Jedną z moich inspiracji była książka Tadeusza Perkitnego „Okrążyć świat raz jeszcze”. Wraz z ukończeniem uczelni w 1926 r. zdecydował się on razem z Leonem Mroczkiewiczem na podróż dookoła świata. Mieli jedynie 100 złotych i namiar na kolesia w Szwecji, który mógłby im pomóc znaleźć pracę. Pracowali więc tam przy obróbce drewna. Potem przenieśli się do Trondheim, skąd statkiem dopłynęli do Nicei. Tam bawili dzieci, sprzątali, pracowali w restauracji. Przez Dakar dotarli do boskiego Rio. Polskich emigrantów zarobkowych było tam wtedy na pęczki. Brazylijski rząd za darmo wysyłał ich do interioru, by tam trzebili puszczę i się osiedlali.
Perkitny i Mroczkiewicz znaleźli tam pracę przy naprawianiu linii kolejowej. Żyli w kiepskich warunkach. Pieniądze zaczęli zarabiać po uruchomieniu quasi-zakładu fotograficznego. Robili portrety miejscowym, którzy pierwszy raz stykali się z aparatem fotograficznym. Ktoś ich tam nie polubił i musieli się przenieść na sielankową południowoamerykańską farmę. Pracowali ciężko, ale uzbierali na dalszą podróż. Dotarli nad Pacyfik, tam w Valparaiso skończyły im się pieniądze. Pożyczyli od siostry Leona i załapali się na statek do Japonii. Tam nielegalnie wybrali się na wycieczkę do miasta, po czym popłynęli dalej do Szanghaju i Indochin Francuskich. W Sajgonie pracowali w dżungli jako geodeci i zatrudniali cały szczep lokali. Po skończeniu roboty popłynęli do Tanganiki i przez Kongo dotarli nad Atlantyk. Co dziwne, Perkitny uznał podróż przez tropikalny las Afryki za tak normalną rzecz, że nie poświęcił jej ani kawałka miejsca w swojej książce. Znów wskoczyli na statek i dopłynęli do Marakeszu. Nabyli automobil i z Maroka dojechali do Polski.