Archiwum z Lipiec 2005

Maroko

środa, 27 Lipiec 2005

Dzien 7 - Tetuan, Szefszawafszan

Przyjechalismy tu wieczorem. Na ulicach tlumy ludzi. Po zalogowaniu w hotelu I powrocie na miasto ludzie sie gdzies potracili. Kolacyjka to przeplacona tortilla z kurczakiem I nowosc dla nas herbata z liscmi miety. Mniami! Przed snem padly jeszcze dwa pokazne karaluchy.

Architektonicznie miasto mozna okreslic jako miks hiszpansko-mauretanski. Natomiast jej stara czesc to arabska medina. Mediny w marokanskich miastach to waskie uliczki posród których kwitnie handel i góry smieci. Medine zazwyczaj wienczy kazba, czyli cos w rodzaju obwarowanego zamku. W medinach lenia sie setki kotów I generalnie zapach zgnilizny panuje wszedzie, a reklamówki pruja w powietrzu niczym latawce. Ludzie pomykaja w takich smiesznych kapturkach zakonczonych kantem. Jakby ku klux klan. Po zwiedzeniu mediny byl czas na sniadanko na slodko + herbata z mieta.

Pomknelismy do Szewszawafszan albo jakos tak sie pisze. Trudna nazwa, ale miasteczko urocze. Polozone jest w górach Rif i generalnie slynie z dwóch rzeczy: z bladoniebieskiego koloru królujacego calym miescie oraz z upraw marihuany. Ta ostatnia nazywana jest tutaj kifem I juz dlugo przed celem stoja kolesie I wymachuja wielkimi kostkami przerobionego zielska na haszyz. Sprzedaja te dragi niczym u nas chlopi jablka ze straganów wzdluz pobliskich dróg. Samo miasteczko przenikaja wszystkie odcienie niebieskiej farby. Miejscowi sie w to wszystko komponuja ze swoimi wdziankami, miednicami I innymi przedmiotami. Spacer po medinie to czysta przyjemnosc. Na obiad smazone rybki I kuskus z sosem warzywnym. Fajne miejsce, ale ruszylismy dalej do Fezu.  

Dzien 8 - Fez

Fez to w zasadzie trzy odrebne miasta: Stary Fez, Nowy Fez i dzielnica w której kiedys mieszkali Zydzi, a teraz stoi tam wielki palac królewski. Miasto jest spore I wjezdzajac do niego samochodem nie jest tak latwo sie w nim polapac. I dlateogo choc w Maroku naciagaczy wszelkiej masci jest multum, to tu w Fezie wyksztalcila sie ich specyficzna nacja – naciagacze zmotoryzowani. Podjezdzasz sobie na skrzyzowanie a tu atakuje gostek, ze trzeba skrecic w lewo, ze to, ze tamto. Nasza znajomosc skonczyla sie obrzucaniem fakami I pojechalismy w swoja strone.

Jak zwykle poszukiwania hotelu, a potem czas na nocny spacer po miescie. Wyglada tu ponoc jak w dzielnicy arabskiej w Paryzu.

Rano pojechalismy do mediny, która tworzy platanina okolo 10 tysiecy waskich lub wezszych uliczek. Na wiekszosci z nich czyms sie handluje. Za taksówki robia kopytne, które objuczone na szerokosc przejscia popedzane sa przez ich wlascicieli. Czasem jedyna mozliwoscia ucieczki przed czyms takim jest skok do sklepu. A na to czekaja tutejsi handlarze.

Jak zwykle na arabskich soukach najwieksze wrazenie robia stoiska miesne z wybaluszonymi oczami I jezorami, tonace w przenikajacym smrodzie. Zdecydowanie jednak najwiekszym highlightem Fezu sa garbarnie. Ponoc od wieków jest tak samo. Zarzyna sie barana czy inna owce, obdziera sie je ze skóry, skóre pakuje na konia czy osla I dostarcza to pod garbarnie. Tam takimi smiesznymi toporkami oddziela sie resztki skóry od …skóry. Najfajniejsza dla widza jest jednak czesc farbowania skór. Posród waskich uliczek wystepuja czasem place. Na takich placach stoja szeregi czegos w rodzaju betonowych kadzi wypelnionych po brzegi zabarwiona woda. W tym wszystkim nurzaja sie po uda miejscowi I magluja skóry oraz tkaniny do czasu az nabiora odpowiedniego koloru. Po tym wszystkim skóry suszy sie na dachach pobliskich budynków. Generalnie dominuja kolory ciemne, niebieskie, czerwone. Tkaniny jasne barwi sie gabkami z wiaderek. Zeby uzyskac na przyklad jaskrawozólte szmatki trzeba wybulic sporo dirhamów na kwiaty szafranu I ziarna grenadyny, z których robi sie farbe. Cale to widowisko mozna ogladac z dwóch poziomów. Z balkonów na które wstep jest za friko, ale trzeba przejsc przez labirynty róznorakich towarów albo z poziomu ulicy. Placi sie tak zwanemu "guardianowi" wynegocjonowana kwote I mozna buszowac I skakac do woli od kadzi do kadzi. Aha, smierdzi cale to przedsiewziecie konkretnie!

Niestety wiekszosc zabytkowych miejsc w Fezie jest platna, a do meczetów nam giaurom wlezc nie mozna.

Dzien 9 - Casablanca

"W takim hotelu taka noc… W Casablance na dodatek" – powiedziala Madzia. "I nie ma nawet karaluchów" – powiedziala Nata. Taaaa hotel mamy wrecz luksusowy. Z czysta posciela i pradem do podladowania sprzetu. Taki znalezlismy fajny hotelik za 5 euro od osoby. Ale byla specjalna okazja. Zanim jednak dotarlismy do tego najwiekszego marokanskiego miasta tlumy plazowiczów obudzily nas o 5:30 rano. Prysznice zamkniete, ale w jakiejs wsi znalezlismy hammam, czyli laznie parowa. Wygrzalismy sie tam i obdrapalismy z brudu.

Wjazd do Casablanki. Nie jest to moze Kair, ale jazda samochodem po kilkumilionowym arabskim miescie kosztuje sporo potu. Dzien zszedl generalnie na zalatwianiu wizy do Mauretanii, internecie, wymianie kasy i wizycie na policji. Zostawilismy paszporty w konsulacie i nie chcieli nam dac noclegu w hotelu. Musielismy jechac po specjalna pieczatke. Urzednik chyba troche nam nie wierzyl, bo sie dopytwal co gdzie jak kiedy, ale w koncu przybil pieczatke i mozna bylo spac legalnie.

Casablanka to wlasciwie europejskie miasto, nie ma tu wiele ciekawego do zobaczenia, nie napotkalismy jakis odniesien do slynnego filmu. Jedyne co jest do zobaczenia w tym miescie to ogromny, supernowoczesny meczet Hassana ii. Poprzedni król – zmarl w 1999 r. – na swoje 60. urodziny dostal od poddanych wielki meczet. Zbieral sie na niego caly kraj, w wielu miejscach w Maroku wisza na scianach certyfikaty, ze ten a ten dolozyl do meczetu. Swiatynia ma otwierany dach, podgrzewana podloge, w nocy strumien swiatla laserowego z minaretu wskazuje kierunek na Mekke. Sam minaret ma 210 metrów i jak mówia miejscowi jest najwyzszy na swiecie.

Wieczrokiem wsunelismy ufundowane nam pyszne ryby i inne owoce morza. 2005-07-12 Direction CasablancaNata nadaje:

Jedziemy dalej direction Casablanca. Dwie próby zatrzymania na obiad nieudane, poniewaz w przydroznych barach mieso sprzedawane na kg, dodatkowo zaczardzowanie za robocizne, dziwne kalkulacje kelnera, cena obiadu nie do oszacowania. Przy trzecim podejsciu poddajemy sie, ale targowansko jest i znizka dla studentów tez. Butelki Coli wieksze niz u nas-O,35 litrówki, a w WC ‘proszek do prania w mydelniczce. Jedziemy dalej, az do przedmiesc Casablanki ciagna sie wzdluz drogi gaje oliwkowe. Nielatwo znalezc tu nocleg, musimy przedtem wypchac sobie portfele, poniewaz w okolicy panuje full wypas, na tutejszych plazach wypoczywa elyta marokanska, najtanszy pokój 35 EUR. Okolica zaskakujaco czysta dzieki wszechobecnym nakazom uzywania koszy na smieci, co w Maroku jest pewnym ewenementem. Wybieramy najbardziej luksusowa z plaz, zasypiamy zaczajeni za banerem, chroniacym przed swiatlem reflektorów, wsród strzezonych willi i ladrowerów. Za rzeka kilometr dalej pasmo slumsów zjeza troche siersc na plecach…

Dzien 10-11 - Imlil – Góry Atlas

Wreszcie w góry. Autostrada na poczatek. Zreszta generalnie w Maroku drogi sa swietne i wynajecie samochodu jesli podrózuje sie w cztery osoby jest jak najbardziej wskazane.

Rozstawilem swoja nowa klawiaturke na tarasie z widokiem na Atlas i chcialem zaczac cos pisac, ale deszczyk zgonil mnie tu do komnaty. Siedzimy tu w bereberyjskiej wiosce imlil i szykujemy sie na zdobycie Jebela Toubkala. Chali niestety lezy i kwiczy z powodu tak zwanej sraczki i temperatury, a wszyscy sie nim opiekuja pijac zdrowie marokanskim winskiem. Nabylismy w Marjanie, czyli tutejszym hiperze. Zakupy tutaj to chyba jednak luksusy dla przecietnego goscia. i trudno sie dziwic, bo na bazarach wychodzi taniej.

Juz nas poznali w miescie. Na haslo: Polska, ktos odpowiedzial "za darmo". Tak, na nas slaby zarobek jest, ale zawsze cos. Koles próbowal nam wcisnac mape masywu Tubkala za … 15€. Wyjal ja spod siedmiu skrzyn jakby to byla mapa prowadzaca do ukrytego skarbu.

Nastepnego dnia Chali dochodzil do siebie, wiec Tubkal zostal przelozony na nastepny dzien. Poszlismy z Nata na krótka wedrówke na przelecz Tamantert – 2279 m npm. Mielismy mile widoczki na wioski berberyjskie, zielone uprawne tarasy, drzewa orzechowe, kozy, skaly itd. Po wycieczce odpoczynek i naparzanie w moja nowa klawiture skladana, dzieki której mozecie czytac ten tekst.

Odpoczynek byl tez czasem na jedzenie. Generalnie jedzenie w Maroku jest dobre, ale monotematyczne. W wiekszosci malych miasteczek mozna dostac jedynie tajine – potrawe z zapiekanych ziemniaków, marchwi, cebuli i sladowymi ilosciami miesa, najczesciej koziny lub baraniny. Czasem mozna natknac sie na kuskus z sosem warzywnym i miesem. Mi najlepiej wchodzi harira ostra zupa z soczewica jako jej glównym skladnikiem. Do popicia jest zazwyczaj herbata mietowa lub sok z swiezo wyciskanych pomaranczy.

Dzien 12 - Dzebel Tubkal Dzebel!!!!

Dzebel Tubkal zdobyty! Weszlismy na najwyzszy szczyt Maroka i calej Afryki Pólnocnej – 4167 m npm. Dalismy rade w jeden dzien. Przewyzszenie wynosilo ok. 2400 metrów i jeszcze tyle samo musielismy zejsc. Wyjscie o 5:40, powrót

15,5h pózniej. Bylismy zmeczeni, ale zadowoleni. Caly dzien na chlebie i sardynkach. Prawie caly ciezar plecaka to byla woda, która schodzila jak woda. Jedyna strata to kawalek zeba w polowie drogi. Orzeszki w cukrze okazaly sie za twarde jak na mnie. Za to na szczycie zasluzony miejscowy browar. My dyskretnie spozywalismy piwo, a miejscowi padali na dywaniki tuz przed szczytem i oddawali czesc Alllahowi.

Dzien 13 Droga przez kazby

Po odespaniu do oporu wczorajszych wojazy na Dzebel ruszylismy dalej w kierunku Warzazat. Wzdluz calej trasy mioejscowi sprzedaja pólszlachetne ametysty. Sa w róznych kolorach, ale nie jestesmy pewni czy to naturalne kolory, czy moze lokale podrasowuja je dla potrzeb turystów. Jechalismy najpierw przez widokowa droge na przelecz, potem "droga kazb". Kazby to takie miejscowe warownie. Juz nie pojedyncze zamki, ale jeszcze nie obwarowane grodziska. Cos posrodku. Wstapilismy na dluzej do najslyniejszej z nich w Ait Ben Haddou. Byla ona tlem dla wielu filmów m.in. "Jezus z Nazaretu" czy "Lawrence z Arabii". Jak zawialo piaskiem od pustynii to zrozumielismy czemu miejscowi okrywaja sie od stóp do glów. Okolice Warzazat to marokanskie Hollywood. Na obrzezach miasta zbudowano ogromne studio filmowe, a w oddali na pustyni cale dwa miasta. Kreca wlasnie dwa filmy, w tym jeden z Omarem Shariffem w roli glównej. Niestety nie bylo zapotrzebowania na statystów.

Dzien 14 - Dades, Todra

Dzisiaj byl dzien zwiedzania wawozów Atlasu Wysokiego. Najpierw wjechalismy w strome zbocza Dadesu, pózniej w czerwona Todre. Mi sie bardziej podobal Dades, bo bardziej w nim zycie bylo widac i serpentyny fajniejsze. Todra w swoim najwezszym miejscu miala pelno ludzi. Zarówno lokali jak i wspinaczy. Czerwono i milo. Na pewno warto zobaczyc.

Hitem dnia byly znaki ostrzegawcze "uwaga wielblady". Jestesmy juz bowiem na Saharze. W wiosce Merzouga znajdujemy super miejsce do spania na tarasie w luksusowym hotelu z podswietlanym basenem. Wnetrza z klasa, prawdziwa oaza na pustyni.

Dzien 15 - Pustynia i ksiezyc

Ruszamy z wlasna czterosoobowa karawana bez wielbladów i bez dzipów na najwyzsza wydme w okolicy. Jestesmy na morzu piasku. Ze szczytu widoki na morze zlotego piachu. Az po horyzont. i zabawa przy zbieganiu w dól po tym goracym piachu.

Reszta dnia to przejazd przez suchy ksiezycowy krajobraz pomiedzy Rissani a dolina Draa. Po lewej caly czas mielismy skalki niczym z reklamy Malboro, a na powierzchni co jakis czas pojawialy sie drzewa akacji. Poza tym gonilismy traby – a w zasadzie trabki powietrzne – i do jednej nawet udalo nam sie z Chalim wejsc. Slonce walilo na mózg konkretnie, ale znalezlismy ukojenie w zimnej wodzie rzeki Draa. Tam Chali z Madzia zapoznali pól wioski. Bylo piwo z puszki i bylo milo!

Dzien 16 - Agadir

Nata nadaje:

Na sniadanie zatrzymujemy sie w Tarudant, tradycyjnym berberyjskim miescie kupieckim. Miasto spokojnie budzi sie do zycia, a wiatr milo ochladza powietrze co jest dla nas milym odkryciem po pobycie na pustyni. Siadamy na ryneczku niedaleko sprzedawców soku z wycisnietych pomaranczy – szklanica kosztuje zlotówke, polowe taniej niz placilismy do tej pory. Kobiety w zwiewnych materialach malowanych recznie w piekne wzory poruszaja sie z gracja po rynku. Szybka i pyszna potrawka z soczewicy, café au lait i jedziemy dalej, do Agadiru stad jeszcze 200 km.

Przyjezdzamy w poludnie, nasz pierwszy zachwyt wzbudza wiatr wiejacy z oceanu; ludzie z deskami serfowymi paraduja po miescie, ale obcokrajowców wsród nich malo. Zapach bagietek, wloskie jedzenie w knajpach, zatloczone ulice, wszechobecne komórki to widokówka z centrum miasta. Wyczytalam dzis w fajnym czasopismie "Telquel", ze siec telefonów stacjonarnych obejmuje swoim zasiegiem tylko 7% mieszkanców, a komóry 85%, stad popularnosc tych drugich.

Tutaj rozstajemy sie z Madzia i Chalim, którzy wróca samochodem do Tangeru. Bardzo fajnie i biesiadnie bylo w wspólnie przemierzyc ponad 25OO km!

W Agadirze Kamil zalicza jeszcze dentyste, ceny jak w Polsce, ale gabinet dentysty przypomina statek kosmiczny, trzy komputery, mikrokamera, profesjonalny sprzecior robia wrazenie, pan doktor podaje nam e-maila i proponuje, ze wysle w PDF recepte jesli cos by sie dzialo z zebem na trasie. Wyleczeni, schodzimy na poludnie w kierunku plazy. Okolice pasa przybrzeznego przypominaja plac budowy, plaza jest bardzo szeroka, ale piasek ciemny. Ciemno tez od czadorów. Jest juz 17H, niemieccy plazowicze na pewno poszli juz do hotelu.

Pobawimy sie jeszcze obieraniem gotowanych krewetek, i o 21 ruszamy w 11 godzinna przeprawe nocnym autokarem do Laayoune.

Madzia, Chali dzieki za wspólne podrózowanie!!! Teraz bedziecie sie w koncu mogli wyspac.         

(więcej…)

Wlochy, Hiszpania, Gibraltar

czwartek, 7 Lipiec 2005

Dzien 1-3 Nadaje z Sewilli

Takie zycie! Napisalem cala strone textu i sie to wszystko poszlo nie powiem co. Wiec jeszcze raz od poczatku. Po nerwowej koncowce przygotowan i po pozegnalnych piwkach w warszawce i na slasku (dzieki za przybycie!) opuscilem w koncu Polske i polecialem do Mediolanu.

Tam na ulicach piekne kobiety i eleganccy faceci jezdza we wszystkich kierunkach jak sie da i czym sie da. Porszaki, rowery, skutery. Dotarlem do katedry, wielkie to i strzeliste, pelne pinakli, sterczyn i innych takich. Fasada niestety w renowacji, wiec fotek od frontu niet. Dalej budynek slynnej La Scali, ktory jest taki sobie, ogromny zamek Sfrozow i kosciol Santa Maria del Grazie, w ktorym (uwaga wszyscy fani “Kodu Leonarda”) znajduje sie “La ultima cena” painted by Leonardo.

O dwunastej polozylem sie spac za lada informacji na lotnisku. Niestety musialem sie stamtad wyniesc o drugiej, bo zamykali lotnisko na nocne sprzatanie. Byla jednak jakas inna poczekalnia gdzie jakos dospalem do odlotu rajanera do Sewilli. Pasazerowie tej maszyny to glownie mlode spalone sloncem Wloszki pedzace z pewnoscia na plaze Costa del Slonce. Beda sie prazyc dalej.

No i wreszcie Andaluzja. Upalnie. Na szczescie jest CRUZCAMPO! Orzezwiajaca serbeza. Zakupilem sobie buly, plasterki wedlin, sera i zrobilem sobie uczte na jednym z setek sewilskich placow. Dziwilem sie jak spokojnie mozna prowadzic zycie w cieniu pomaranczowych drzewek.

Przy fontannie i La Geraldzie – minarecie po Maurach, umowilem sie z gwiazda tutejszej sceny architektonicznej – Los Saperos. Uderzylismy w pelen owocow morza lunch i oczywiscie szklanke Cruzcampo.

Krotki rzut oka na katedre. Tak sie zlozylo, ze moja podroz rozpoczalem od miast, ktore sie reklamuja, ze maja najwieksze gotyckie koscioly na swiecie. To jak to jest? Ktos chyba sciemnia!!

A wieczorkiem obchod calej Sewilli. Ludzie na ulicach, gwar, szum, nocne zycie. Rzeka, uniwersytet, Triana, alternatywne placyki. Pieknie. To tyle na tyle. Jeszcze troche chilloutu w Andaluzji i zacznie sie naprawde goraca Afryka!

Dzieki za Wasze maile. jakies takie madre afrozymy podtrzymuja mnie na duchu co do slusznosci podjetej przeze mnie decyzji o kreceniu seiedookola swiata. To nadeslal Rafal

" man can not discover new oceans untill he has the courage to lose sight of the shore…"

"often greater risk is involved in postponement than in making a wrong decision…"

no I jeszcze cos Kaminskiego "wszystko co mozemy zrobic, to zyc tak zebysmy potem nie musieli niczego żałować…"

Zdroweczko i udanych podrozy wszystkim!!!

Dzien 4-5

Coz tu jest za zycie! Dzisiaj z Saperem i jego ekipa skonczylismy imprezowanie o 6 nad ranem. Jutro ruszam na spotkanie z Nata, Madzia i Chalim!

Dzien 6 Sewilla, Gibraltar

Dzis noc z Saperem skonczylismy o nad ranem. Hercules de Alamada. Swietne miejsce w Sewilli na imprezowanie. Masa ludzi na ulicach uprawia "bottellioni", czyli popija piwo, wino czy rum z cola. Do upadlego. Wstalem skoro swit o trzynastej I pobieglem szybko na dworzec autobusowy. Dzieki SaperQ za wspaniala goscine w Sewilli. Az nie bylo czasu katedry zwiedzic.

Dojechalem z Sewilli nadmorska droga do La Linea, ostatniej miejscowosci przed gorujaca nad cala okolica skala Gibraltaru. Umówilem sie tu z Nata, Madzia i Chalim. Noc na plazy z winkiem z kartonu I miskami Haribo. Spoko bylo tyle, ze do samego rana chodzily pielgrzymki ludzi wracajacych z imprez. Rano kapiel w morzu. i wreszcie the rock! Skala! Gibraltar. Wrazenie robi konkretne. Jeden ze slupów Herkulesa. Wejscie na Morze Sródziemne. Dziwne miejsce. Slychac silny brytyjski akcent, mozna zjesc "fish&chips" i w ogole jest mocno po angielsku. Tyle ze jezdza po normalnej stronie drogi. Angole chca oddac Hiszpanom ten kawalek skaly pod wspólny zarzad, ale sami Gibraltarczycy sa temu niechetni. No bo kto tu bedzie przyjezdzal jak to nie bedzie odrebne terytorium, jak skonczy sie nieopodatkowany alkohol, papierosy i paliwo? Teraz to wielka atrakcja, ale i zarazem turystyczna pulapka. Straznik graniczny ledwie podniósl nos znad gazety, gdy pokazywalem mu dokumenty. Zaraz za przejsciem ogromna plyta lotniska. Przechodzi sie przez nia, zeby sie dostac do miasta o ile oczywista zaden samolot akurat nie laduje. Takim klasycznym angielskim autobusem przejechalismy przez mocno nieatrakcyjna czesc miasta. Dalismy sie zlapac. Przeszlismy przez Main Street w strone kolejki na skale. Niestety cena 13 euro za kolejke plus drugie tyle za wstep do parku nas rozwalila. Na poludniowy koniuszek skaly – Europa Point tez nie dane nam bylo dotrzec. Pozostalo nam wypic lagerka I ginesika w pubie. 4 piwka wyszly nas jedyne 15 ojro. Pól dnia na cyplu wystarczylo. Spadamy wiec do Maroka.

W Algeciras monopol cenowy na polaczenia z Marokiem. 32 Euro w jedna strone za 2 godziny bujania to zdecyowanie za duzo!

Na promie juz syf, jakies biurokratyczne formalnosci. Wreszcie Tanger. Nawet nas za bardzo nie obskoczyli. Kolejny punkt programu – znalezienie samochodu. Po godzinnych negocjacjach mamy – bialutki Fiat Palio za 28 euro na dzien. Ruszamy w Maroko. Pierwszy przystanek: Tetuan.

(więcej…)