Choum. Wreszcie nad ranem pociag sie zatrzymal gdzies "w piachu". Pytamy naszych pasazerów z weglarki: "Choum?" "Nie jeszcze 100 kilosów" – odparli.

Jak wstalo slonce i zaczelo swiecic z podejrzanie innej strony domyslismy sie, ze Choum juz za nami. Dojechalismy do stacji koncowej w Zouerat. Stacji to nie jest, bo tam nie ma doslownie nic. Sam piach – moze tylko lepiej ubity niz w innych czesciach pustynii. Zouerat wyglada na biedne konkretnie. Czasu mielismy jednak tylko tyle, zeby kupic wode i znów do pociagu. Z powrotem obciazony pociag wlecze sie jeszcze bardziej. W koncu Choum, jeszcze 3 godziny dzipem po pustynii i wyladowalismy w Atarze.

Dzien 21 Daktyle

Daktye to specjalnosc Ataru. Akurat zaczyna sie sezon i zebrane owoce zasypane w cukrze rozjezdzaja sie w skrzynkach po chinskiej herbacie w swiat. My z tego skorzystalismy i znalezlismy tani transport do stolicy w busiku zaladowanym daktylami. Zapach byl specyficzny, ale cala droga byla calkiem calkiem. Ogladalismy pustynie, wielblady i lokali w blekitnych "draa".

Najgorzej jest z zarciem. Zyjemy w zasadzie na sardynkach.

W przydroznych sklepikach malo co jest: coca-cola z Egiptu, magdalenki z Francji, pseudo-dzem z Belgii, mleczko melonowe z Singapuru, tylko woda butelkowana w Mauretanii. Generalnie drogo. Nawet daktyle nie wychodza tanio, no i ile tego mozna zjesc??!!

Dzien 22-23 - Dwa dni w stolicy – Nuakszott

Miasto syfiaste, ale jak dla mnie mozna znalezc duzo plusów. Przede wszystkim wydaje sie bezpieczne, co jak na duze afrykanskie miasto to juz sukces. Po drugie, wreszcie mozna cos zjesc konkretnego i skonczyla sie nam era sardynek i chleba. Po trzecie, mamy niedroga oberze z przewiewnym patio, gdzie sobie siedzimy, czytamy i naprzamy relacje. W zasadzie Nata pisze, a wlascicielom hoteliku sie mózgi lasuja bo laska <Nata> siedzi i klepie cos w maly komputerek, a chop <Kamil> w ogródku obok miejcowej laski rob pranie na calego. Pózniej jeszcze szycie i gotowanie. Jak rasowa housewife. Tu w Mauretanii jest tak, ze chop caly dzien lezy albo spi przed telewizorem, a babka caly dzien sie krzata, a i tak w domu jest brudno :)

Dluzej bysmy tu w stolicy nie zabawili, ale musimy czekac na wizy do Senegalu i Mali. Do Mali kulturka, trzy godziny i odbiór. Chcielismy wjechac Senegalczykom na ambicje – popatrzcie sasiednie Mali to umie raz dwa zalatwic – troche to dalo bo dostaniemy wizy szybciej, ale dwa dni musimy czekac.

Pierwszy dzien minal nam glównie na wypraniu sie z czerwonych sladów po pociagu oraz na jedzeniu i odpoczynku. Drugiego dnia pojechalismy nad morze popatrzec jak pracuja tutejsi rybacy. Pojechalismy tam z Tomkiem i z Magda, których spotkalismy przypadkowo w drodze na Dzebel Tubkal, a teraz jeszcze raz spiknelismy sie w Mauretanii. Bedziemy podrózowali razem przez najblizsze kilka dni.

Nad morzem bylo fajnie poza jednym wyjatkiem – nikt nie sprzedawal gotowych do spozycia ryb, no chyba ze ktos lubi na surowo. Najlepiej tu przyjechac póznym popoludniem, kiedy rybacy wracaja na swoich lodziach z oceanu i wyciagaja je na brzeg. Jest gwarnie i kolorowo. Nawet pogadalismy z jednym rybakiem, który na osla zapakowal plastikowe doniczki. Lapie sie do nich osmiornice. Najlepsze bylo jednak to w jaki sposób sie o tym dowiedzielismy. Gosciu byl z Senegalu, a my gadalismy z nim po … rosyjsku. Kosmos. Nie sadzilem, ze ruski z pedalbudy przyda mi sie na plazy w Mauretanii.

Wieczorem, korzystalismy z uroków snack-barów Nuakszott. Kebaby, burgery i opowiesci podróznicze. Troche sie nastraszylismy chorobami i co pikantniejszymi historiami z poprzednich podrózy.

(więcej…)