Dzien 1-3 Nadaje z Sewilli
Takie zycie! Napisalem cala strone textu i sie to wszystko poszlo nie powiem co. Wiec jeszcze raz od poczatku. Po nerwowej koncowce przygotowan i po pozegnalnych piwkach w warszawce i na slasku (dzieki za przybycie!) opuscilem w koncu Polske i polecialem do Mediolanu.
Tam na ulicach piekne kobiety i eleganccy faceci jezdza we wszystkich kierunkach jak sie da i czym sie da. Porszaki, rowery, skutery. Dotarlem do katedry, wielkie to i strzeliste, pelne pinakli, sterczyn i innych takich. Fasada niestety w renowacji, wiec fotek od frontu niet. Dalej budynek slynnej La Scali, ktory jest taki sobie, ogromny zamek Sfrozow i kosciol Santa Maria del Grazie, w ktorym (uwaga wszyscy fani “Kodu Leonarda”) znajduje sie “La ultima cena” painted by Leonardo.
O dwunastej polozylem sie spac za lada informacji na lotnisku. Niestety musialem sie stamtad wyniesc o drugiej, bo zamykali lotnisko na nocne sprzatanie. Byla jednak jakas inna poczekalnia gdzie jakos dospalem do odlotu rajanera do Sewilli. Pasazerowie tej maszyny to glownie mlode spalone sloncem Wloszki pedzace z pewnoscia na plaze Costa del Slonce. Beda sie prazyc dalej.
No i wreszcie Andaluzja. Upalnie. Na szczescie jest CRUZCAMPO! Orzezwiajaca serbeza. Zakupilem sobie buly, plasterki wedlin, sera i zrobilem sobie uczte na jednym z setek sewilskich placow. Dziwilem sie jak spokojnie mozna prowadzic zycie w cieniu pomaranczowych drzewek.
Przy fontannie i La Geraldzie – minarecie po Maurach, umowilem sie z gwiazda tutejszej sceny architektonicznej – Los Saperos. Uderzylismy w pelen owocow morza lunch i oczywiscie szklanke Cruzcampo.
Krotki rzut oka na katedre. Tak sie zlozylo, ze moja podroz rozpoczalem od miast, ktore sie reklamuja, ze maja najwieksze gotyckie koscioly na swiecie. To jak to jest? Ktos chyba sciemnia!!
A wieczorkiem obchod calej Sewilli. Ludzie na ulicach, gwar, szum, nocne zycie. Rzeka, uniwersytet, Triana, alternatywne placyki. Pieknie. To tyle na tyle. Jeszcze troche chilloutu w Andaluzji i zacznie sie naprawde goraca Afryka!
Dzieki za Wasze maile. jakies takie madre afrozymy podtrzymuja mnie na duchu co do slusznosci podjetej przeze mnie decyzji o kreceniu seiedookola swiata. To nadeslal Rafal
" man can not discover new oceans untill he has the courage to lose sight of the shore…"
"often greater risk is involved in postponement than in making a wrong decision…"
no I jeszcze cos Kaminskiego "wszystko co mozemy zrobic, to zyc tak zebysmy potem nie musieli niczego żałować…"
Zdroweczko i udanych podrozy wszystkim!!!
Dzien 4-5
Coz tu jest za zycie! Dzisiaj z Saperem i jego ekipa skonczylismy imprezowanie o 6 nad ranem. Jutro ruszam na spotkanie z Nata, Madzia i Chalim!
Dzien 6 Sewilla, Gibraltar
Dzis noc z Saperem skonczylismy o nad ranem. Hercules de Alamada. Swietne miejsce w Sewilli na imprezowanie. Masa ludzi na ulicach uprawia "bottellioni", czyli popija piwo, wino czy rum z cola. Do upadlego. Wstalem skoro swit o trzynastej I pobieglem szybko na dworzec autobusowy. Dzieki SaperQ za wspaniala goscine w Sewilli. Az nie bylo czasu katedry zwiedzic.
Dojechalem z Sewilli nadmorska droga do La Linea, ostatniej miejscowosci przed gorujaca nad cala okolica skala Gibraltaru. Umówilem sie tu z Nata, Madzia i Chalim. Noc na plazy z winkiem z kartonu I miskami Haribo. Spoko bylo tyle, ze do samego rana chodzily pielgrzymki ludzi wracajacych z imprez. Rano kapiel w morzu. i wreszcie the rock! Skala! Gibraltar. Wrazenie robi konkretne. Jeden ze slupów Herkulesa. Wejscie na Morze Sródziemne. Dziwne miejsce. Slychac silny brytyjski akcent, mozna zjesc "fish&chips" i w ogole jest mocno po angielsku. Tyle ze jezdza po normalnej stronie drogi. Angole chca oddac Hiszpanom ten kawalek skaly pod wspólny zarzad, ale sami Gibraltarczycy sa temu niechetni. No bo kto tu bedzie przyjezdzal jak to nie bedzie odrebne terytorium, jak skonczy sie nieopodatkowany alkohol, papierosy i paliwo? Teraz to wielka atrakcja, ale i zarazem turystyczna pulapka. Straznik graniczny ledwie podniósl nos znad gazety, gdy pokazywalem mu dokumenty. Zaraz za przejsciem ogromna plyta lotniska. Przechodzi sie przez nia, zeby sie dostac do miasta o ile oczywista zaden samolot akurat nie laduje. Takim klasycznym angielskim autobusem przejechalismy przez mocno nieatrakcyjna czesc miasta. Dalismy sie zlapac. Przeszlismy przez Main Street w strone kolejki na skale. Niestety cena 13 euro za kolejke plus drugie tyle za wstep do parku nas rozwalila. Na poludniowy koniuszek skaly – Europa Point tez nie dane nam bylo dotrzec. Pozostalo nam wypic lagerka I ginesika w pubie. 4 piwka wyszly nas jedyne 15 ojro. Pól dnia na cyplu wystarczylo. Spadamy wiec do Maroka.
W Algeciras monopol cenowy na polaczenia z Marokiem. 32 Euro w jedna strone za 2 godziny bujania to zdecyowanie za duzo!
Na promie juz syf, jakies biurokratyczne formalnosci. Wreszcie Tanger. Nawet nas za bardzo nie obskoczyli. Kolejny punkt programu – znalezienie samochodu. Po godzinnych negocjacjach mamy – bialutki Fiat Palio za 28 euro na dzien. Ruszamy w Maroko. Pierwszy przystanek: Tetuan.