Archiwum z Grudzień 2004

Afryka 2002

poniedziałek, 6 Grudzień 2004

AFRYKA 2002

relacja z podróży

Raport nr 1

Rozpocząłem swoją wyprawę. Po roku od pomysłu, pół roku od rozpoczęcia przygotowań i po kilku ostatnich dniach intensywnych przygotowań wyleciałem wreszcie do Kairu. Jeśli się jest studentem najtaniej wychodzi połączenie czeskimi liniami lotniczymi. Jest też kilka innych firm, oferujących przeloty czarterowe w podobnej cenie, lecz nie do Kairu, ale do Sharm i Hurghady.

Delta Nilu i Kair nocą z wysokości lądującego samolotu wyglądały imponująco. Na lotnisku przygnębiająca atmosfera z wojskowymi samochodami i dziesiątkami żołnierzy. Zapachniało dyktaturą, wojskowym systemem i … gorącym dusznym powietrzem Afryki. Wizę na granicy otrzymałem bez żadnych problemów, choć przestrzegano mnie że mogę zostać odesłany do kraju. Nie wiem, czy miałem szczęście, czy to tylko plotki. Wymieniłem pierwsze dolary w banku. W centrum Kairu kurs wymiany jest o wiele lepszy (4.80-4.90 egipskiego funta za 1$). Miejskim autobusem za niecałe 20 gorszy dojechałem do stacji kolejowej. Była trzecia nad ranem, było pusto i tylko tłuściutkie karaluchy biegały po podłodze. Policja turystyczna starała się pomóc, jak mogła i tak znalazłem miejsce na krzesełku przed komisariatem. O szóstej ruszyłem trzecią klasą do Aleksandrii. Trzecia klasa wymaga dłuższej chwili zastanowienia przed wejściem. Jeśli nazwę wagony tej klasy bydlęcymi, to niewiele się pomylę. Chińskie hard-seaty wydają mi się teraz luksusowymi w porównaniu z tym, co zobaczyłem. Okien brak, wnętrze rozwalone, podłoga wylana betonem (po to chyba, by łatwej sprzątać) i drewniane ławeczki. Ścisk niemiłosierny, wagon bez drzwi, ale się jedzie! Dwieście kilkadziesiąt kilometrów za 2 złote.

W styczniu tego roku w takim pociągu spłonęła nieznana dotąd liczba ludzi. Jazda trzecią klasą ma tę zaletę, że poznaje się Egipt ze strony innej niż z folderowych obrazków piramid. Spotkałem dwóch młodych Koptów, którzy narzekali na dyskryminację w muzułmańskim Egipcie. Zapraszali mnie na modlitwę do klasztoru na pustyni. Niestety zajęłoby mi to zbyt wiele czasu.

Aleksandria – centrum tej części świata za panowania Rzymian – teraz wygląda jak klasyczne arabskie miasto. Pełne śmieci, brudu, ogłuszające przybysza niesamowitym hałasem. Do tego hałasu przyczyniają się również znajome kształty Polonezów i Fiatów 125p. Do samej Aleksandrii przyjechałem po to, by dotknąć Morza Śródziemnego. Jeśli dojadę do Kapsztadu nad Atlantyk, to wyjdzie z tego taka miła klamra.

Cały proces dostosowawczy do arabskich warunków trochę trwa. Na początku problemem jest przechodzenie przez ulicę, ale po 24 godzinach już jest lepiej. To samo z jakością hoteli i jedzenia. Wszystko wynagradza wspaniały balkon w moim hotelu z widokiem na centrum, Teatr Rzymski i meczet naprzeciwko z muezinem (a właściwie głośnikiem) wzywającym na modlitwę. Nadmorską aleją Corniche dotarłem do twierdzy na cyplu, w miejscu gdzie stała kiedyś latarnia morska Faros – jeden z siedmiu cudów świata. Trafiłem jeszcze do stoczni, na plażę pełną ubranych, kąpiących się Egipcjan i na niekończące się uliczki z najrozmaitszymi towarami. Do Kairu wróciłem pociągiem klimatyzowanym za 4$. Wytłumaczyłem to sobie tak, że nie ma sensu czekać na trzecią klasę półtorej godziny, a potem jeszcze godzinę dłużej jechać.

{mospagebreak title=Kair}

Raport nr 2

"Welcome, welcome" to ulubione słowa Kairczyków po angielsku. Na mapie do miejsca mojego zakwaterowania wyglądało blisko, ale ciężki plecak, upał i slalom między miejscowymi dały mi się mocno we znaki. Hotel Sultan zajmuje trzy piętra w kamienicy: pierwsze, trzecie i piąte. Ceny odpowiednio 8, 7 i 6 funtów. Oczywiście winda nie chodzi. Nawet jeśliby chodziła, to ja i tak bym… chodził, bo wygląda katastrofalnie. Wziąłem ostatnie piętro, bo zawsze zaoszczędzi się dwa funty na kuszari. Kuszari je się tu o każdej porze dnia i jest to mieszanka ryżu, makaronu, soczewicy i jakichś dziwnych sosów.

Kair ma trzy historyczny grupy obiektów turystycznych: faraoński, koptyjski i muzułmański. Zacząłem od piramid. W końcu to jedyny ze starożytnych cudów świata, które można jeszcze zobaczyć. Przyznam się, że lepiej je oglądać na Discovery ładnie komputerowo opracowane i z fachowym komentarzem. Wszystkie pocztówki i zdjęcia pokazują stojące piramidy na pustyni, a jest to tylko na poły prawda. Spod Sfinksa, który już nie za bardzo na Sfinksa wygląda, jest rzut kamieniem do zabudowań Gizy i podmiejskich autobusów, co z drugiej strony jest bardzo wygodne. Mimo wszystko te budowle są jednak imponujące. I nie było tłumów turystów!

Wszystko co sprzątnięto ze świątyń na terenie Egiptu wywieziono za granicę albo ulokowano w Muzeum Starożytności. Po zwiedzeniu tego muzeum zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby jakby Angole wywieźli im wszystko. Eksponaty wyglądają staro i tajemniczo, tyle że opisy i sposób ich prezentacji są bardzo marne. Jedynie skarby z Grobu Tutenchamona prezentowane są profesjonalnie, a słynna maska jest niesamowita.

Następny dzień poświęciłem na tzw. Stary Kair. Znajdują się w nim małe kościoły koptyjskie. Najdziwniejszy jest Kościół Zawieszony, który nie ma fundamentów i stoi na dwóch wieżach. W środku każdy detal architektoniczny ma swoją symbolikę. Niedaleko stoi synagoga Ben Ezry, której nie ma kto używać, gdyż niełatwo być Żydem w kraju arabskim. Wokół synagogi wzmocniona ochrona i kontrola turystów. Zresztą przy każdej atrakcji turystycznej stoją biało umundurowani "policjanci turystyczni". Po chrześcijańskich Koptach przyszedł czas muzułmanów. W meczecie Sajjida Husajna zobaczyłem sarkofag, wewnątrz którego powinna być jego głowa. Niektórzy ortodoksi patrzyli na mnie wręcz z nienawiścią, choć starałem się jak mogłem, by ukryć się w kącie. Ten zapach przepoconych dywanów w meczetach jest niezapomniany. Świątynie też służą muzułmanom nie tylko do modlitwy, lecz również do odpoczynku i krótszych lub raczej dłuższych drzemek.

Wzdłuż wąskiej ulicy, w której handluje się dosłownie wszystkim dotarłem do Cytadeli. Na szczycie jest meczet Mohammeda Aliego. Z tarasu przed meczetem oszałamiający widok na Kair z piramidami włącznie. Do tego chyba wszystkie klaksony z miasta zbierają się tu w jeden potężny dźwięk. Na koniec zawędrowałem do Miasta Umarłych. Wyobrażałem je sobie jako teren z niewielkimi sarkofagami czy nagrobkami, wśród których żyją ludzie. W rzeczywistości wygląda to biednie, ale ludzie żyją w murowanych budynkach i używają telefonów komórkowych. Choć załapałem klimat lekkiego niepokoju. W mauzoleach dawnych władców za każde otwarcie drzwi czy zapalenie światła żądają bakszyszu.

Wieczorami Kair wchodzi w inna fazę życia. Przepełnione ulice przepełniają się jeszcze bardziej. Szał zakupów, nieoświetlonych taksówek i popijania pepsi przy stoliczku. Mężczyźni grają w jakieś gry i spokojnie palą fajki wodne pod moimi oknami. Do czwartej nad ranem. Co prawda nie ma pijackich śpiewów, ale jest wystarczająco głośno.

{mospagebreak title=Suez i Nil}

Raport nr 3

Z Kairu pojechałem przez pustynię do Suezu. Moje wyobrażenie o złotym piasku i bezkresnych przestrzeniach w przypadku tej części pustyni się nie sprawdziło. Wzdłuż drogi biegła sieć trakcyjna, piasek był koloru brudnego, a na poboczu drogi rozsypane były śmieci i góry gruzu.

Suez przypomina nasze blokowiska, tyle że usytuowane na pustyni. Przyjechałem do tego miasta, by zobaczyć słynny kanał i ogromne statki. Kanał miał szerokość większej rzeki, a statki widziałem tylko daleko na horyzoncie, bo ruch po kanale odbywa się w jedną stronę i akurat dzisiejsza "partia" już popłynęła. Ale było warto tu przyjechać.

Jako że był piątek (muzułmańska niedziela) to spojrzałem zza płotu do miejscowego meczetu. W jednym rzędzie biło pokłony Allahowi czterech Beckhamów w czerwonych koszulkach Manchesteru.

Do Luksoru dojechałem nocnym pociągiem. Wypożyczyłem rower górski, który z górskich części miał tylko ramę. Zapłaciłem cztery razy więcej niż miejscowi za przeprawę promową przez Nil, bo facet pokazał mi na urzędowym dokumencie, że "forigners" muszą płacić więcej. I pojechałem pod górę w niesamowitej scenerii do Doliny Królów. Nie wiem, ile było stopni, ale przy zjeździe powietrze zamiast orzeźwiać parzyło. Wody ledwo mi wystarczyło.

W grobowcach faraonów miejscowi dozorcy nastawieni są głównie na bakszysze i za kilkadziesiąt funtów sprzedaliby pewnie całe sarkofagi. Obstukują je ze wszystkich stron, pozwalają na zdjęcia z fleszami, co podobno uszkadza malowidła. Całe miejsce jest imponujące, tym bardziej jeśli uzmysłowimy sobie, że stworzone zostało parę tysięcy lat temu.

Po drugiej stronie rzeki zwiedziłem również ogromną świątynię Hatszepsut, której patronka, jako jedyna kobieta-faraon, władała Egiptem. Wieczorem warto wybrać się na przedstawienie światło-dźwięk do Karnaku. Najlepiej nie po angielsku, gdzie są tłumy turystów. Pylony i kolumny w nocy stwarzają niezły klimat. Dzisiaj dojechałem do Asuanu, gdzie na bazarze sprzedaje się kolorowe przyprawy, a nadbrzeżna Corniche, z widokiem na Nil oraz klasztory i grobowce, jest najlepszym miejscem na spacery. Tyle że wieczorami, bo popołudniowe słonce zwala z nóg. Jutro płynę promem do Sudanu. Zacznie się prawdziwa Afryka.

P.S.

Raport pisany z kafejki, gdzie wszystko działa od strony prawej do lewej. Napisać taki raport nie było łatwo, bo obsługa nie potrafiła (albo nie chciała) zmienić arabskich robaczków na nasze.

{mospagebreak title=Sudan cz.I}

Raport nr 4

Co poniedziałek z Asuanu odpływa prom do Wadi Halfa w Sudanie. Jest to jedyna, poza przelotem, możliwość przekroczenia granicy obu państw. Na moje pytanie, o której godzinie odpływa prom, usłyszałem: "po południu".

Na pokładzie byłem koło godziny dziewiątej. Zajęliśmy z parą Holendrów i Japończykiem miejsce tuż przy klimatyzacji na dolnym pokładzie drugiej klasy. Zapłaciliśmy za bilety drugiej klasy, bo trzeciej niestety nie było. Nie mogliśmy się nadziwić opowieściom młodego Japończyka, który twierdzi, że nie lubi podróżować i robi to tylko dlatego, iż rodzice go do tego zmusili, by poznał prawdziwe życie. I tak "biedak" musi podróżować aż do lutego!

Przez następne parę godzin oglądałem niesamowity spektakl załadunku na prom. Ogółem załadowano 400 ton żywności, plastikowe roślinki, rowerki i inne cuda. Odpłynęliśmy o dziewiętnastej. Przyszła więc pora na zajęcie dobrych miejsc do spania. Jak już rozłożyliśmy śpiwory, to zaraz musieliśmy je sprzątnąć, gdyż przyszedł czas modłów i wszyscy pasażerowie (prócz turystów i jednego czarniutkiego chrześcijanina, z którym grałem w szachy) wylegli na górny pokład. Przed świtem na szczęście nie byli już tak bogobojni i mogliśmy spokojnie dalej spać.

Przekroczenie granicy na jeziorze Nassera polega na tym, że prom zatrzymuje się na linii dryfujących baryłek. Podpływają dwie jednostki i zabierają po kilku żołnierzy na kolejną cotygodniowa zmianę. Tuż przed granicą mieliśmy wspaniały widok na świątynię w Abu Simbel.

Na początku przestraszyłem się Sudanu, a raczej milionów muszek na brzegu. Na szczęście Wadi Halfa jest położona wgłębi lądu i tam było spokojniej. Wadi Halfa to niezwykłe, trudne do opisania miejsce. Wokół pustynia i piramidalne formacje skalne, a w osadzie życzliwi ludzie i pyszne ryby z Nilu. Chcąc nie chcąc, trzeba tu spędzić noc. Śpi się na łóżkach pod gołym niebem, a za prysznic służy wiadro wody. Do tego afrykańskie rytmy i herbata na dywanikach.

Wyobraźcie sobie kontener. Taki kontener instaluje się na ciężarówce, wycina parę otworów, które nazywane są oknami. Instaluje się wewnątrz metalowe konstrukcje, które kierowca Ali nazwał siedzeniami. Do tego wszystkiego Ali zapakował 40 rozbójników, gdzie tylko się da. Rozbójników, bo rozbijaliśmy się o metalowe oparcia i bujaliśmy w powietrzu. Cały ten pojazd ruszył w pustynię. A pustynie lubią być wyboiste. Pierwsze dwie godziny to niezła zabawa. Po tym jak zaszło słońce i nie można było podziwiać widoków to była już to tylko męczarnia. Wysiadłem po dwudziestu godzinach jazdy z całkiem sporą warstwą kurzu. Przez cały czas nie spałem ani minuty. O szóstej nad ranem wsiadło jeszcze kilku ludzi. Na moje nieszczęście koło mnie zmieścił się jeszcze jeden erudyta, który przez godzinę wymieniał europejskie stolice. Spokojnie mogę tę podróż zakwalifikować do jednej z najbardziej uciążliwych z tych, których miałem okazję doświadczyć.

{mospagebreak title=Sudan cz. II}

Raport nr 5

Po pustynnej podróży dotarłem do Dongoli. To miasto to takie moje wyobrażenie subsaharyjskiej Afryki jakie wyniosłem z filmów przyrodniczych. Czekałem na przeprawę promową ze stadem wielbłądów. Wokół wałęsały się kozy, psy i drób. Kobiety w kolorowych strojach, z bliznami na twarzy i tatuażami na rękach zmierzały na wesele. Inna grupa kobiet, też śpiewając i klaszcząc w dłonie, jechała na pogrzeb. Do tego dzieciaki handlujące czym się da i ogromne cysterny z paliwem.

Dongola to senne miasteczko i niewiele jest do roboty. Poszwendałem się wzdłuż Nilu. Pogadałem z miejscowymi na polach. Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie przeróżne, dziwne ptaki. Choć liczebnie przeważały swojskie wróble.

Następnego dnia był piątek i komunikacja lekko siadła. W końcu nazbierało się trochę osób. Tylko że dwie były biedne (tak ustaliła reszta) i nie było ich stać na podróż. Więc na pick-up’a składaliśmy się w czwórkę. Dla Sudańczyków to normalne, że za kogoś płacą. W oczekiwaniu na pasażerów przynieśli śniadanie – owoce, herbatę i absolutnie nie chcieli przyjąć ani dinara.

Przejazd przez Saharę z Dongoli do Karimy pozostanie w mojej pamięci pewnie do końca życia. Na początku była jeszcze jakaś roślinność, karłowate drzewa, krzaki. Potem zrobiło się kamieniście. Urzekła mnie pustynia do końca, gdy wjechaliśmy w prawdziwe morze piasku. Do tego wiatr w twarz, a szofer przyciskał do 130 km/h. Jechaliśmy tak szybko, że kurz spod kół nas nie dosięgał. Zatrzymaliśmy się w oazie. Było zielono, choć bez rajskiego jeziorka. Żyje tam jedynie kilkunastoletni chłopiec, który przyrządza herbaty pasażerom. Wokół cisza i piasek.
Nad Karimą góruje Jebel Barkal – święta góra cywilizacji egipskiej. Widok z góry na pustynię, Nil, wzdłuż którego ciągną się drzewa mango i palmy jest niespotykany. Z góry zjechałem na tyłku po piasku jak to się u nas robi w zimie na śniegu. Zjechałem prawie wprost pod piramidy. Zachowało się ich kilkanaście. Niektóre na tyle w dobrym stanie, że odbiłem sobie to, że nie mogłem wspiąć się na te słynne w Gizie. Oczywiście skala nie ta, ale i tak było wysoko. Karimę będę wspominał jeszcze z gry w piłkę z miejscowymi. Całe szczęście, że nasi byli na mundialu, bo przynajmniej Sudańczycy wiedzą, jak wymówić nazwę naszego kraju. Choć nie bardzo się orientują, gdzie on jest. Generalnie większość uważała mnie za archeologa, a jeden nawet zapytał, czy pochodzę z…. Japonii.

Z Karimy znów w brudzie i pyle dotarłem do Chartumu. Zaraz po wyjeździe z miasta zaczął kaznodzieja półtoragodzinne wywody. Na początku mi się podobało, bo to jakaś egzotyka takie kazanie w podróży. Przestało mi się podobać, jak znalazł sobie tłumacza i zaczął mnie nawracać. Wyglądał jak klasyczny Osama bin Laden, którego podobizny zresztą sprzedawane są tu na ulicy i często je widać w gazetach. Rozmawiałem ze studentami, którzy narzekają na dyktatorski reżim w Sudanie i chcieliby demokracji, ale bin Laden jest dla nich prawdziwym duchowym liderem. Także jakakolwiek zmiana władzy w Sudanie niewiele zmieni. Ten kraj pozostanie ortodoksyjnie muzułmański.

Teraz utknąłem w Chartumie i walczę z biurokracją, która obok gościnności, jest tym, co charakteryzuje Sudańczyków – im więcej stempli, legitymacji, zaświadczeń i zdjęć, tym lepiej. W Wadi Halfa, gdzie otrzymałem pozwolenie na podróż osiemnaście razy musiałem przechodzić do innych pomieszczeń. Kapitan, sekretarka, dziadek do przyklejania znaczków, pani od kopert. Teraz tutejszy urząd bezpieczeństwa weryfikuje, czy mogę jechać do Kassali i przekroczyć granicę z Erytreą. Spięcia miedzy tymi państwami skończyły się parę lat temu, ale jak mi powiedziało czterech nudzących się urzędników są właśnie w trakcie zmieniania procedury i muszę czekać na Bardzo-Ważną-Pieczątkę. Więc czekam i podziwiam zachody słońca nad Błękitnym Nilem

{mospagebreak title=Erytrea cz.I}

Raport nr 6

Podczas oczekiwania na załatwienie formalności w Chartumie zwiedziłem Muzeum Narodowe ze specjalną wystawą z okazji "40. lat współpracy polsko-sudańskiej w wykopaliskach archeologicznych". Trafiłem jeszcze na Muzeum Republikańskie ze wszystkimi pamiątkami po byłych rządach na terenie Sudanu.

W Omdurmanie na przeciwległym brzegu rzeki znajduje się mauzoleum Mahdiego. Był on przywódcą Sudańczyków w walce przeciw kolonizatorom brytyjskim pod koniec XIX w. Teoretycznie innowiercy nie mają prawa wstępu do mauzoleum, ale jeden zielony dolar otworzył mi bramy. Zresztą mauzoleum nie zawiera jego prochów, gdyż one na rozkaz lorda Kitchenera rozsypane zostały po Nilu.

Z Chartumu pojechałem do Kassali. Zamiast pięciu godzin jak mówił na początku kierowca, było dwa razy więcej. To norma. Brakuje im poczucia czasu i przestrzeni. Nie dostałem łóżka w hotelu w Kassali póki nie zarejestrowałem się na policji. Znów biurokracja i kolejne dinary odpłynęły na wspomożenie sudańskiego reżimu. Do granicy z Erytreą miałem 27 kilometrów. Był piątek, dzień paskudny na jakiekolwiek podróżowanie po krajach muzułmańskich. Jedyny kierowca zażądał 6$ za tak krótki odcinek. Miejscowi pokornie płacili, a ja postanowiłem poszukać czegoś innego. Po dwóch godzinach musiałem wrócić do punktu wyjścia, bo ruch po pustynnym szlaku był zerowy. Oczywiście kierowca uniósł się dumą i wziąć mnie nie chciał. Znów uratowały mnie zielone dolary.

Granica sudańsko-erytrejska to jedna z dziwniejszych jakie przekraczałem. Jedna budka po stronie sudańskiej gdzieś w środku ni to pustyni, ni sawanny. Jeszcze parę kilometrów ziemi niczyjej i opuściłem ziemię Pepsi i trafiłem do królestwa Coca-Coli, która w Erytrei jest wszędzie. Do tego wreszcie mogłem kupić piwo (1zł!) i zjeść spaghetti.

Erytrea to najmłodszy kraj na kontynencie afrykańskim. Niepodległość uzyskał w 1991 po trzydziestu latach walki wyzwoleńczej. Widać, że buduje się nowe drogi, stawia się budki telefoniczne, szkoły, szpitale. Białe Land Rovery United Nations kłują w oczy w porównaniu z panującą biedą. Ceną za rozwój jest prawie całkowite pozbawienie wolności dla obywateli. Autobusy kontrolowane są na każdych rogatkach miasta, a dokumenty są nieustannie sprawdzane. Prawie wszyscy młodzi Erytrejczycy są w tzw. służbie narodowej i na rozkaz rządu przenoszeni są z jednego miejsca na drugie na szkolenia wojskowe czy prace letnie.

Postanowiłem pojechać do Nakfy – kolebki erytrejskiej państwowości. Nakfa pozostawała twierdzą Erytrejczyków podczas walk z Etiopczykami. Położona wysoko w górach była kontrolowana przez Front Wyzwolenia od 1977 roku. Na początku pożałowałem, że w ogóle tam przyjechałem. Miastem raczej Nakfy nie można było nazwać. Hotel był mniej niż skromny, a znalezienie posiłku zajęło mi trochę czasu. Następnego dnia jednak zmieniłem zdanie. Całe miasto otoczone jest okopami, które górują nad rozległą doliną. Wędrówka w doskonale zachowanych umocnieniach była czymś niecodziennym. Wiozę do Polski łuskę na pamiątkę.

Jako że autobusu następnego dnia nie było zabrałem się na pace ciężarówki z setką kozich skór, które merdały mnie swoimi nieżywymi ogonami podczas zjazdu po wertepach. Wjeżdżaliśmy w stada wielbłądów, które nie chciały zejść z drogi, a raczej z wyschniętego koryta rzeki. Nad głową przelatywały jaskrawe ptaki, a na wzgórzach widziałem rodzinę małp.

Następnym przystankiem był Keren. Keren to jakby żywe muzeum. Jeśli ktoś chce zobaczyć jak wyglądały Włochy w latach 50. zeszłego wieku, to zapraszam do Keren. W hotelu Piemont, który teraz zwie się Red Sea, zagrałem z miejscowymi w bilard. Tyle, że grałem w tę grę pierwszy raz. Przez całe życie nazywałem bilardem coś, czym w rzeczywistości nie jest. Generalnie bilard polega na rzucaniu bilami, a nie uderzaniu ich kijem. Poza tym zasady punktacji są bardziej skomplikowane.

Z Keren już po asfaltowej drodze w przepięknej scenerii dojechałem do Asmary.

{mospagebreak title=Erytrea cz.II}

Raport nr 7

Asmara położona jest na płaskowyżu na wysokości około 2480 m n.p.m., co sprawia, że klimat jest tu niezwykle przyjazny. W szczególności, gdy przybywa się z gorącego Sudanu. Aż trudno sobie wyobrazić, że Asmara znajduje się w Afryce. Wszystko dlatego, że Włosi wybrali to miejsce na swoją stolicę w kolonialnej Afryce. Architektura, zwyczaje, jedzenie – wszystko jak we Włoszech. Wędrować bez celu po ulicach można godzinami. Samotnie w godzinach południowej siesty albo z całymi tłumami w czasie wieczornej passegiaty.

Pojechałem parę kilometrów za miasto, by zobaczyć cmentarzysko czołgów. Trochę byłem rozczarowany, gdyż spodziewałem się stojących czołgów jeden obok drugiego, a widok przypominał zwykłe złomowisko. Tyle dobrze, że mogłem sobie posiedzieć w środku czołgu, bądź na lufie.

W Asmarze spędziłem kilka dni, bo ciężko było mi wyjeżdżać z miasta, w którym można swobodnie oddychać i się nie pocić. Kilkadziesiąt kilometrów od stolicy znajduje się kilkusetletni platan. Żeby tam dotrzeć, musiałem miejscowym pokazywać banknot pięcionakfowy. Na nim właśnie Erytrejczycy uwiecznili swój cud natury. Magiczne zdanie: "Hamushte nakfa" doprowadziło mnie do celu. Drzewo jest niesamowicie wielkie i rozległe. Nasz "Bartek" niestety jest poza konkurencją.

Do Erytrei chciałem pojechać od czasu jak przeczytałem "Heban" Kapuścińskiego i rozdział "Sceny erytrejskie". Jest tam opis drogi z Asmary do Massawy – polecam! Te dwa miasta dzieli sto kilometrów, ale różnica wzniesień wynosi prawie dwa i pół kilometra. Nietrudno sobie wyobrazić, że na tak małej odległości przy takiej różnicy poziomów droga musi się kręcić. I kręciła się karkołomnie. A ja wybrałem rower zamiast autobusu. I było warto. Niesłychana przygoda. Wyjechałem wcześnie rano ubrany w długie spodnie i ciepłą bluzę, a dotarłem do Massawy kilka godzin później mokry od potu przy czterdziestokilkustopniowym upale.

Z pięknego, zadbanego miasta w stylu Art-Deco zjechałem do (nieznośnie gorącej) zburzonej w czasie wojny o niepodległość Massawy, która wybudowana została przez Turków. Sto kilometrów, a trudno sobie wyobrazić bardziej od siebie różniące się miasta.

Teraz statkiem handlowym planuje dopłynąć do Assabu, a stamtąd do Dżibuti. Statek miał odpłynąć 30 godzin temu, a ja ciągle siedzę na nabrzeżu i pokornie czekam.

Afryka uczy cierpliwości….

{mospagebreak title=Dżibuti}

Raport nr 8

Po dwóch dniach czekania w Massawie w końcu załadowałem się na statek. Najpierw czekaliśmy na lodówki, a potem na owoce dla żołnierzy sił pokojowych. Myślałem, że popłynę sam, ale wraz ze mną na pokładzie rozlokowało się dwustu żołnierzy. Tak płynęliśmy przez dwie noce. Było strasznie upalnie, a załoga statku dostarczyła tylko wodę do picia.

M/s Angelus, z pokładu którego podziwiałem wody Morza Czerwonego, ma swoją historię. W 1982 roku bojownicy erytrejscy zamówili go w duńskiej stoczni. Przez cały czas trwania walki o niepodległość na tymże statku szmuglowana była broń z Jemenu.

Dotarłem do Asabu. Przed wojną z 1997 roku mieszkało tu ponad 40 tysięcy ludzi w większości pochodzenia etiopskiego. Teraz poza żołnierzami mało kto tu pozostał. Port jest całkowicie opustoszały. Nie było tu żadnego statku, oprócz tego, którym tu przypłynąłem. Etiopczycy cały swój eksport kierują przez Dżibuti. Przypłynąłem w czwartek i zapytałem miejscowych, kiedy odjeżdża coś w kierunku granicy z Dżibuti.

- Jak to kiedy? Jak zwykle co sobotę! – taką odpowiedz otrzymałem. Miałem szczęście, że czekać musiałem tylko dwa dni.

Jeśli ktoś lubi morze i nurkowanie, to polecam Asab. Nie ma żadnych turystów, plaże są piękne, a życie podwodne obfite.

Na granicy erytrejsko-dżibutańskiej nie można nawet dostać stempli granicznych.
W obskurnych lepiankach żołnierze spisują tylko dane osobowe.

Dotarłem do Moulhoule. Nie była to nawet wieś, tylko kilkanaście domków na pustyni, tuż przy morzu. Niewielki garnizon żołnierzy, kilkadziesiąt mieszkańców i mnóstwo wielbłądów. Nie ma tu elektryczności, wody pitnej, nawet nikt nie chciał patrzeć na dolary. A jako że nie miałem miejscowej waluty, nie mogłem kupić nic do jedzenia. W tej osadzie spędziłem parę godzin, bo samochód terenowy z Obocku nie dotarł na granicę, a ten erytrejski nie mógł poruszać się po dżibutańskiej ziemi. Czekała mnie noc pod gwiazdami w miejscu daleko od jakichkolwiek cywilizacyjnych udogodnień. Wreszcie koło jedenastej wieczorem na horyzoncie pojawił się błysk świateł. Jako że dżibutański samochód był dwukrotnie mniejszy od tego który przywiózł ludzi z Asabu, to ścisk na pace był potworny. Oczywiście na tym się nie skończyło. Po parunastu kilometrach maszyna odmówiła posłuszeństwa. Miejscowi bez żadnych narzekań wysypali się z paki i rozłożyli na piasku. Po tym jak zdecydowałem się wyciągnąć śpiwór i zasnąłem odezwał się radosny krzyk szofera: – “Jedziemy dalej!”

Resztę nocy spędziłem śpiąc na klepisku w zagrodzie domu Mussego. Musse był niezwykle gościnny i przyjazny. Wierzy we wszystko, co napisane jest w Koranie. Jego bohaterowie to Osama bin Laden i Saddam Husajn. Pierwszy do odstrzału – Szaron i Bush.

Obock to malutka mieścina. Raz w tygodniu wszyscy mieszkańcy wylegają na wybrzeże. Przypływa prom ze stolicy i przywozi ze sobą bydło, jedzenie i coca-colę. Widok na promie to coś, co nazwałbym chaosem. Kompletny brak organizacji. Jedni rozładowują, inni załadowują. Kozy, owce, krowy walczą z terenowymi toyota’mi. Po wypłynięciu dziesiątki delfinów towarzyszą nam w drodze do Djibouti Town.

Dżibuti to kraj potwornie drogi. Koszty życia są większe niż w Zachodniej Europie. Ogromny port i baza dla trzech tysięcy legionistów francuskich. Wytargowałem nocleg w obskurnej ruderze za 1500 franków, czyli 9$. Właściciele chcieli 2000 franków, bo Gregorij z Polski jak tu był, to tyle im zapłacił. Powiedziałem, że Gregorij to burżuj i ma dużo pieniędzy. To ich przekonało. W każdym bądź razie pozdrawiam Gregorija!

Oprócz tego, że Dżibuti jest drogie, to do tego jest miastem brudnym i nieprzyjemnym. Zamieszkują je Somalijczycy i Afarowie. Obie nacje mają koczownicze korzenie, więc załatwiają swoje potrzeby, jak to mieli w zwyczaju czynić przez setki lat, tam gdzie akurat są w potrzebie. I nieważne, że jest to chodnik na głównej ulicy przed pałacem prezydenckim.

Cierpliwość do tego kraju strąciłem następnego dnia. Przyszedłem na stację autobusową po dziewiątej i jako pierwszy wsiadłem do minibusu. O jedenastej byłem szczęśliwy – autobus się zapełnił. Myślałem, że skończy się czekanie w upale. Ale… Dżibuti to kraj ludzi uzależnionych od czatu. Nie takiego internetowego lecz liściastego. Czat to roślina, której liście zawierają nietoksyczną substancję pobudzającą. Najtańsza dzienna dawka liści kosztuje 2$. Żuje całe miasto. O 13.30 kończy się wszelka praca, bo akurat wtedy przybywa świeży transport liści z Etiopii. Wracając do mojego minibusu…. kierowca o jedenastej zdecydował, że nie pojedziemy, bo trzeba poczekać na czat do owej magicznej godziny: 13.30. Dopiero następnego dnia przekroczyłem granicę z Etiopią. Tym niemniej Dżibuti ma wiele do zaoferowania, tylko trzeba uzbroić się w mnóstwo pieniędzy. Wspaniałe, ciepłe morze do nurkowania, oazy zieleni pośrodku pustyni oraz dwa słone jeziora, z których jedno nazywane jest Księżycem na ziemi.

{mospagebreak title=Etiopia}

Raport nr 9

Po wjeździe do Etiopii, pierwsze co się rzuca w oczy, to chmara żebraków, biedaków i złodziei. Ludzi z przeróżnymi chorobami, zmutowanymi rękoma lub pełzającymi po ziemi. Tak mnie przywitało Dieciotto, małe miasto przy granicy dżibutańskiej. Po pewnym czasie zauważyłem, że najgorsze dla turysty są miasta tranzytowe, które służą tylko do noclegu podczas przejazdu autobusem.

Drogi są w kiepskim stanie, więc podróż miedzy miejscami wartymi zobaczenia zabiera przeważnie ponad jeden dzień. Trzeba więc spać w różnych dziwnych miejscach. Tanie hotele przypominają cele więzienne. O ile w Sudanie i Erytrei widziałem biedę, to niektórych ludzi spotkanych w Etiopii nie mogę nazwać inaczej jak tylko nędzarzami. To jednak tylko cześć Etiopii. Ta druga cześć to niezwykle przyjaźni ludzie, historyczne miejsca i niezwykłe krajobrazy. Północ z przepięknymi górami i urwiskami oraz południe z bardziej tropikalną roślinnością zostają w pamięci każdemu turyście.

Z Dieciotto ruszyłem do Woldyi. Przez całą drogę autobus płoszył ptaki i drobne zwierzaki z jezdni, a obok maszerowały półnagie kobiety z kanistrami wody na plecach i głowie. Z Woldyi wiedzie niezwykle malownicza droga do Gasheny położonej na wysokości 3500 m. n.p.m. Po upalnym pustynnym Sudanie nadszedł czas chłodnej i deszczowej Etiopii. Lalibela ze swoimi sławnymi na całym globie kościołami wykutymi w litej skale jest miejscem niezwykłym. Aż trudno sobie wyobrazić ogrom pracy włożony nie we wzniesienie, ale w wgłębienie tych świątyń. I to wszystko zostało zrobione kilkaset lat temu.

Niedzielna msza w ortodoksyjnym kościele koptyjskim, w małym kościele pełnym zapachu miry, była niezwykła. Lalibela to chyba najważniejsze zabytkowe miejsce w całej Afryce.

Po wrażeniach jakich doznałem, oglądając te dzieła ludzkich rąk (choć miejscowi twierdza, że w niektórych budowlach pomagali aniołowie), pojechałem na wschód do Bahar Daru. Jakieś 30 kilometrów od tego miasta znajduje się wielkie dzieło sił natury – wodospady na Błękitnym Nilu. Akurat jest pora deszczowa, szczęśliwym trafem przez całą noc solidnie padało, więc wodospady zobaczyłem w jak najlepszym wydaniu. Polecam równie mocno jak Lalibelę! Nie sposób ich opisać, bo najlepsze uczucie to prysznic z wody rozpryskującej się u podnóża wodospadów.

Z Bahar Daru do Adis Abeby jest około 500 km, ale pokonanie trasy autobusem zajęło mi dwa dni. Polubiłem bardzo to miasto, gdzie jak śpiewa Bono z U2, "streets have no names". Tak naprawdę ulice mają nazwy, tylko mało kto ich używa. Żeby kupić w Etiopii mapę, potrzeba zezwolenia z ministerstwa. To wszystko tłumaczy.

W porównaniu z resztą Etiopii, czy nawet z Chartumem Adis wygląda jak cywilizowane miasto. Dobre restauracje, kafejki, całkiem niezłe ulice. Można przyjrzeć się muzeum etnograficznemu w dawnym pałacu cesarza Hajle Selasje. Muzeum jak na warunki afrykańskie jest wprost profesjonalne. Obok niewielkie zoo, w których gnieżdżą się potomkowie cesarskich lwów, symbolu cesarskiego imperium. Facet z kijem drażni je co pewien moment, aby fotograf mógł zarobić, robiąc zdjęcia turystom. Jest jeszcze w Adis największy targ we wschodniej Afryce, który jednak rozczarowuje w porównaniu z bazarami w krajach arabskich.

Pomimo tego, iż dla mnie jako dla turysty wszelkie ceny wywoławcze są co najmniej dwa razy wyższe niż dla miejscowych. Pomimo tego, że przez cały pobyt jadłem tylko jajecznice, kwaśne placki injery i od czasu do czasu coś co Etiopczycy nazywają spaghetti. Pomimo coporannych kłótni na dworcach autobusowych. Pomimo towarzyszących mi w każdym miasteczku okrzyków: "You, you", "Faranji, farnji" (cudzoziemiec) i "Daj mi jednego birra". Pomimo tego wszystkiego uważam, że Etiopia jest krajem niezwykłym i godnym odwiedzenia. Tym bardziej, że nie zdążyłem zobaczyć gór Simien, plemion Jinka i Mursi w dolinie Omo oraz Aksum – miejsca przechowywania Arki Przymierza. Pomimo widocznej nędzy, Etiopia nie jest krajem pustyni i ludzkich szkieletów, tylko zieloną krainą obfitującą w wiele atrakcji.

{mospagebreak title=Kenia}

Raport nr 10

Z Adis Abeby aż do Nairobi podróżowałem w towarzystwie trojki Izraelczyków. Nie mają oni łatwego życia w Afryce. Szczególnie w tych rejonach zamieszkałych przez muzułmanów. Siłą rzeczy konspirowałem razem z nimi. Podawali się za Holendrów. Jeden ze światlejszych Kenijczyków zaczął zadawać pytania i zorientował się, że Holendrami nie są. Było gorąco.

Jeden z najbardziej przygodowych punktów mojej podróży to przejazd z Moyale do Isiolo. Pomiędzy tymi miastami nie ma żadnego transportu publicznego. Jedyną możliwością pokonania tej trasy jest przejazd na ciężarówce. Z przodu ciężarówki jest tylko parę miejsc i są bardzo drogie, więc znaleźliśmy miejsca na metalowym szkielecie. Pod nami podróżowały krowy jadące z Etiopii do kenijskiej rzeźni. Musieliśmy się mocno trzymać, by nie spaść z metalowej konstrukcji. Bydło na wyboistej drodze cały czas się przewracało, tworząc jeden wielki galimatias cielsk, kopyt i rogów. Nie mogę sobie wyobrazić bardziej wyczerpującej i niewdzięcznej pracy, niż ta którą miał sympatyczny Kenijczyk, dzielący z nami trudy podróży. Jego zadaniem było ustawianie krów tak, by po sobie nie deptały i podróżowały w pozycji stojącej. Za miesiąc takiej harówki dostaje jakieś 60 dolarów.

Po drodze w okolicach Marsabit mijaliśmy prawdziwe afrykańskie plemiona. Kolorowo ubrani mężczyźni w jednej ręce trzymali dzidy, a w drugiej karabiny maszynowe. My mieliśmy na ciężarówce swojego skauta, który odpowiadał za bezpieczeństwo. Na przejeżdżających bowiem od czasu do czasu napadają shifta, czyli bandy Somalijczyków.

W Isiolo miałem okazję zobaczyć mecz o Tarczę Dobroczynności pomiędzy Arsenalem i Liverpoolem. W małym pomieszczeniu zmieściło się ze dwustu miejscowych i ja jako fan Dudka. Zostałem zaproszony do sektora Liverpoolu. Było hałaśliwie, duszno, ale przeżycie niezapomniane. Po meczu całe miasto wołało na mnie Dudek.

Pięć godzin do Nairobi autobusem było jak ciastko z kremem po trudach związanych z ciężarówką z bydłem. Nairobi u chyba wszystkich przyjeżdżających do tego miasta wywołuje uczucie leku i niepewności. Poza początkiem, gdy wybuchło coś w publicznej toalecie w centrum miasta, przez resztę mojego pobytu nie czułem się zagrożony.

Wsiadłem do autobusu, zmierzającego do Dar es Salam. Przejechałem przez Arushę w pięćdziesiątym dniu mojej podróży. To miasto leży w połowie drogi między Kairem a Kapsztadem. Ta druga południowa część Afryki jest łatwiejsza i szybsza do przemierzenia, ale zarazem droższa. W okolicach Moshi z żalem popatrzyłem na zaśnieżony wierzchołek Kilimandżaro. Mam nadzieję, że tu jeszcze kiedyś wrócę, aby go zdobyć.

{mospagebreak title=Tanzania}

Raport nr 11

Dar es Salam pomimo tego, iż jest jednym z większych miast w Afryce jest bardzo spokojnym i przyjaznym miejscem. Spędziłem tu parę miłych chwil w oczekiwaniu na zambijską wizę. Z Dar ruszyłem do Zanzibaru.

Zanzibar, na który składają się wyspy Unguja (Zanzibar właściwy), Pemba i kilkaset mniejszych wysepek, był kiedyś niepodległym państwem. Rządzili nim sułtanowie z odległego Omanu. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Zanzibar wraz z lądową Tanganiką stworzył Tanzanię.

Swój koloryt wyspy zawdzięczają mieszance wpływów arabskich, hinduskich i brytyjskich. Swoje parę groszy dołożyli też handlarze niewolników, dla których wyspa stanowiła "centrum biznesu". Tych, którzy próbowali uciekać, przewożono na pilnie strzeżoną Wyspę Więźniów. Dziś na niej można podziwiać ogromne żółwie, a rafa wokół niej to wspaniałe miejsce do snorkelingu. Wysiadając z promu zaplątałem się w labirynt Stone Town. To miasto jest niesamowite. Najlepiej wędrować bez celu i gubić się w jego uliczkach.

Zanzibar słynny jest na całym świecie z przypraw. Pojechałem na plantację i ze zdziwieniem kosztowałem cynamonu, który jest niczym innym jak skruszoną korą z drzewa. Pieprz też rośnie na drzewie. Za to ananasy nie spadają z palm, tylko rosną na niskich krzakach. Po skosztowaniu kardamonu, wanilii, imbiru i innych przypraw gardło przepłukałem orzeźwiającym Safari Lager. Wycieczkę na plantację najlepiej zorganizować sobie samemu. Wtedy zapłacimy parę złotych zamiast parunastu dolarów. Bo tutaj na wyspie, mimo iż obowiązującą waluta jest szyling tanzański, miejscowi wolą kasować turystów w dolarach. Niestety za wejście na pływanie z delfinami trzeba już płacić operatorowi turystycznemu, a to trochę kosztuje.

Na północy wyspy w okolicach Nungwi jest coś co sprawia, że Zanzibar jest magnesem dla wielu turystów – plaże. Mimo iż nie jestem zwolennikiem leżenia na brzuchu i zażywania kąpieli słonecznych, to plaże, które tu zobaczyłem, zatrzymały mnie na dłużej. Biały, bielusieńki piasek. Palmy i krystalicznie czysta woda. I prawie w ogóle nie ma ludzi! Można wynająć bungalow od 10$, a tym co mają mniej pieniędzy zostaje hotel w wiosce za parę złotych. Już nie przy brzegu oceanu, ale zaledwie kilkaset metrów od niego.

Jeśli kiedykolwiek będziecie w Afryce nie przegapcie Zanzibaru!

{mospagebreak title=Zambia}

Raport nr 12

Początkowo planowałem jechać w kierunku Kapsztadu przez Malawi, Mozambik i Zimbabwe. Niestety zabrakło mi wolnych stron w paszporcie i ruszyłem przez kraj, którego wiza mieści się na pół strony – Zambię. Linia TAZARA łączy stolicę Tanzanii z małą wioską Kapiri Mposhi w Zambii. Kursują na niej po dwa pociągi tygodniowo w obie strony. Za to dworzec w Dar es Salam wybudowano w iście gigantycznym, socrealistycznym stylu. Chciałoby się zapytać, ile kosztuje ogrzanie tego gmachu, ale tu raczej nie mają z tym problemu.

Trasę TAZARY pokonuje się w dwa dni. Nam (piszę nam, bo od Dar podróżowałem z Kubą i Dominiką z Wrocławia) zajęło to trochę dłużej, gdyż mieliśmy na pokładzie Kilimanjaro Express kilkadziesiąt kobiet zmierzających z czymś co nazywały pochodnią pokoju, z Kampali do Johannesburga. Na każdy dworzec wjeżdżaliśmy przy akompaniamencie bębnów i innych instrumentów powitalnych. Na jednym z nich usłyszałem od nastolatków, że świętują kolejną rocznicę wyzwolenia “od Was – białych ludzi”. Później zatańczyli mi przed nosem w umalowanych twarzach i do teraz nie wiem, czy to był taniec wojenny czy pokojowy. Na wszelki wypadek udawałem, że się świetnie bawię. Ledwo zdążyliśmy zauważyć, jak zmieniło się w "warsie" piwo (z Kilimanjaro na Rhino) i zaczęliśmy płacić walutą o uroczej/ohydnej nazwie – kwacha.

Dojechaliśmy do Lusaki, która jest raczej obrzydliwa i poza główną ulicą – Cairo Road – nie za wiele jest miejsc do pospacerowania. Wyszliśmy w nocy na ciemne ulice w poszukiwaniu supermarketu i przeraziliśmy się sposobami odgradzania domów. Płoty i druty kolczaste wszelkiego kalibru wskazywały, że Lusaka nie jest bezpiecznym miastem. Spędziliśmy więc tam tylko jeden wieczór i ruszyliśmy do Livingstone.

Słynny podróżnik i misjonarz, od którego to miejsce wzięło swoją nazwę, odkrył kilkanaście kilometrów stąd wodospady. Nazwał je Wodospadami Wiktorii. Masa wody spada nagle w przepaść na długości kilkuset metrów. Wrażenie dosłownie i w przenośni piorunujące. Widok NIESAMOWITY. A ja nie chciałem tu początkowo przyjeżdżać! Spodobało nam się jeszcze bardziej, gdy weszliśmy na tańsze bilety "dziecięce". Stawki dziecięce nie obowiązują jednak na taryfach za przelot helikopterem nad wodospadami czy spływ tratwą po Zambezi. A szkoda, bo pewnie byłoby miło.

Pomiędzy granicami zambijską i zimbabwańską jest most nad rzeką Zambezi. Most zbudowany został w celu umożliwienia przejazdu pociągu przez tą wielką rozpadlinę. Linia kolejowa, o której marzył Cecil Rhodes, miała połączyć ziemię pod berłem monarchii brytyjskiej od Kapsztadu do Kairu. Do dzisiaj linii nie ukończono. Może dlatego, że Brytyjczyków już nie ma w Afryce. Z mostu można skoczyć na bungee za 90$. Lot – jeden z najdłuższych na świecie – 111 metrów w kierunku rwącej Zambezi! Jako że nie było zniżek studenckich, dziecięcych, ani dla turystów wschodnioeuropejskich, więc próbowaliśmy negocjować zrzucenie na linie samego plecaka. Bezskutecznie. Wkroczyliśmy do kraju chaosu, do Zimbabwe.

{mospagebreak title=Zimbabwe}

Raport nr 13

Na samym początku byliśmy zauroczeni Zimbabwe. Ludzie byli niezmiernie sympatyczni, a życie tanie – przynajmniej dla tych co mają twardą walutę i wymieniają ją na czarnym rynku. Jeśli wymieniamy pieniądze w oficjalnym punkcie, za jednego dolara amerykańskiego dostaniemy sześćdziesiąt zimbabwańskich. Wymieniając na ulicy dostaniemy dziesięć razy więcej. Dlatego strzeżcie się i nie korzystajcie z bankomatów w tym kraju!

Victoria Falls, przygraniczne miasto zbudowane wokół wodospadów, jest czyste, zadbane i aż trudno sobie wyobrazić, że ludzie w tym kraju mogą głodować. A głodują, ale to widzi się dopiero na prowincji. Jako na bogaczy z Zachodu miejscowi z zazdrością patrzyli na nas, jak płacimy półtora dolara za kuszetkę na kilkusetkilometrowym odcinku do Bulawayo.

Tam na dworcu zaczęliśmy się zaznajamiać z inną mniej sympatyczną stroną Zimbabwe – złodziejami. Wyraźnie było widać, kto ma ochotę na nasze bagaże. Mieliśmy jednak swoich znajomych, którzy eskortowali nas do autobusu. Dotarliśmy do Harare i patrzyliśmy ze zdziwieniem na to nowoczesne miasto. Czysto, eleganckie restauracje, strzeliste wieżowce, no i wiosna w pełni! Do tego mogliśmy sobie na wszystko pozwalać. Nie oszczędzaliśmy na niczym, a nasz całkowity budżet nieznacznie przekraczał pięć USD dziennie. Harare jest tanie, ale licząc po oficjalnym kursie to trzecie w kolejności najdroższe miasto na świecie.

Byliśmy już blisko końca wyprawy, ale nasze nadzieje na szybkie załatwienie wizy do RPA szybko zostały rozwiane. Kolejka wzdłuż murów ambasady była imponująca. Podobno w Botswanie oczekiwanie na wizę to parę dni. Ten argument i kłopoty z bezpieczeństwem w stolicy Zimbabwe przekonały nas do podróży do Botswany. Dzięki pomocy naszej ambasady w Harare, której imię obiecaliśmy chwalić na świecie, a także dzięki kilkugodzinnym negocjacjom załatwiliśmy wizy do Botswany od ręki.

Podróż do Francistown przypominała trochę ucieczkę z kraju, który nas zachwycił na początku, a ostatecznie zdrowo przestraszył. Szkoda, bo tyle tu pięknych miejsc do zobaczenia.

{mospagebreak title=Botswana cz.I}

Raport nr 14

Tak się dziwnie złożyło, że podczas mojej podróży najdłużej przebywałem w krajach, których w ogóle nie zamierzałem odwiedzić. Najpierw dwa tygodnie spędziłem w Erytrei, a teraz w oczekiwaniu na wizę do RPA przez szesnaście dni tułałem się po niesamowitych pustkowiach Botswany.

W tym czasie pięciokrotnie jechałem nocnym pociągiem na trasie Francistown – Gaborone. Zaoszczędziłem w ten sposób trochę pieniędzy na noclegach, które w Botswanie są bardzo drogie. No i miałem już swoje ulubione miejsce w wagonie trzeciej klasy.

Wjeżdżając do Botswany ma się wrażenie, że to już nie Afryka. Francistown na przykład wygląda jak prowincjonalne miasteczko gdzieś na dzikim zachodzie Stanów Zjednoczonych, do którego zjeżdżają się właściciele okolicznych farm. Po ulicach suną samochody terenowe, w nadziei na znalezienie miejsca parkingowego przy bankach lub centrach handlowych.

Dzięki odkryciu diamentów w połowie lat sześćdziesiątych Botswana z najbiedniejszego kraju na świecie wyrosła na afrykańską potęgę. Teraz nie głód zabija mieszkańców tego kraju. Oprócz tego, że Botswana przoduje w statystykach najbogatszych krajów na kontynencie, to również zajmuje miejsce na samym szczycie pod względem zachorowalności na AIDS. Szacuje się, że co druga osoba w wieku 15-40 lat jest chora na AIDS bądź zarażona wirusem HIV. W gazetach parę dobrych stron zajmują nekrologi, najczęściej ze zdjęciami nastolatków.

W Gaborone okazało się, że na wizę do RPA trzeba czekać co najmniej dwa tygodnie. Spodziewałem się wielu trudności na mojej trasie wzdłuż Afryki, ale akurat nie chciałem wracać do domu z biurokratycznych powodów. Kuba z Dominiką ze względu na brak czasu zafundowali sobie bilet do Polski z Botswany, więc znów przyszło mi podróżować samemu. Postanowiłem czekać, bo przecież Kapsztad jest już tak blisko.

Pojechałem na północ, gdzie w okolicach Kasane znajduje się Chobe National Park. Jechałem tam specjalnie, by zobaczyć słonie i hipopotamy. I nie zawiodłem się. Podczas czterogodzinnego safari łódką na rzece Chobe widziałem kilkaset słoni. I spokojnie mogę to nazwać safari, gdyż "safari" to w języku suahili znaczy "podróż".

Bogactwo i liczba dzikich zwierząt jest trudna do opisania, więc wymienię większe zwierzaki, które widziałem: bawoły, żyrafy, zebry, hipopotamy, pekari, krokodyle, dzikie świnie, orły, kormorany, sępy i kilka gatunków tego wszystkiego, co można wrzucić do worka pod tytułem "antylopy". Wreszcie zobaczyłem Afrykę naprawdę dziką.

Z Afryki "dzikiej" pojechałem do Afryki "pustej". W okolicach Naty szaleliśmy jeepem po bezdrożach równiny Sua Pan. Widać było tylko wyschniętą ziemię. Aż po horyzont. Horyzont największy na świecie! Było cicho, pusto i bezludnie. Tylko po co te natrętne muchy? W lutym/marcu po porze deszczowej, ta "patelnia" wypełnia się wodą i przyciąga tysiące flamingów i naszych boćków na tymczasowej emigracji. Zawsze się zastanawiałem, gdzie są te ciepłe kraje, do których odlatują na zimę.

Znów wróciłem do Gaborone. Specjalnie na mecz eliminacyjny do Pucharu Afryki, o którym w następnym raporcie.

{mospagebreak title=Botswana cz.II}

Raport nr 15

Była ciepła wiosenna sobota i tłumy mieszkańców Gaborone zmierzały w kierunku botswańskiego Stadionu Narodowego. Trzydziestotysięczny obiekt wypełniony był w połowie, a na trybunach zamiast dopingu, tańce. A może to taki doping? Nie spodziewałem się po drużynach Botswany i Swazilandu dobrego futbolu. Przyszedłem dla atmosfery.

Poziom meczu był poniżej naszej A klasy. Celnych strzałów było ze trzy i wynik musiał być bezbramkowy. Sędzia był klasycznym drukarzem. Ukarał miejscowego zawodnika czerwoną kartką, a widząc że i bez tego Swazilandczycy nie potrafią sobie poradzić, zdecydował się przerwać mecz przed czasem. Schodził do szatni pod obstawą policji.

Nocnym pociągiem (a jak!) pojechałem do Francistown, a stamtąd do miasteczka o fajnej nazwie Sepupa. Leży ono w delcie Okawango. Okawango bierze swój początek w górach Angoli, płynie sobie czas jakiś i nie ma sił dopłynąć do morza czy oceanu tylko kończy swój bieg rozlewając się w piaskach pustyni Kalahari.

Pustynia Kalahari za to nie jest taką klasyczną pustynią – jest porośnięta buszem, w którym można spotkać prawdziwych buszmenów. Prawdziwi buszmeni niestety nie potrafią sobie poradzić ze zmieniającym się światem. Podobnie jak Afarowie w rogu Afryki. Fascynujące białych odkrywców tajemnicze narody giną dzisiaj w liściach czatu lub alkoholu.

W Sepupie na kempingu odrabiałem zaległości cywilizacyjne i wpatrywałem się w telewizor. Przeszkadzały mi miliony milionów muszek. Całe szczęście nie gryzły.

Rano ruszyłem łodzią motorową do Serongi. Mała łódka z mocnym silnikiem. Ale była jazda! Wzdłuż wodnych autostrad obrośniętych kilkumetrową trzciną pomykaliśmy z niezłą prędkością. Potem robiło się węziej i węziej, aż ledwo zauważalnymi przecinkami dotarłem do Serongi. Ta wioska to najtańsze miejsce w całej delcie do zorganizowania wycieczki mokoro. Mokoro to wąskie czółno napędzane siła ludzkich mięśni. To dla wyprawy w niekończące się rozlewiska delty przyjeżdżają tutaj turyści.

Dla ornitologów ten teren to prawdziwy raj, a dla młodych Wilimowskich też się coś znajdzie. Na przykład tropienie słoni. Ja miałem takie usr… szczęście, że wytropiłem tylko świeże odchody. O te jednak nietrudno, gdyż dorosły słoń produkuje ich dziennie około stu kilogramów. W nocy za to odgłosy słoniowych trąb dochodziły zewsząd.

Po dwóch tygodniach pobytu w Botswanie wróciłem do Gaborone. Nocnym pociągiem oczywiście. Wizy do RPA nie było.

{mospagebreak title=RPA}

Raport nr 16

Urzędnicy w ambasadzie południowoafrykańskiej przepraszali mnie, że dokumenty się gdzieś zawieruszyły. Szybko wzięli się do roboty i zamiast czternastu dni musieli uwinąć się w trzy godziny. Już myślałem, że czeka mnie kolejny weekend w tym arcynudnym mieście, gdy cały personel ambasady został ewakuowany z powodu alarmu przeciwpożarowego.

Na szczęście alarm był fałszywy. Tuż przed zamknięciem ambasady przyszedł wyczekiwany faks i dostałem pozwolenie na wjazd do RPA. Ciężko byłoby mi przeżyć kolejne trzy noce w przyczepie kempingowej bez prądu.

Mając w pamięci opowieści kilku podróżników o ich niemiłych doświadczeniach z Johannesburga ominąłem to miasto szerokim łukiem. Bardziej niż o siebie bałem się o ten tysiąc zdjęć, które wiozłem ze sobą, a które już wkrótce będziecie mogli zobaczyć na stronach Interii.

Dotarłem do Kimberley. Miasta powstałego wokół wzgórza pełnego diamentów. Z biegiem czasu wzgórze zrównano z ziemią, a dzisiaj miejsce odkrycia błyskotek nazywane jest Big Hole, czyli Wielką Dziurą. Jest to największy dół wykopany przez człowieka. Wydobyto z niego 22.5 miliona ton gruzu, z czego jedynie 2700 kg diamentów. Jedynie? Na tych kilogramach wyrosły przecież fortuny braci Boers czy Cecila Rhodesa.

Przez przeraźliwie puste miasto trafiłem na dworzec. Akurat przyjechał Blue Train. To ekskluzywny pociąg z Johannesburga do Kapsztadu za tysiąc dolarów z salonikami, restauracją, biblioteką i innymi bajerami. Ja cierpliwie poczekałem na moją tańszą trzecią klasę, gdzie byłem wyłącznym reprezentantem białej rasy. Całą noc słuchałem opowieści o apartheidzie. Rano podziwiałem widoki Karoo. Krajobrazy nieziemsko piękne. I tak miło mi czas zleciał aż do Kapsztadu.

Choć wiedziałem, czego się spodziewać, bo przecież obejrzałem dziesiątki zdjęć Kapsztadu to widok Góry Stołowej jest niezwykły.

No i udało się! Dojechałem do Kapsztadu. Z Kairu. W Kapsztadzie zwiedziłem centrum i nabrzeże portowe. Wdrapałem się na Signal Hill, by zobaczyć miasto nocą. Pozabierałem w dłonie trochę cierni z krzaków w drodze na Górę Stołową. Poznałem gwiazdozbiory południowego nieba w planetarium. Sfotografowałem pingwiny na plaży w Simonstown. Tak, tak pingwiny w Afryce!

Dotarłem na Przylądek Dobrej Nadziei – najdalszy punkt kontynentu. Najdalszy, ale nie najbardziej wysunięty na południe. Rezerwat wokół przylądka jest bardzo malowniczy. Z widokami na skaliste wybrzeża False Bay i Atlantyku. Aż szkoda, że ze względu na brak czasu spędziłem w RPA tylko 6 dni. Bo to miły i niebezpieczny kraj z tanimi wypożyczalniami samochodów.

(więcej…)

coś jeszcze

poniedziałek, 6 Grudzień 2004

 http://jv.gilead.org.il/pg/80day/ – klasyk Verne’a o podróży dookoła świata

http://www.nationalgeographic.com/traveler/intro.html – 50 miejsc na świecie, które należy zobaczyć wg National Geographic

(więcej…)

coś jeszcze

poniedziałek, 6 Grudzień 2004

 http://jv.gilead.org.il/pg/80day/ – klasyk Verne’a o podróży dookoła świata

http://www.nationalgeographic.com/traveler/intro.html – 50 miejsc na świecie, które należy zobaczyć wg National Geographic

(więcej…)

ślonsk

sobota, 4 Grudzień 2004

moja piykno czorno ziemia. Tu się urodziłech i byda tesknil za hałdami na kerych żech za bajtla lotoł.  Ślonsk to gwara, to tradycja to inna kultura.  Ślonsk to moja ukochana gieksa, szpile na ślonskim i comajowe pielgrzymowanie do Piekor. 
(więcej…)

adventure race

sobota, 4 Grudzień 2004

Adventure Race – czyli po polsku rajdy przygodowe. W klasycznej postaci to ściganie się zespołów czteroosobowych z minimum jedną kobietą w składzie. W zawodach mniejszej rangi startują teamy dwuosobowe lub startuje się solo. Sport ten polega na przemieszczaniu się pieszo, rowerem, kajakiem czy niekiedy na koniach, rolkach i innych tego typu bajerach. Jest przy tym sporo orientacji w terenie, zadań specjalnych z użyciem liny w skałach czy na mostach. Wpada się do lasu i wychodzi po dniu, dwóch, czterech. Widowiskowe dla widza to może nie jest, ale dla uczestnika to niesamowita szkoła własnych możliwości. Polecam główny wortal na ten temat na www.napieraj.pl 

Wyniki zespołu „Globetrotter.pl” – startowałem wspólnie z Zupą

Lion Winter Challenge 2004 – 22 miejsce – a nie ruszyliśmy na rowery bo nie dojechały :)

Emmet Cross 2004 – 4 miejsce

Indywidualnie

Próba Mamuta 2004 – 21 miejsce

Jura – listopad 2004, zawody treningowe – 5 miejsce

(więcej…)

bieganie

sobota, 4 Grudzień 2004

Szykowałem się do maratonu rotterdamskiego, ale na Erasmusie było za dużo innych pokus. Kondycję ciężko było utrzymać. Dopiero męcząca praca zmobilizowała mnie do wyluzowania w formie cowieczornego biegania. No i z Chalim przebiegliśmy razem cały warszawski maraton. Mój czas 4:07. Potem były jeszcze półmaratony – życiówka 1:34. Czekają na pobicie w Sydney!

Maraton:

Warszawa 2003 – 4.07

Półmaraton:

Łódź 2004 – 1.34

Warszawa 2004 – 1.44

Bieg Korfantego (ok. 8,5 km Katowice- Siemianowice):

2004 – 33.33

2005 – 34.23

2007 – 35.28

10 km

Sydney – 04.03.2006 – 42.33 http://www.sydneystriders.org.au/10k/06/TK06R02OR.shtml

(więcej…)

chillout

sobota, 4 Grudzień 2004

Chillout przede wszystkim, trzeba odpoczywać i chłonąć.  Po to się żyje!
(więcej…)

masta Nowak!

piątek, 3 Grudzień 2004

Równie genialną rzecz co Perkitny i Mroczkiewicz zrobił Kaziemierz Nowak.  W latach trzydziestych postanowił zrealizować swoje marzenia o afrykańskiej przygodzie.  Zaczął rowerem w Trypolisie kierując się ku drugiemu krańcowi Sahary.  Nie wygrał jednak z biurokratycznymi przeszkodami i wrócił na śródziemnorskie wybrzeże, skąd kontynuował swoją podróż do Egiptu.  Z Kairu przez całą Afrykę dotarł do Przylądka Dobrej Nadziei.  Jechał cały czas na rowerze, po drodze zatrzymując się w mijanych wioskach.  W swoich dziennikach niezwykle trafnie jak na ówczesne czasy ocenia wpływ białych kolonizatorów na afrykańskich społeczności.  Spotykał się z królami, dyplomatami, misjonarzami.  Dotarcie do południowych krańców Afryki pozostawiło widocznie niedosyt skoro zdecydował on się na powrót do domu również przez interior.  Podróżował na koniu, na zbudowanej przez siebie tratwie po jednej z rzek z basenu Konga.  Przez kilka tygodni leżał nieprzytomny z powodu malarii, aby po wyzdrowieniu ruszyć naprzód ku północy.  To co mu się nie udało na początku podróży zrealizował w drodze powrotnej.  Ze swoim wielbłądem przeszedł przez Saharę i dotarł do luksusów francuskiego Algieru.  Po czterech długich latach, w większości w samotności.  Szacuneczek za to wszystko dla tego niezwykłego i odważnego człowieka.  Umarł w wyniku powikłań rok po powrocie ze swojej odysei.

(więcej…)

masta Nowak!

piątek, 3 Grudzień 2004

Równie genialną rzecz co Perkitny i Mroczkiewicz zrobił Kaziemierz Nowak.  W latach trzydziestych postanowił zrealizować swoje marzenia o afrykańskiej przygodzie.  Zaczął rowerem w Trypolisie kierując się ku drugiemu krańcowi Sahary.  Nie wygrał jednak z biurokratycznymi przeszkodami i wrócił na śródziemnorskie wybrzeże, skąd kontynuował swoją podróż do Egiptu.  Z Kairu przez całą Afrykę dotarł do Przylądka Dobrej Nadziei.  Jechał cały czas na rowerze, po drodze zatrzymując się w mijanych wioskach.  W swoich dziennikach niezwykle trafnie jak na ówczesne czasy ocenia wpływ białych kolonizatorów na afrykańskich społeczności.  Spotykał się z królami, dyplomatami, misjonarzami.  Dotarcie do południowych krańców Afryki pozostawiło widocznie niedosyt skoro zdecydował on się na powrót do domu również przez interior.  Podróżował na koniu, na zbudowanej przez siebie tratwie po jednej z rzek z basenu Konga.  Przez kilka tygodni leżał nieprzytomny z powodu malarii, aby po wyzdrowieniu ruszyć naprzód ku północy.  To co mu się nie udało na początku podróży zrealizował w drodze powrotnej.  Ze swoim wielbłądem przeszedł przez Saharę i dotarł do luksusów francuskiego Algieru.  Po czterech długich latach, w większości w samotności.  Szacuneczek za to wszystko dla tego niezwykłego i odważnego człowieka.  Umarł w wyniku powikłań rok po powrocie ze swojej odysei.

(więcej…)

Perkitny i Mroczkiewicz

piątek, 3 Grudzień 2004

Jedną z moich inspiracji była książka Tadeusza Perkitnego „Okrążyć świat raz jeszcze”. Wraz z ukończeniem uczelni w 1926 r. zdecydował się on razem z Leonem Mroczkiewiczem na podróż dookoła świata. Mieli jedynie 100 złotych i namiar na kolesia w Szwecji, który mógłby im pomóc znaleźć pracę. Pracowali więc tam przy obróbce drewna. Potem przenieśli się do Trondheim, skąd statkiem dopłynęli do Nicei. Tam bawili dzieci, sprzątali, pracowali w restauracji. Przez Dakar dotarli do boskiego Rio. Polskich emigrantów zarobkowych było tam wtedy na pęczki. Brazylijski rząd za darmo wysyłał ich do interioru, by tam trzebili puszczę i się osiedlali.

Perkitny i Mroczkiewicz znaleźli tam pracę przy naprawianiu linii kolejowej. Żyli w kiepskich warunkach. Pieniądze zaczęli zarabiać po uruchomieniu quasi-zakładu fotograficznego. Robili portrety miejscowym, którzy pierwszy raz stykali się z aparatem fotograficznym. Ktoś ich tam nie polubił i musieli się przenieść na sielankową południowoamerykańską farmę. Pracowali ciężko, ale uzbierali na dalszą podróż. Dotarli nad Pacyfik, tam w Valparaiso skończyły im się pieniądze. Pożyczyli od siostry Leona i załapali się na statek do Japonii. Tam nielegalnie wybrali się na wycieczkę do miasta, po czym popłynęli dalej do Szanghaju i Indochin Francuskich. W Sajgonie pracowali w dżungli jako geodeci i zatrudniali cały szczep lokali. Po skończeniu roboty popłynęli do Tanganiki i przez Kongo dotarli nad Atlantyk. Co dziwne, Perkitny uznał podróż przez tropikalny las Afryki za tak normalną rzecz, że nie poświęcił jej ani kawałka miejsca w swojej książce. Znów wskoczyli na statek i dopłynęli do Marakeszu. Nabyli automobil i z Maroka dojechali do Polski.

(więcej…)