Archiwum z Grudzień 2004

glejt małżeński

środa, 29 Grudzień 2004

GLEJT MAŁŻEŃSKI

Ha to jest dobre. Są kraje, które wymagają od mieszanych par podróżujących na ich terytorium zaświadczenia o zawarciu związku małżeńskiego. Bez niego można zapomnieć np. o noclegu w jednym pokoju. Saudyjczycy nie wpuszczą na statek, który płynie tranzytem przez ich Jeddah par, które nie są małżeństwem.

(więcej…)

szczepienia

wtorek, 28 Grudzień 2004

SZCZEPIENIA

Najbardziej syfiatą rzeczą jaka może nam się przytrafić podczas podróży jest choroba. Należy się więc zaszczepić. Najlepiej jechać do Afryki, wtedy przyjmuje się każdą możliwą szczepionkę. Pamiętam jak pani pielęgniarka jechała ze mną stereo: prawa, lewa ręką.

Na co się szczepimy:

  • Żółtaczka typu A i B – często bywają promocje w czasie tzw. „żółtego tygodnia”. Trzeba przyjąć trzy dawki, pierwsze dwie w przeciągu miesiąca, ostatnia po 6 miesiącach od pierwszej dawki.
  • Żółta febra zwana też żółtą gorączką
  • Tężec, błonica
  • Dur brzuszny
  • Polio (Heine-Medina)
  • Gorączka meningokokowa (zapalenie opon mózgowych)
  • Japońskie zapalenie mózgu

Nie wiem czy się jeszcze można szczepić na wściekliznę czy cholerę. Cholera wie czy w ogóle jest sens.

Niestety nie ma jeszcze na rynku szczepionki na malarię. Trzeba łykać tabletki. Skład tabletek w zależności od tego z jaką malarią będziemy mieli do czynienia. Dyskusje nt. wyższości jednych nad drugimi toczą się na listach dyskusyjnych od zawsze. Tak serio to dalej nie wiem co trzeba łykać. Na niektórych świetnie działa osławiony lariam, powodując różne senne jazdy. Inni nie łykają nic i żyją, ale moim zdaniem nie warto malarii lekceważyć. I smarować się różnymi świństwami.

Wszystko to w zależności dokąd jedziemy. Moje info spisane jest z pozycji lajkonika, więc pytajcie żywych lekarzy! Odsyłam przy okazji do internetu:

http://www.podroznik.med.pl/index.html – poradnik medyczny dla globtroterów

http://www.szczepienia.pl/glowna/ – serwis o szczepieniach; uwaga strona GSK więc może być tendencyjna!

http://www.mara.org.za/mapsdownload_bmp.htm – obszary malaryczne w Afryce

(więcej…)

szczepienia

wtorek, 28 Grudzień 2004

SZCZEPIENIA

Najbardziej syfiatą rzeczą jaka może nam się przytrafić podczas podróży jest choroba. Należy się więc zaszczepić. Najlepiej jechać do Afryki, wtedy przyjmuje się każdą możliwą szczepionkę. Pamiętam jak pani pielęgniarka jechała ze mną stereo: prawa, lewa ręką.

Na co się szczepimy:

  • Żółtaczka typu A i B – często bywają promocje w czasie tzw. „żółtego tygodnia”. Trzeba przyjąć trzy dawki, pierwsze dwie w przeciągu miesiąca, ostatnia po 6 miesiącach od pierwszej dawki.
  • Żółta febra zwana też żółtą gorączką
  • Tężec, błonica
  • Dur brzuszny
  • Polio (Heine-Medina)
  • Gorączka meningokokowa (zapalenie opon mózgowych)
  • Japońskie zapalenie mózgu

Nie wiem czy się jeszcze można szczepić na wściekliznę czy cholerę. Cholera wie czy w ogóle jest sens.

Niestety nie ma jeszcze na rynku szczepionki na malarię. Trzeba łykać tabletki. Skład tabletek w zależności od tego z jaką malarią będziemy mieli do czynienia. Dyskusje nt. wyższości jednych nad drugimi toczą się na listach dyskusyjnych od zawsze. Tak serio to dalej nie wiem co trzeba łykać. Na niektórych świetnie działa osławiony lariam, powodując różne senne jazdy. Inni nie łykają nic i żyją, ale moim zdaniem nie warto malarii lekceważyć. I smarować się różnymi świństwami.

Wszystko to w zależności dokąd jedziemy. Moje info spisane jest z pozycji lajkonika, więc pytajcie żywych lekarzy! Odsyłam przy okazji do internetu:

http://www.podroznik.med.pl/index.html – poradnik medyczny dla globtroterów

http://www.szczepienia.pl/glowna/ – serwis o szczepieniach; uwaga strona GSK więc może być tendencyjna!

http://www.mara.org.za/mapsdownload_bmp.htm – obszary malaryczne w Afryce

(więcej…)

Gdzie byłem?

wtorek, 21 Grudzień 2004

Afryka
Benin 2005
Botswana 2002
Burkina Faso 2005
Dżibuti 2002
Egipt 2002
Erytrea 2002
Etiopia 2002
Gambia 2005
Ghana 2005
Gwinea 2005
Gwinea-Bissau 2005
Kenia 2002
Mali 2005
Maroko 2005
Mauretania 2005
Niger 2005
RPA 2002
Senegal 2005
Sudan 2002
Tanzania 2002
Togo 2005
Zambia 2002
Zimbabwe 2002
Sahara Zachodnia 2005
Antarktyda 2006
Ameryka Południowa
Argentyna 2006-2007
Boliwia 2003, 2006-2007
Brazylia 2006-2007
Chile 2003, 2006
Ekwador 2003
Paragwaj 2006-2007
Peru 2003
Urugwaj 2006-2007
Wenezuela
Ameryka Północna
Meksyk 2007
USA 2002, 2007
Azja
Chiny 2001
Indie 2005-2006
Indonezja 2007
Iran 2005
Kazachstan 2004
Kirgistan 2004
Korea Południowa 2006
Laos 2001
Malezja 2001
Mongolia 2001
Myanmar 2001
Pakistan 2005
Singapur 2001
Syria 2000
Tadżykistan 2004
Tajlandia 2001
Turcja 2000, 2005
Uzbekistan 2004
Hong Kong 2007
Australia i Oceania
Australia 2006, 2007
Nowa Zelandia 2007
Europa
Albania 2006
Austria 1994, 1995, 1998, 1999
Belgia 1999, 2002
Białoruś 2000, 2001, 2003
Bośnia i Hercegowina 2006
Bułgaria 1995, 2000, 2006
Chorwacja 1996
Czarnogóra 2006
Czechy xxx
Dania 1999, 2006
Francja 1998, 1999, 2005
Grecja 1995, 2005
Hiszpania 1999, 2003, 2005
Holandia 1999, 2001-2002
Liechtenstein 1999
Litwa 2003
Luksemburg 1998
Łotwa 2003
Macedonia 2006
Mołdawia 2006
Niemcy xxx
Norwegia 1999
Portugalia 2002
Rosja 2000, 2001
Rumunia 1995, 1998, 2000, 2006
San Marino 1994
Serbia 2006
Słowacja xxx
Słowenia 1996
Szwajcaria 1999
Szwecja 1999, 2006
Ukraina 2000, 2006
Watykan 1994, 2004
Węgry 1994, 2000, 2006
Wielka Brytania 1996, 1999, 2006, 2007
Włochy 1994, 1995, 2004, 2005
Gibraltar 2005
Góra Athos 2005
Naddniestrze 2006

(więcej…)

Europa 1999

wtorek, 21 Grudzień 2004

POCIĄGAMI PO EUROPIE

Relacja Chalego z naszej podróży pociągami dookoła Europy.

Polska, Niemcy

Jest 11 lipca, stoimy na dworcu w Katowicach, my to znaczy Kamil i ja. Mamy lekko zarysowany plan podróży, niezbyt duże plecaki, kilka przewodników, karty magnetyczne, no i nasz magiczny papierek "interrail ticket" dzięki któremu wszystkie pociągi Europy stoją przed nami otworem. Jedno co wiemy to, że chcemy w ciągu 30 dni zwiedzić około 13 państw. Czy się uda?

W Berlinie lądujemy jeden dzień po Love Parade. Po całonocnej zabawie zostały tylko śmieci, zasikane parki oraz masy trzeźwiejących ludzi na dworcach. Nie ma tu czego szukać, wiec po krótkiej wizycie w Reichstagu zmywamy się do Hamburga. Nad tym miastem wisi chyba jakieś fatum. Za każdym razem jak się tu pojawialiśmy, a było to 2 razy, przytrafiało nam się coś niedobrego. Za pierwszym razem jakiś Turek na ulicy próbował nam sprzedać narkotyki, a później skroić z plecaków. Za drugim o mało co nie zapłaciliśmy kary za przejazd pociągiem bez miejscówki. Pewnie się dziwicie, że usłyszeliście słowo płacić, ale "interrail ticket" nie upoważnia cię do poruszania się wszystkimi pociągami za darmo. Do niektórych musisz dopłacać za miejscówkę, no i właśnie za brak takowej niemieccy konduktorzy chcieli nas zaciągnąć na policję. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, jednak jedno jest pewne – nie lubię Hamburga.

Dania, Szwecja, Norwegia

Dania – tu było o wiele lepiej. Całkiem przyjemni ludzie, gdy podwozili nas stopem do Legolandu dali nam nawet jeden darmowy bilet wstępu, oraz o wiele lepsze pociągi. Były naprawdę komfortowe. No wiecie klimatyzacja, radio, automatyczne ubikacje. Tak, ubikacje były genialne, no i bardzo obszerne co wielce ułatwiało sprawę mycia się. Dobra łazienka w pociągu gwarantowała nam, że przez kilka następnych dni nie musieliśmy uporczywie szukać jakiegoś pola namiotowego z darmowym prysznicem.

W Kopenhadze byliśmy już czwartego dnia naszej podróży, szkoda tylko, że znaleźliśmy się tam o 1.00 w nocy. Wszystko pozamykane, nawet dworzec, więc aby się przespać musieliśmy drałować prawie przez połowę miasta na jakieś pole namiotowe. Oczywiście dostaliśmy się tam tradycyjną metoda zwaną "skok przez płot". Tak nawiasem mówiąc to tylko raz płaciliśmy za nocleg. Było to w Hiszpanii, a wszystko dlatego, że złapała nas ochrona.

To co warte jest zobaczenia w Kopenhadze, to browar Carlsberga – gdzie leją dla każdego zwiedzającego muzeum dwa piwa za darmo, Christiania – tak zwane utopijne miasto, a raczej dzielnica, gdzie w wojskowych barakach mieszkają dzicy lokatorzy (podobno aktualnie mieszka tam około 1000 osób), którzy nie płacą podatków, czynszu, a w dodatku można tam swobodnie kupić narkotyki i inne środki odurzające. Najdziwniejsze z tego wszystkiego jest to, że policja to toleruje. Aha, Kopenhaga będą mi się kojarzyć jeszcze rowery, cała masa rowerów. Dokładnie tak jak w Amsterdamie. A najważniejsze, że za 20 koron mogliśmy sobie wypożyczyć jednym no i w ten sposób zwiedzić to przepiękne miasto.

Szwecja, cóż jest piękna, ale Sztokholm, gdyż to był nasz cel podróży wcale nas nie zachwycił. Jedyny wyjątek stanowiło Vasa Muzeum, w którym znajduje się wrak statku wojennego z XVII wieku, zbudowany specjalnie na wojnę z Polską. Naprawdę polecam! No, ale cóż, tak jak mówiłem omijamy Szwecję dużym krokiem i walimy prosto ku Norwegii.

Norweskie fiordy i stolica tego państwa to jest właśnie to co wywarło na mnie największe wrażenie. Czy wiecie, że (gdzieś tak słyszałem) w Oslo mieszka 1,5 mln ludzi, a w całej Norwegii niewiele ponad 5 mln. Nieźle, prawie 1/3 narodu w jednym mieście. Oczywiście Oslo to nie tylko te 1,5 mln ludzi, to także pagórki, morze no i mnóstwo zieleni. Znajdzie się tu także coś i dla turystów jak na przykład muzeum Wikingów, skocznia Holmenkollen (wspaniała panorama na miasto) oraz park Vigeland z duża ilością rzeźb, niekoniecznie ubranych.

Oslo jest piękne, szczególnie nocą, kiedy w poszukiwaniu noclegu drałuje się na górę, a po drodze spotyka się jakiegoś Amerykanina (Nathan) z plecakiem mniejsze niż nasze, który przyjechał tu ze Sztokholmu tylko po to, by zobaczyć to miasto nocą i przespać się tak jak my gdzieś pod gołym niebem. Cóż, ludzie miewają różne dziwne pomysły, ale żeby przejechać tu kawał drogi jedynie z tego powodu?

Podróżowanie po samych miastach w pewnym momencie staje się nudne, zatem warto co pewien czas odskoczyć sobie ku czemuś co zostało stworzone tylko i wyłącznie przez naturę. Udało nam się to trzy razy. Pierwszy z nich nastąpił 10 dnia naszej podróży. Jadąc do Bergen zahaczyliśmy o Sogenfjord. To było cos naprawdę niesamowitego. Wypstrykaliśmy tam tyle zdjęć, że chyba żaden Japończyk nam nie dorównał. Za drugim razem udało nam się zdobyć najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii, a mowa tu o szkockiej górze Ben Navis, no a za trzecim razem wdrapaliśmy się trochę wyżej w szwajcarskich Alpach, ale o tym później. To tyle ze Skandynawii.

{mospagebreak}

Holandia, Belgia

Teraz szybkim tempem, rzekłbym nawet expresowym wycofaliśmy się do Amsterdamu. Nie ma co ukrywać, że to piękne miasto z ludźmi równie przyjemnymi co w Dani. Wyobraźcie sobie, że po 5 minutach jazdy w jednym przedziale, no i oczywiście rozmowy, jakiś facet zaprosił nas do siebie. Na początku trochę się obawiałem, ale okazał się być OK. Mogliśmy się u niego umyć, wyprać rzeczy oraz przenocować. Zaskoczył nas jeszcze bardziej gdy bez obawy dał nam zapasowy klucz do mieszkania, nie przejmując się faktem, że możemy mu coś podwędzić podczas jego nieobecności. W Polsce to by nie przeszło.

Cóż, o Amsterdamie nie muszę chyba dużo mówić. Pełna swoboda. Coffeeshopy, taksówki wodne no i słynna "czerwona dzielnica". Według mnie to te najładniejsze stoją bardziej na uboczu. Dlaczego? Nie wiem, tak mi się po prostu wydaje, a może to kwestia mojego gustu? Będąc w Amsterdamie nie zapomnijcie wstąpić do muzeum Heinekena. Na samym końcu zwiedzania czekać na was będzie 45 minutowe darmowe picie piwka!!!

Dwa dni później jechaliśmy już w stronę Francji i tylko przypadek, a raczej rachunek prawdopodobieństwa sprawił, że znaleźliśmy się nocą w Brukseli. Wypadła reszka. Muszę przyznać, że Grand-Place wygląda cudownie. Prawie przez godzinę kręciliśmy się po pustym rynku podziwiając jego wspaniałą architekturę. Nie należy zapominać również o Manneken Pis, figurce sikającego chłopca. W rzeczywistości jednak o 1.00 w nocy, gdyż w Brukseli byliśmy dopiero około 23.00, nie budził on aż tak wielkiego zachwytu. Skoro tylko wybiła 5.00 i otworzyły się bramy dworca pomknęliśmy w stronę Calais by dostać się do Anglii.

Wielka Brytania

Czy wiecie, że stojąc na francuskim brzegu widać angielskie klify. Ja nie wiedziałem i byłem tym faktem bardzo zaskoczony. Promem przez kanał La Manche i już po 1 godzinie jesteśmy w Dover. Następnie po zrobieniu małych zakupów ruszyliśmy na podbój stolicy tego kraju. Kiedy przyjechaliśmy do Londynu zrozumiałem jak czuje się człowiek zagubiony i zdezorientowany. Staliśmy pośrodku londyńskiego metra. Tysiące osób przemykało koło nas, a my nie wiedzieliśmy co zrobić, dokąd pójść itd… Trochę to trwało zanim się przyzwyczailiśmy do tego pośpiechu. Londyńskie zabytki takie jak Big Ben, Westminster Abbey, Hyde Park, twierdza Tower, chyba każdy zna z książek lub telewizji, ale nie każdy wie, że w chińskiej dzielnicy można tanio zjeść, korzystając z uroków "Eat as much as you can". Za około 5 funtów można najeść się do syta wszystkim co znajdziesz w restauracji. Tak też zrobiliśmy ku wielkiej uciesze naszych żołądków.

Będąc w Wielkiej Brytanii nie omieszkaliśmy zahaczyć także o miasta akademickie jak Oxford i Cambridge. Chętnie pozostałoby się tu na dłużej, niekoniecznie tylko podczas wakacji, ale i również podczas roku akademickiego, jednak marzenia zostawmy sobie na później. Gdy zwiedziliśmy już wszystko co nas interesowało w południowej części Anglii pomknęliśmy Gerr-em czyli expresowym pociągiem ku Szkocji.

Edynburg to piękne stare miasto, w szczególności ta część z zamkiem. Niestety ze względu na skromne fundusze jakie nam pozostały postanowiliśmy pooglądać go tylko z zewnątrz. Pieniędzy natomiast nie poskąpiliśmy na muzeum The Scotch Whisky, w którym po wysłuchaniu wszystkich ciekawych informacji na temat tego szlachetnego trunku, czekała na nas miła niespodzianka – kieliszek whisky do skosztowania w ichniejszej knajpce. Następnego dnia pędziliśmy już ku szkockim górom – Highlands. Naszym celem stał się najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii Ben Navis. Aby tam dotrzeć musieliśmy dostać się do Fort Williams by później po cztero godzinnej wędrówce stanąć na szczycie. Muszę się pochwalić, ze w drodze na górę nikt nas nie wyprzedził. Nagrodą był wspaniały widok jaki rozciągał się na okolicę. Góry, jeziora oraz owieczki, których było tu pełno. Biegały sobie swobodnie po zboczach gór od czasu do czasu becząc na przechodzących turystów, jednak mimo usilnych prób z nami pogadać nie chciały. Ze Szkocji wycofaliśmy się przez Walię do Dover, skąd z powrotem udaliśmy się do Francji.

Francja, Hiszpania

Znajdujemy się we w Calais, gdzie po krótkiej rozmowie z jakimś konduktorem (szczerze mówiąc nie wiem jak to się stało, że się z nim dogadaliśmy, bo my ani be ani me po francusku, a on ani słowa po angielsku, niemiecku nie mówiąc już o rosyjskim czy polskim) wskazał nam pociąg do Paryża. Magicznymi słowami okazały się być wypowiedziane przez Kamila "słuchaj TGV Paris" – najważniejsze, że podziałało.

W stolicy Francji spędziliśmy 2 dni, jednak zanim zaczęliśmy zwiedzanie miasta, musieliśmy znaleźć Bank de France, gdyż tylko tam mogliśmy rozmienić nasze niedobitki pieniężne z dotychczas odwiedzonych krajów. Po udanej transakcji z panią z okienka ( w banku) ruszyliśmy na miasto.

Powiem krótko. Pola marsowe z wieżą Eiffla w popołudniowych godzinach z dopiero co kupionym zimnym piwem, plac Montmarte, gdzie znajduje się muzeum Salvadora Dalego (coś wspaniałego ) oraz Luwr i katedra Notre-Dame, to właśnie to coś co tworzy atmosferę Paryża. Oczywiście nie omieszkaliśmy odwiedzić naszego wspaniałego kompozytora – pana Chopina – na cmentarzu Pere-Lachaise.

Z miasta snów i zakochanych par pomknęliśmy pociągiem TGV ku granicy francusko-hiszpańskiej, a dokładniej do Hendaye, gdzie około godziny 2.00 w nocy przywitaliśmy się z Oceanem Atlantyckim oraz zjedliśmy nasz lekko opóźniony obiad (znów fasolka po bretońsku). Rankiem skoro tylko obudziły nas pierwsze krople deszczu zerwaliśmy się z miejsca i po błyskawicznym pakowaniu udaliśmy się na dworzec kolejowy, skąd dalej do Hiszpanii.

Vitoria, to nasze pierwsze większe miasto jakie zwiedziliśmy w drodze do Madrytu. Mieliśmy szczęście, bo akurat trwały tam przygotowania do narodowego Święta Basków – Fiesty. Ulice były pełne od włóczących się ludzi, a w każdym zakątku miasta było słychać muzykę. No, może trochę przesadzam, ale ta muzyka zrobiła na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Jedno jest pewne – Hiszpanie potrafię się bawić. W zwiedzaniu Vitorii towarzyszył nam pewien Libańczyk spotkany przypadkowo na ulicy, jednak po upływie 2 godzin doszliśmy do wniosku,iż nasze drogi muszą się rozejść. Po prostu mieliśmy go już dosyć. Z tego tętniącego życiem miasta wyjechaliśmy późnym wieczorem do Madrytu, ale zanim tam dojechaliśmy czekała nas jeszcze ciężka przeprawa z hiszpańskimi kolejami. Pociąg był przepełniony, a my stojąc w korytarzu staraliśmy się zasnąć choćby na chwilę. Nie dość tego, w połowie drogi konduktor,który wpuścił nas do pociągu usiłował teraz wywalić z niego gdzieś pośrodku Hiszpanii. Do tej pory nie wiem dlaczego, ale ważne że wtedy się nie daliśmy wykurzyć z naszego miejsca. Rano byliśmy już w Madrycie. Żar lał się z nieba, a my z plecakami ruszyliśmy na podbój miasta. Najważniejsze 2 punkty wycieczki to stadion Santiago Bernabeu – siedziba Realu Madryt oraz corrida.

Dla kibiców piłkarskich nie ma lepszego miejsca niż te pierwsze, natomiast dla ciekawych tradycji hiszpańskiej, jednak niezbyt wrażliwych na widok krwi, gdyż było jej tam nie mało, polecam to drugie. Bardzo ciekawym miejscem jest również dworzec kolejowy Atoche, gdzie po środku wyrasta istna dżungla. Robi wrażenie. 24 i 25 dzień naszej podróży przeznaczyliśmy na odpoczynek, którego naprawdę nam podczas tej miesięcznej wędrówki brakowało, dlatego też zawitaliśmy sobie na pole namiotowe w El Escorial, gdzie czekali już na nas nasi znajomi ( zdzwoniliśmy się z Madrytu, a że byli blisko to postanowiliśmy do nich podskoczyć). Pole namiotowe było jak małe miasteczko. Supermarkety, kawiarnie, puby oraz 4 baseny – po prostu coś niesamowitego. Można by się z niego nie ruszać dłuższy czas (prawie udało nam się przenocować tam bez zapłaty, ale niestety złapała nas ochrona).

Po 2 dniach balangi ( bo piwo i wino w Hiszpanii jest bardzo tanie) ruszyliśmy dalej do Barcelony – miasta Gaudiego. Tym razem nie zawitaliśmy na kolejnym piłkarskim stadionie (FC Barcelona), ale za to zwiedziliśmy Sagrade Familia, niedokończoną katedrę Gaudiego jego park oraz przespacerowaliśmy się uliczkami miasta, które są upiększone przez kosmiczne kamieniczki tegoż architekta. Cóż, Barcelona to Gaudi i to właśnie on nadaje klimat temu miastu.

27 dnia naszej podróży zaczęliśmy powoli wycofywać się już w kierunku Polski. Był 05.08, a nasz bilet tracił ważność 10 tego miesiąca. Wracaliśmy przez Francję, gdzie zatrzymaliśmy się na dłużej (5 godzin) w Awinion. To wspaniałe stare miasto z najstarszą na świecie gotycką budowlę, a jest nią Pałac Papieski.

{mospagebreak}

Szwajcaria, Liechtenstein

Następny przystanek zrobiliśmy już w Szwajcarii, która upłynęła nam pod znakiem deszczu. Co prawda ani razu nie zmokliśmy, ale prawie każdej nocy zapowiadało się na burzę. Kładąc się spać zawsze zastanawiałem się jak długo ta kapryśna pogoda pozwoli mi trwać w tym błogim stanie zwanym snem. Dziwnym trafem budziłem się w suchym śpiworze, a nad głową miałem pogodne niebo, a po oznakach zbliżającej się burzy nie było najmniejszego śladu. Genewa, to chyba największe miasto Szwajcarii oraz nasze pierwsze odwiedzone w tym kraju. Zegar kwiatowy, najwyższa fontanna Europy (140 metrów wysokości) to naszym zdaniem najciekawsze atrakcje miasta. Będąc tam udało nam się także trafić na pokazy lotnicze. To co nas bardzo zdziwiło w Genewie to, że mieszka tu bardzo dużo osób wyznających religię islamu (tak mi się przynajmniej wydawało). Jeszcze tego samego wieczoru byliśmy w szwajcarskich Alpach. Pociąg wywiózł nas aż na 1602 m. n.p.m i tak oto znaleźliśmy się w Zermacie, przepięknym alpejskim miasteczku. Obowiązuje tu zakaz poruszania się samochodami, dlatego wszystkie zostawia się na 8 kilometrów przed miastem, a dojechać tam można tylko koleją. Miasto wraz ze swoimi drewnianymi domkami oraz wąskimi uliczkami wygląda szczególnie pięknie nocą kiedy wszędzie świecą się już światła. Stwarza to niesamowitą atmosferę.

Noc spędziliśmy w jakiejś pustej szopie, a nad ranem wybraliśmy się w góry. Gornergrat (3120 m. n.p.m.) stał się naszym punktem docelowym. Po 3-4 godzinnej wspinaczce w końcu zdobyliśmy nasz pierwszy w życiu trzytysięcznik. Widok jaki rozciągał się ze szczytu na wiecznie pokryte śniegiem pasmo górskie chyba na zawsze pozostanie mi w pamięci. Przy dobrej pogodzie, a taką mieliśmy, widać z niego 14 z 19 czterotysięczników szwajcarskich. Podczas naszej wspinaczki ciekawostką był fakt, iż na jakiś 2800 m.n.p.m. odbywał się coroczny turniej golfa. Będąc w Szwajcarii, odwiedziliśmy także stolicę tego pięknego kraju. W Bernie zobaczyliśmy między innymi parlament szwajcarski i trzeba przyznać wygląda imponująco w porównaniu z naszym na wiejskiej. W kolejnym mieście – Zurichu spędziliśmy zaledwie 2-3 godziny więc za dożo nie zobaczyliśmy. Naszym rekordem stał się Lichtenstein. Spędziliśmy w nim niecałe 1.5 godziny, gdyż tyle mieliśmy do następnego pociągu. W Vaduz stolicy kraju byliśmy około 1 godziny, a pomimo tego uważamy, że zwiedziliśmy chyba wszystko co się dało, łącznie z zamkiem książęcym, który króluje nad miastem.

Austria, Czechy

Austrię widzieliśmy głównie z okiem autobusu i pociągu, w którym mieliśmy przyjemność podróżować razem z Żydami ortodoksami. Znali angielski, więc sobie z nimi miło pogawędziliśmy. Najstarszy z nich chce być Rabinem, a z tego czego się dowiedziałem to będąc nim można całkiem sporo zarabiać. Jedynym austriackim miastem w jakim zatrzymaliśmy się na dłużej było Linz. Tu spędziliśmy noc w wagonie kolejowym, który z samego rana miał ruszać do Pragi. Następnego dnia dotarliśmy do stolicy Czech. Był 10.08, wiec oznaczało to, iż o 24.00 pryśnie magiczna moc naszego biletu. Przez cały dzień wałęsaliśmy się po mieście, Most Karola, Złota Uliczka no i Hradczany. W Pradze też po raz pierwszy mogliśmy sobie pozwolić na kupno prawdziwego obiadu w restauracji, nie mówić już o hot-dogach za 10 koron. To był po prostu raj dla naszych pustych żołądków.

Do Polski wjechaliśmy około 23.00, więc udało nam się wrócić do kraju na 1 godzinę przed wygaśnięciem ważności biletu. W końcu po miesięcznej wędrówce zawitaliśmy z powrotem do kraju " wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej".

Podsumowanie

Podsumowując, cała podróż wyniosła nas około 2600 zł, z tym, że interrail ticket na wszystkie strefy kosztował 1100 zł. Myślę, że jak na miesięczny pobyt w Europie to nie wyniosło to aż tak dużo. Trzeba wziąć pod uwagę, że jedzenie w Skandynawii oraz Wielkiej Brytanii było naprawdę drogie. Pozostaje pytanie czy było warto? Odpowiedz jest prosta i krótka. TAK. Co prawda tempo jakie sobie narzuciliśmy może nie odpowiadać niektórym osobom, ale należy pamiętać, iż można wykupić sobie bilet tylko na jednąš strefę, a wtedy na pewno nie będzie się gonić tak jak my, chociaż wcale tej gonitwy nie żałuję. Zobaczyłem porządny kawałek świata, który do tej pory był mi znany tylko z książek oraz telewizji, ale musze przyznać, że i nasz kraj ma dużo do zaoferowania. Takiego miasta jak Kraków nie widziałem nigdzie, a tak smacznego chleba jak u nas nie zasmakowałem w żadnym kraju. Zatem jeżeli nie masz tyle pieniędzy by przejechać się po Europie spróbuj w te wakacje dostrzec uroki naszego podwórka – Polski.

(więcej…)

Round the World (RTW) – dookoła świata

poniedziałek, 20 Grudzień 2004

Świat jest okrągły po to, żeby go okrążyć! Przygotowałem stronę podróżniczą, w której znajdziecie relację z mojej podróży dookoła świata „Okrążyć świat raz jeszcze” oraz informacje jak przygotować się do podobnej wyprawy.

Praktyczne info dotyczące wędrówek wokół globu w dziale RTW. Szczegóły dotyczące wyprawy dookoła świata w dziale Podróż dookoła świata. W dziale Moje podróże relacje z moich wcześniejszych podróży. Chętnych do objęcia patronatu i sponsoringu zapraszam do działu sponsoring. W linkowni znajdziecie ciekawe odnośniki, a w dziale About parę słów o mnie i namiary kontaktowe.

Z A P R A S Z A M !!!

Kamil

(więcej…)

Azja Centralna 2004

poniedziałek, 20 Grudzień 2004

AZJA CENTRALNA 2004

Relacja z naszej podróży z Natalią jaką odbyliśmy latem 2004 po krajach Azji Centralnej. Poniżej nasze raporty pisane na bieżąco w czasie podróży.

Trasa

Wylot z Warszawy 13 sierpnia. Nie będę wprowadzać atmosfery grozy i dodawać, że 13-tego wypada w piątek…

Sobotni poranek powitamy już w Taszkiencie, stolicy Uzbekistanu, położonym w dolinie rzeki Chirchik. Wraz z pierwszymi promieniami słońca planujemy udać się na południowy zachód do Samarkandy. Następnie do Duszanbe – stolicy Tadżykistanu. Granicę przekroczymy u podnóża Gór Fan, 18 km od Penjikentu. Nie bez przyczyny spędzimy poniedziałek w stolicy Tadżykistanu, gdyż Duszanbe oznacza po tadżycku właśnie poniedziałek. Odbieramy pozwolenie na podróżowanie w Pamirze i wyruszamy pamirską autostradą górską łączącą Khorog z miastem Osz w Kirgistanie. Granicę tadżycko-kirgiską przekroczymy na przełęczy Kyzyl-Art na wysokości 4 282 m.

Kolejnym etapem podróży będzie spenetrowanie okolic jeziora Issyk-Kul, drugiego co do wielkości, po Titicaca, jeziora górskiego. Trudno powiedzieć, co urzeknie nas bardziej, kirgiska perełka turystyczna – kurort Cholpon-Ata na północnym brzegu jeziora czy też dziewiczy, rzadko odwiedzany południowy brzeg.

Jeśli nie zatrzymają nas przeszkody natury wyższej, po dwóch tygodniach od rozpoczęcia podróży powinniśmy stanąć u wrót stolicy Kirgistanu – Biszkeku. Stamtąd czeka nas podróż do Kazachstanu, gdzie czas i wiza tranzytowa pozwoli nam spędzić jedynie trzy dni. Przemierzając pociągiem południową część i zwiedzając po drodze: Almaty i Turkistan planujemy ponownie zawitać do Uzbekistanu, przemierzyć pustynię Kyzyl-Kum, zobaczyć Buharę, Hiwę, Samarkandę – miasta leżące na transkontynentalnym Jedwabnym Szlaku.

Jeżeli czas pozwoli, chcielibyśmy dotrzeć do Mojnak – miasta, które niegdyś było portem leżącym na brzegu Morza Aralskiego, a obecnie stanowi pomnik ludzkiej głupoty.

Nasza podróż zakończy się w Taszkiencie, skąd nocą wystartujemy do Polski…

{mospagebreak title=Uzbekistan cz.I}

Uzbekistan cz. I

Lecieliśmy Aeroflotem i było bardzo kulturalnie. Bałagan był totalny na tranzycie, ale ważne ze w końcu wsiedliśmy do właściwego samolotu. Co wcale nie było takie łatwe, bo już siedzieliśmy w autobusie, który wiózł pasażerów do samolotu do … Kijowa. Bagaże doleciały w całości, bez żadnych strat. Na lotnisku puszczali Myslowitz po angielsku i ogólnie było pozytywnie.

Odprawa trwała tyle, że jak wyszliśmy na zewnątrz to już świtało. Wskoczyliśmy do dziesiątej chyba taksówki (im dalej od lotniska tym taniej) i pojechaliśmy na miejsce gdzie odjeżdżają busy do Samarkandy.

Pierwsze chwile w innym kraju to oczy szeroko otwarte i wielkie zdziwienie ze wszystkiego. Ze współpasażerów, z drogi, z posterunków milicji co parę kilometrów, z krów na ulicach, z bród muzułmanów, ze wszystkiego.

Samarkanda zalśniła niebieskimi kopułami budowli, które postawił Timur. Ale większość miasta to generalnie małomiasteczkowy, sowiecki syf. W hotelu nie było dla nas miejsca, ale koleś zawiózł nas do swojej matki, gdzie dostaliśmy kwaterę. Bieda spora, wody mało i trzeba się było myć z wiaderka. Babuszka zaś spoko była i jeszcze się pytała czy nie chcemy kupić samowaru, bo ma jeden na zbyciu.

Poszliśmy na kolorowy bazar gdzie stały rzędy arbuzów, innych owoców i przypraw. Sprzedawali to wszystko ludzie przeróżnych nacji w kolorowych strojach. Zaraz za bazarem jest meczet Bibi Khamin. Piękna architektura i błyszczące kopuły. Piknie! Do tego po rozwalonych schodach w ciemności oświetlanej jedynie marną świeczką weszliśmy na jeden z minaretów. Na lewo, za 1.5 dolara stróżowi do łapy. Zresztą tu większość rzeczy załatwia się poprzez łapówki.

Na popołudnie zostawiliśmy sobie Registan. Wielkie cudo Tamerlana. Najważniejsze miejsce na jedwabnym szlaku. Trzy medresy. Cały ten Registan pokrzywiony jakiś jest. Odstaje od pionu, ale przez to nabiera większego uroku. Cale Samarkanda pozostawia dobre wrażenie, a znam nawet takich którzy twierdzą że jest najpiękniejszym miastem na świecie.

Resztę Samarkandy zostawiliśmy sobie na potem. Tuż przed wylotem powrotnym jeszcze tu zajrzymy do grobu wielkiego rzeźnika Timura. Bo choć postawił on wielkie rzeczy to wyrżnął też sporo ludu. Dziś jest bohaterem narodowym Uzbeków.

Jutro ruszamy do Tadżykistanu!

{mospagebreak title=Tadżykistan cz.I}

Tadżykistan cz.I

Tadżykistan – droga z Penjikentu do Duszanbe. Około 8 jesteśmy na granicy, musimy chwilkę poczekać, aż ją otworzą, pół godzinki i jesteśmy odprawieni. Kolejnym celem naszej podroży jest Duszanbe. Po przekroczeniu granicy nie ma już marszrutek, ale kierowcy "shared taxi" oferują nam swoje usługi, cena wywoławcza za taxi do Duszanbe to 30 USD od osoby, my chcielibyśmy się tam dostać za 30 tadżyckich somoni TJS (1 USD =3 TJS). Postanawiamy pojechać do Penjikent i tam zapoznać się z cenami rynkowymi. Na miejscu ceny konkurencyjne. Udało się nam wynegocjować cenę 30 somoni od głowy! Pod warunkiem że kierowcy uda się jeszcze znaleźć dwie dodatkowe osoby do samochodu. Pojedziemy Nivą, ostatecznie w towarzystwie jeszcze czterech nowych pasażerów (jeden z nich – 4 letni malcik pojedzie w bagażniku, który jak przystało na samochód terenowy, posiada okno).

10:03 – wyruszamy, pojedziemy przez ok. 9 godzin, przez Fanskie Gory. Co jakiś czas kontrola drogowa, kierowca musi płacić lapóweczkę za malcika jadącego w bagażniku. Fakt, iż na tylnym siedzeniu siedzi czterech pasażerów chyba nie jest dużym wykroczeniem.

Sama już nie wiem czy obowiązuje tu ruch prawo czy lewostronny. Jedzie z nami student prawa, który raz w roku na 40 dni jedzie do Duszanbe na studia i egzaminy, studiuje zaocznie. Pokazuje nam konstytucję tadżycką. Z wersji angielskiej dowiadujemy się m.in. że ziemia jest własnością państwa, a członkowie parlamentu musza mieć wyższe wykształcenie. W porównaniu z Uzbekistanem w Tadżykistanie panuje dużo większa swoboda. Pierwsza nieplanowana przerwa obiadowa, silnik się przegrzał, my też trochę. Takich przerw będzie więcej, w wyższej partii gór co kilkadziesiąt metrów.

Nie jesteśmy głodni, zamawiamy piwko "Żiguliewskoje", słabe i zimne – dobre. Ruszamy dalej, z drogi znika asfalt, wspinamy się pod górę, na zakrętach tumany kurzu unoszą się nad nami. Droga jest wąska, ale na razie jest mały ruch. Jesteśmy już wysoko, podzieliłam się swoimi wrażeniami z pasażerami, oni odpowiedzieli ze to "jeszcio niciewo, to pierwyje piętro". Pytam ile jest pięter-odpowiedz i śmiech: dziesięć pięter. Czeka nas przejazd przez przełęcz położoną na wysokości 3306 metrów. Najwyższy szczyt to ośnieżona Bolszaja Gania. Mijamy białe wołgi chłodzące silniki, tiry chłodzące hamulce. Kierowca zobaczył że się trochę boje i tak go to podjarało ze podjechał kilka razy pod samą krawędź żeby było jeszcze trochę bardziej strasznie.

Po zjechaniu z gór kosztujemy tadżyckiego kefiru. Ok 19 przyjeżdżamy do Duszanbe. Udajemy się w poszukiwaniu kwatery podanej w Lonely Planet. Jak się okazuje taka kwatera nie istnieje. Hotele drogie, jakiś chłopak zagaduje. Szczęście uśmiecha się do nas: okazuje się że mamy wspólnego znajomego. Przez kolejne dni będziemy gościć u niego. Czeka nas spotkanie z Imperium. Ovir, MSZ. odebranie pozwolenia do Pamiru (GBAO). Biurokracja rulez!

Udajemy się rano do travel agency odebrać GBAO permit. Na miejscu okazuje, ze będzie to trwać co najmniej tydzień (mimo, że zapewniali nas przez internet, ze max jeden dzień), musimy się najpierw zarejestrować w Ovirze no i cala ta śpiewka. Trzy dni biegania i wziadka 25 USD od głowy, co by sługom narodu chciało się szybciej pracować.

W międzyczasie zwiedzamy stolicę, która jeszcze 80 lat temu była biednym miasteczkiem słynącym z poniedziałkowych targów. Sowiecki orientalizm, ulica Rudaki, pozłacany pomnik Ismaila Somoni, pałac prezydenta, MSZ no i bardzo aktywna milicja drogowa. Jednak miasto powoli zmienia swój wizerunek, na przedmieściach Turcy budują ogromne miasteczko wodne, wkrótce zostanie otwarty pierwszy salon samochodowy a w centrum powstanie city mall. Dobrze żyje się tu rodzinie prezydenta i przemytnikom narkotyków, którzy rozbijają się po mieście najnowszymi modelami dżipów. Jest teatr i kino, w którym pokazywane są tylko indyjskie i irańskie filmy. Tadżykistan jest krajem świeckim, na wsi kobiety noszą chustki, ale w mieście ubierają się z europejska swoboda, miniówki i buty na obcasie.

W oczekiwaniu na permit jedziemy do Hissar – 30 km od Duszanbe, zwiedzić fortece z XVIII w. zniszczoną przez armię czerwoną. Idziemy do fryzjera -obcięcie 2.40 PLN. W cenę wliczone wycięcie pojedynczych siwych włosów – nas to nie dotyczy. Na bazarze młody Tadżyk za pomocą dymiącego narzędzia odpędza od nas złe duchy. Chyba poskutkowało bo dostaliśmy permit i rano wyruszamy marszrutką, zgnieceni jak sardynki, do Górnego Badakshanu, Pamiru, Kohrogu!!

Oczywiście co 100 metrów zatrzymują nas bezkwitowce, czyli milicjanci zwani tu też królikami, wziadka za wziadka powoli posuwamy się do przodu, przed nami 534 km. Pasażerami są Pamirczycy, nie lubią Tadżyków, parę lat temu walczyli z nimi. Trudno powiedzieć czy tutejsza wojna domowa to była walka partii demokratyczno-islamskiej z komunistami czy raczej konflikt pomiędzy mieszkańcami pochodzenia perskiego i tureckiego. Jedni i drudzy pamiętają wojnę ale nadzwyczaj szybko nauczyli się żyć na tej samej ulicy. W Górnym Badakshanie większość mieszkańców to Ismailici, których duchowym przywódcą i sponsorem jest Aga Khan, mieszkający w Genewie lub Paryżu. Kobiety nie zasłaniają włosów i są teoretycznie równe mężczyznom.

Po 16 godz. jazdy zatrzymujemy się na 2-godzinna przerwę, która zamienia się w dniowy przymusowy postój. Okazuje się, ze marszrutka nie wytrzymała wjazdu na przełęcz. Kierowca z pomocą miejscowego znawcy rosyjskich silników zaczynają reperować maszynę. Co parę godzin powtarzają nam ze już już ruszamy, wszystko naprawione. W drugim dniu oczekiwania postanawiamy nie czekać i opuścić górską wioskę. Cały dzień łapiemy samochody, jedzie jeden na godzinę, wypchane po dach. W końcu marszrutka zabiera nas, badakshańska muzyczka dynamiczna towarzyszy nam, jedziemy wzdłuż granicy afgańskiej, po drugiej stronie rzeki biegną Afgańcy, niesamowite, biegną wzdłuż zbocza, żeby się poruszać szybciej! Za parę kilometrów znowu postój ponieważ okazało się że skały osunęły się na jadący tir i droga jest zablokowana a w każdej chwili kamienie mogą się jeszcze oberwać.

Nasza marszrutka nie jedzie do Khorog, łapiemy uaza. Mamy przyjemność podróżować z naczelnikiem Badakshańskich dróg. Po drodze zatrzymujemy się na symbolicznego, jest pięknie. Sowieckij sojuz jaki był taki był ale trzeba przyznać zbliżył Polaka z Tadżykiem, przerabialiśmy te same ruskie lodówki, rosyjski w szkole, wziadki itd.

W nocy przyjeżdżamy do stolicy autonomicznego Górnego Badakshanu, asystent naczelnika zaprasza nas do siebie, o 1 w nocy jego żona przygotowuje nam poczęstunek, morele i wiśnie w syropie, orzeszki i czaj. Poznajemy starszego syna, który trenuje taekwondo. Na ścianach zdjęcia i historia życia Aga Khana i malowane ręcznie zdjęcia z młodości gospodarza. Dostajemy osobny pokój, czysta pościel, nie kąpiemy się bo nie chcemy robić kłopotu, wykapiemy się za kilka dni w Osz.

{mospagebreak title=Tadżykistan cz.II}

Tadżykistan cz.II

W latach 30. ubiegłego wieku sowieccy inżynierowie wybudowali ciągnący się przez 728 km Pamirski Trakt łączący Khorog (obecnie Tadżykistan) z Osz (Kirgistan). W celu przyciągnięcia turystów droga ta reklamowana jest jako Pamir Highway. Wspina się na szereg przełęczy przekraczających 4000 m npm. Jej przejechanie nie powinno zająć więcej niż dwa dni, lecz nam zajęło pięć. Zaczęliśmy od rejestracji na milicji i obpstrykania Lenina stojącego dumnie jeszcze na cokole na tle gór. Podjechaliśmy do milicyjnego posterunku, bo tam miało być łatwiej o jakiegoś Uaza albo Kamaza, do którego moglibyśmy się załadować. Niestety cały dzień zatrzymywania samochodów nie przyniósł rezultatów, za to doskonale poznaliśmy historie życia Toszbeka, który był szefem posterunku. Jedynym sekretem było miejsce, gdzie nabawił się blizny od kuli. Mówił że może w Afganistanie, może w Czeczenii, a może podczas wojny domowej w Tadżykistanie. Obiecał nam załatwić transport, ale nic z tego nie wyszło. Za to znajomy Francuz załatwił samochód na następny dzień. Pierwszego dnia przejechaliśmy więc tylko 12 km i nie pozostało nam nic innego jak zasnąć spokojnie w morelowym sadzie. Po wegeteriańskiej kolacji zakraszanej wódką i arbuzem.

O szóstej następnego ranka czekała na nas pomarańczowa maszyna “zdiełano w CCCP” czyli wiekowy moskwicz. Pojechaliśmy więc szeroka dolina ku ośnieżonym szczytom Pamiru. Droga naprawdę jest widowiskowa, gdzie nie spojrzeć piękne szczyty, a w dolinie wartko płynie rzeka, którą można przebyć drewnianymi mostkami. Przed pierwszą poważną przełęczą kierowca daje odpocząć maszynie, a my zmykamy wyleżeć się w ciepłych źródłach. Potem jeszcze mała wycieczka w dół wąwozu po wodę. Kierowca choć sympatyczny to trochę kiepsko myślący, bo nie wziął wody, a silnik moskwicza grzeje się raz po raz. W końcu wjeżdżamy na płaskowyż, na którym szaleją tłuste świstaki. Szosa ciągnie się prosto aż po horyzont. Wzdłuż ciągną się równiutko słupy telefoniczne. Jak na dzikim zachodzie! Co jakiś czas mijamy jeziorka, które jak lokal mówi pełne są rubinów. Na obiad zatrzymujemy się w klasycznej jurcie. Na szczęście maja tu małe jeziorko i wsuwamy wędzone ryby, a nie jak zwykle tłustą baraninę. Kończymy w Murghabie, ostatnim większym mieście Tadżykistanu. Na wjeździe wszystkim nam szczeki mocno opadły. Klasyczny Sowietystan tylko do tego w zaawansowanym stadium agonii. Rozpieprzone domy z dziurawymi dachami, psy trzymane na drutach, półmrok, zero uśmiechów. Do tego przenikający zapach krowiego łajna, który służy tu jako materiał opalowy. Ale jest za to pomnik Lenina i obowiązkowa rejestracja na milicji i w miejscowym KGB. Działa tu francuska organizacja NGO, która stara się ratować miasto promując turystykę. Logujemy się u miejscowej gospodyni. Światło choć nikle pali się cały czas. Bo za darmo. Za to w zimie, jak powiedzieli Francuzi, istnieje ryzyko, ze połowa populacji wyjedzie do Osz, bo nie będzie wystarczająco energii do ogrzania domostw.

Jako ze w Murghabie znów był problem z transportem spędziliśmy następny dzień na trekingu. Powiózł nas Kirgiz w dolinę taką drogą, że dopiero zrozumieliśmy do jakich celów służą samochody terenowe, których pełno w polskich miastach. Strumyczki, górki, godzina jazdy w prawdziwym terenie. Dalej zielona dolina, jurty, jaki, a na koniec kamieniste piargi. Przełęcz Gumbezkol na wysokości 4731 pękła! Nasze głowy prawie też.

Ostatniego dnia naszej pamirskej podróży wstaliśmy o 3:40. UAZ przyjechał chwile potem i pojechaliśmy w ciemność ze ślepym Kirgizem, który zawsze wybierał najgorszy z możliwych wariantów ominięcia dziur w drodze. Na początek najwyższą na trasie przełęcz (4655), a dalej śniadanie nad przepięknym jeziorem Karakol. Kiedyś odpoczywał też tu Marco Polo podczas podróży do Chin. Potem schizmatyczne posterunki milicji szukającej w naszych plecakach narkotyków i drogocennych kamieni. Na obu posterunkach graniczny stempli nie mieli. Polacy do Kirgistanu wiz nie potrzebują. Kolesie na granicy oczywiście nas o nie zapytali. My im na to, że nam Paljakom wiz nie nada. No i uwierzyli na słowo. Poprosiliśmy o stempel, żeby było widać że legalnie przekroczyliśmy granicę. Stempel jest powiedzieli, ale na lotnisku w Biszkeku. Zostawiliśmy w dali białą ścianę północnych zbocz Pamiru i wjechaliśmy do Kirgistanu. Jeszcze przeszkoda górską jednej z odnóg Tien Szanu i zjazd do doliny Fergańskiej, do tętniącego życiem Osz.

{mospagebreak title=Kirgistan}

Kirgistan

Nocleg w Osz znajdujemy w prywatnym mieszkaniu wynajmowanym przez trzech studentów. Jeden z nich studiuje Koran i wieczorem informuje nas np. że już w Świętej Księdze zapisane było, że nie ma dwóch takich samych linii papilarnych. Idziemy na miasto.

Osz jest drugim co do wielkości miastem Kirgistanu. I jest miastem niezwykle barwnym, multikulturowym i rozrywkowym. Na ulicy rysy mongolskie mieszają się z perskimi, tu na południu Kirgistanu dominują jeszcze te drugie.

Centrum miasta zajmują knajpy i bazar, a obrzeża usłane są kafejkami internetowymi i salonami piękności. Również i w tym mieście Lenin is still alive, choć przesunięto go ulice dalej. U jego stóp udaje nam się uczestniczyć w próbie generalnej parady wojskowo-milicyjnej, ćwiczącej choreografię przed obchodami Dnia Niepodległości 31 sierpnia, kiedy to młoda republika będzie świętować swoje 13 urodziny.
Wieczorem wraz z grupką Szwajcarów i naszym Francuzem poddajemy się konsumpcyjnej fali, jemy pyszne, niedrogie żarcie: manty-pierożki z baranina, mimozę czyli jajka z sardynka, gulasz i rozlewane miejscowe piwo.

Nazajutrz rano 6.30 stoimy na parkingu skąd odjeżdżają samochody do Biszkeku. Po negocjacjach wybieramy merca, który zapewnia, ze wyjedziemy o 7:00. Oczywiście 7 zamienia na 10, bo dwóch pozostałych pasażerów znika na dwie godziny gdzieś w urzędzie. Kirgizi są ludem koczowniczym i kultywują inne podejście do czasu, dla nich czas jest jak rzeka, po prostu płynie. W końcu wyruszamy na północ, do Biszkeku, przed nami około 700 km, planowany czas jazdy 12 godzin, jak się później okaże pojedziemy 14. Jak zwykle przypada po 1,7 osoby na miejsce. Tym razem kierowca jest zadowolony z zamiany konia na 80 koni mechanicznych i mknie przez dziurawe drogi. Jedziemy przez Ozbeg, miejsce gdzie w 1990 roku tłukli się Kirgizi z Uzbekami, przez Tash-Komur – zapuszczone zagłębie węglowe i jezioro Toktogul nazwane tak na cześć wielkiego kirgiskiego poety. Otaczają nas kamieniste czerwone góry Alatau, odgałęzienie Tien Szanu, a w dolinie płynie turkusowa rzeka. Pod Biszkekiem zatrzymujemy się w jurcie na kumys, tradycyjny napój, który podobno leczy wszystkie schorzenia. Kumys to sfermentowane mleko klaczy (ok. 4 % alkoholu), dostajemy po całej misce. Po pierwszym łyku ja pasuje, ale nie można odejść od stołu nie wypiwszy wszystkiego. Próbuję wytłumaczyć, że nie lubię mleka i ostatecznie rozdzielam napój pomiędzy Kamila i naszego kirgiskiego Schumachera. Właściciele jurty są bogaci bo maja 15 koni. Każdą klacz doi się 5 razy dziennie co daje 5 litrów mleka. Wsiadamy do samochodu i chyba zerwał się wiatr albo kierowca zmęczył się kumysem…
Jadąc z Osz na północ wkracza się powoli w inna strefę. Tu bolszoj brat odcisnął większe piętno, północ Kirgistanu jest mniej muzułmańska, bardziej zrusyfikowana. W Biszkeku polowa mieszkańców to Rosjanie. Góry izolują uprzemysłowioną północ od południowych prowincji Jalal-Abad i Osz, choć większa część ludności właśnie tu mieszka.

Ok. 1 w nocy przyjeżdżamy i logujemy się w “hotelu”. Rano znowu wstajemy z kurami i jedziemy autobusem 6 godzin do Manjili, wsi położonej na południowym dzikim wybrzeżu Issyk-Kul. Naszym celem jest przekimanie się w prawdziwej jurcie i wykąpanie w jeziorze. Niestety tego dnia pada deszcz, a Manjili to 3 jurty i ogromne cmentarzysko na wzgórzu zwane po miejscowemu “mazar”. Spacerujemy miedzy grobowcami, są tu ogromne muzułmańskie mauzolea, radzieckie pomniki i typowe kirgiskie szkielety jurt z usypana kupka piasku w środku. Jezioro wygląda jak morze (170 km długości) i jest otoczone ośnieżonymi szczytami. Żwirkowy, metrowy brzeg nie zachęca do plażowania. Zwiedzamy położony niedaleko komunistyczny pensjonat-widmo, niedokończony moloch wypoczynkowy. Zardzewiałe karuzele, plażowe przebieralnie z wyblakłym kaczorem Donaldem, mini basen, pokoje z widokiem na jezioro lub góry.

Następnego dnia ewakuujemy się na zachód do Karakol- turystycznego epicentrum, bazy alpinistów, którzy stad wyruszają zdobywać Tien-szanowskie szczyty Khan-Tengri i Pik Pobiedy. Okolice Karakolu to już typowa ruska drewniana wieś, zielone i niebieskie ploty przyozdobione białymi rombami. No i muzeum Przewalskiego. Spieraliśmy się w muzeum czy był on Polakiem czy Rosjaninem. W Karakol nie ma lepszych i gorszych knajp, wszystkie to mniej lub bardziej bary mleczne.

Następnego dnia, o 6 idziemy na słynny mal marketi, targ zwierzęcy, konie za 150 $, świnie, krowy, wszystko. Jest tłoczno i biednie i tylko gdzieniegdzie błyskają obiektywy wypasionych aparatów fotograficznych turystów. Do Biszkeku wracamy północnym wybrzeżem. Jest podobne do południa, tylko bardziej żywe. Wzdłuż drogi kilometrami ciagną się wiadra pełne moreli i suszone ryby, rybki i rybienki.
Znowu w Biszkeku, tym razem mamy czas zwiedzić ciekawostki miasta, zajmuje nam to trzy godziny… Lenin z powiewającym na wietrze płaszczem, w dali ośnieżone szczyty Alatau itd. Jutro rano jedziemy do Kazachstanu.

{mospagebreak title=Kazachstan}

Kazachstan

Ze względu na przeszkody biurokratyczne nie chciało nam się walczyć z kolejnym zaproszeniem i do Kazachstanu wjechaliśmy na wizie tranzytowej. Przyjechaliśmy do Almaty z Biszkeku i od razu widać było różnicę w poziomie życia. Luksusowe samochody, markowe sklepy, na ulicach rewia mody. Tym bardziej, ze załapaliśmy się na narodowe święto – Dzień Konstytucji. Grał zespół folklorystyczny na głównym placu, a słuchała go garstka osób, w dużej części zagranicznych turystów. Dzień Konstytucji to jedno z wielu świąt jakie wymyślił swojemu narodowi przemożny prezydent. Jest jeszcze Dzień Zwycięstwa, Dzień Republiki, Dzień Niepodległości, no i mój ulubiony Dzień Stolicy. Kiedyś to właśnie Alma-Ata była stolicą Kazachstanu, ale prezydent postanowił zmienić miastu nazwę, a na dodatek pozbawić go stołeczności. Tak więc teraz Kazachowie czczą 10 czerwca Astanę jako swoją stolicę. Z położonej na pustyni Astany wywodzi się prezydent i widocznie uznał, że miastu należy się większy prestiż. Latem jest tam upalnie, zimą minus czterdzieści, więc dyplomaci mają tytuły, np. ambasadora w Astanie czasowo rezydującego w Almaty.

Relatywne bogactwo Kazachstan zawdzięcza złożom gazu ziemnego i ropy naftowej. Uśmiechający się z plakatów prezydent wymyślił sobie, że w 2030 Kazachstan będzie przewodził światu. Na ulicach pełno więc sloganów "Kazachstan 2030". Pewnie nikt go nie będzie z tego programu rozliczał, bo do tego czasu koleś już będzie bujał w obłokach, ale póki co nie można programu krytykować, bo cel jest słuszny, ambitny i tego … niepowtarzalny. Zresztą są jeszcze lepsi prezydenci w tym rejonie świata i maja fajniejsze pomysły.

W samej Almaty niewiele jest ciekawego do zobaczenia. Muzeum Narodowe było akurat zamknięte, a kolejka linowa w remoncie. Pokosztowaliśmy więc rosyjskiego jedzenia (pyszna soljanka) i poszliśmy do miejscowego parku rozrywki. Święto było więc w parku tłumy zabijają się o rowerki wodne, które wyprodukowano chyba z 50 lat temu. Generalnie wielki syf, a ludziska myślą że wypoczywają. Szaszłyki, browary, zardzewiałe karuzele, zdjęcie z Indianinem. Na nocleg załapaliśmy się w dworcowej gastinicy. Klimat rzekłbym jak w darmowej noclegowni, ale było interesująco.

Po południu następnego dnia wsiedliśmy w fajowy niebieski pociąg do Turkiestanu. Klimacik był jak to na długodystansowych sowieckich trasach. Brataliśmy się z naszym sąsiadami i prowadnikami przy pomocy polskiej kiełbasy, grzybków, jajeczek, piwa i wódki. Tym samym 18h podroży minęło w przyjemnej atmosferze. Rankiem step rozciągający się we wszystkich kierunkach głęboko i szeroko przykryty był warstwą mgły, zza której wyłaniały się wielbłądy.

Wylądowaliśmy w Turkistanie przy mauzoleum sufickiego mędrca. Timur wybudował mu tu piękny grobowiec. Dzieciaki w czarnobiałych wdziankach dreptały do szkoły (1 września), a my wcinaliśmy jajka na twardo i pomidory zakupione jeszcze na dworcu. Samo mauzoleum ciekawe, choć w tym samym stylu co budowle w Samarkandzie.

Jeszcze dwa minibusy, granica kazchsko-uzbecka i kolejne święto, tym razem w Uzbekistanie. O tym w następnej relacji.

{mospagebreak title=Uzbekistan cz.II}

Uzbekistan cz.II

Zaliczyliśmy jeszcze jedno święto niepodległościowe. Tym razem w nijakim Taszkiencie. W nijakim parku, przy nijakich fontannach, w tłumie ludzi. Każde nasze wejście do metra kończyło się drobiazgową kontrolą. Czasem nawet kolesie chcieli sprawdzać nasze portfele, ale… nie tędy droga do naszych dolarów.

Do Buhary przyjechaliśmy o 7.30 nocnym pociągiem, bardzo przyzwoicie ale twardo. Po opanowaniu oszołomienia luksusem pensjonatu za 6$, w którym się załogowaliśmy, ruszyliśmy na podbój miasta. Buchara to tysiącletni labirynt, w którym chcieliśmy zabłądzić, popłynąć bez mapy, bez przewodnika. Gliniane kamieniczki kurczowo przytulone do siebie dzielnie chronią wąskie ulice przed słońcem. Bardzo leniwie suchymi uliczkami doszliśmy do czajchany na drugie śniadanie, szaszłyka z woła i rozlewane piwo, to ostatnie według stałych klientów ocenione jako słabe, ale tanie.

Ryszard Kapuściński pisał, że Buchara jest hałaśliwa, tego dnia było cicho i spokojnie, miasto jakby przez kilka godzin budziło się do życia. Na ulicach więcej dzieci w białych bluzkach idących do szkoły niż dorosłych. I tak spacerowaliśmy sobie cały dzień i cały wieczór aż do późnej nocy odwiedzając liczne medresy, meczety, twierdzę Ark, bolszoj bazar i czajchany. Spacerowaliśmy cały następny dzień i wieczór. Wspięliśmy się na 23 metrowy minaret Kalon, potańczyliśmy na poprawinach wesela w parku, porozmawialiśmy z miejscowymi dzieciakami o życiu sensu largo a z dorosłymi o życiu sensu stricto i odpoczywaliśmy często. Po dwóch dniach prawdziwych wakacji ruszyliśmy wynajętym Tico przez pustynię zwaną czerwoną do Hiwy. 500 km pięknej prostej drogi i nasza Daewooska puszka rozgrzana słońcem w pełni, mknąca z prędkością 100km/h. Tylko my i patelnia pustyni. I Amu-Daria, wodopój Azji Centralnej. I Turkmenistan w zasięgu wzroku. Piękne to są widoki. Piękne.

W Urgencie przesiadka do trolejbusu, który przez wysuszone pola i przy akompaniamencie muzyki na full power przez kilka charczących głośników, zawiózł nas do Hiwy. Przejechanie 35 km zajęło nam 1,5 godziny.
Hiwa to miasto muzeum pełne zabytków, turystów i dzieci proszących o cukierki lub długopisy. Tutaj, podobnie jak w Buharze historia jest na sprzedaż. Można kupić „very cheap, very good” turkusowy kawałek ceramiki z meczetu a zabytki Hiwy pomniejszone są do takich rozmiarów, aby jak największa ich ilość zmieściła się w torbie turysty i można było obdarować całą rodzinę po powrocie.

Wieczorem gospodarz, u którego spaliśmy i który miał w pokoju gościnnym 7 klatek z ptakami, zaprosił nas na ceremonię obrzezania swojego siedmioletniego syna. Około 100 gości, stoliki ustawione na powietrzu, kobiety i mężczyźni osobno, baranina, wódka, impreza.

Następnego dnia trolejbusem wróciliśmy do Urgenchu, tym razem nie było muzyki, ale tak samo gorąco. Zaliczyliśmy stolicę Khorezmu: park z pięcioma drzewami, w nim zakochana para na ławce przy dystrybutorze prądu, bazar fajny jak wszędzie no i beton, asfalt. Około 19 wyruszyliśmy nocnym dalekobieżnym wypchanym po brzegi autobusem przez pustynię do Samarkandy. Kierowca odpalił kasetę wideo z nagraniem występów folklorystycznych. Alternatywą jest tu zazwyczaj kaseta z nagraniem prezydenta Karimowa odwiedzającego pola bawełną płynące i rozmawiającego z rolnikami. W Uzbekistanie każdy student ma zaszczytny obowiązek przeznaczyć 3 miesiące w roku na zbieranie bawełny. O północy autobus zatrzymał się na smażoną rybkę z Amu-Darii. Podejrzane żuki biegały przez zajazdem, na moje oko były to skorpiony, ale nikt nie poparł tego stanowiska. Potem zobaczyłam spadającą gwiazdę i pomyślałam sobie życzenie.

Po całonocnej jeździe Samarkanda powitała nas gwarem klaksonów, głośniej, niż kiedy byliśmy tu po raz pierwszy, 3 tygodnie temu. Tamerlańska perełka, podobnie jak Buchara są chętnie odwiedzane przez Tadżyków, którzy uważają te miasta za swoje. Bolszoj brat w ramach zabiegu kosmetycznego pewne ziemie odebrał Uzbekom i dał Tadżykom, i vice versa, a to, dlatego, żeby zneutralizować islamskie wpływy w regionie.

Zostawiliśmy plecaki w gastinicy, rojącej się od młodych japończyków i udaliśmy się zobaczyć grobowiec Timura, przykryty największym na świecie kawałkiem jadeitu oraz 18 metrowy grób proroka Daniela. Woda ze świętego źródełka tego proroka, poszukiwanie pamiątek, których nie znaleźliśmy, przymierzanie miejscowych sukienek (tylko ja), szlajanie się po bazarze, na którym odkryliśmy, że nastąpiło przemeblowanie i dział z arbuzami został przeniesiony z parteru na pięterko, koło ciastek i tortów, wieczorem ostatnie pielmieny z kwaśnym mlekiem a w nocy jeden z poważniejszych problemów żołądkowych w moim życiu.

Nazajutrz, o świcie ruszyliśmy marszrutką w ostatnią naszą w Azji Środkowej 5-godzinną trasę do Taszkientu, skąd o 4.30 w nocy samolot Aeroflotu miał nas zabrać przez Moskwę do Polski…

{mospagebreak title=Podsumowanie}

Podsumowanie

Nie wiem dlaczego, ale po każdej podróży ciężko się zabrać za jej podsumowanie. Najpierw trzeba dać sobie trochę luzu, by odpocząć po podróży, później zdjęcia, powrót do rzeczywistości i pędu życia. A w wolnym czasie zamiast przelewać na klawiaturę nasze wspomnienia (co by na przyszłość w bujanym fotelu miło się je czytało), no więc zamiast pisać, biorę do rąk atlas i już podróżuje po miejscach gdzie mnie jeszcze nie było.

Wracając do Azji Centralnej. Spędziliśmy tam 25 pełnych dni i śmiało mogę powiedzieć, że poczuliśmy klimat i specyfikę tego regionu. Wiem, niektórzy, ba pewnie większość z Was, postuka się palcem w głowę i pomyśli że to bez sensu podróżować w takim tempie. Na pewno nie możemy poczuć tego klimatu, poznać ludzi, kultury itd. itd. Z całą dalszą litanią poznawania. Takich rozmów już mieliśmy sporo z innymi podróżnikami na trasie. Na przykład z Norwegiem, który już podróżuje piąty rok i 25 dni spędził w samym tylko Biszkeku.

Ale jesteśmy syci. Dwa pełne dni w Bucharze, które przeznaczyliśmy na „zwolnienie tempa” sprawiły, że pod koniec drugiego dnia zaczynaliśmy się nudzić spacerami po tych samych zaułkach. Tadżykistan przejechaliśmy prawie cały, w Uzbekistanie zaliczyliśmy cztery najbardziej interesujące dla turystów miasta, Kazachstanu liznęliśmy tyle ile chcieliśmy na trzydniowej wizie, a i tak zdążyliśmy się napatrzeć na bezkresne stepy. Zabrakło nam trochę czasu w Kirgizji. Trochę mało zielonych pastwisk pełnych koni i ostrych szczytów ponad nimi. Zabrakło nam trochę czasu na jezioro Songkul, na trochę Kirgizji off the beaten track.

Więc jakie są highlightsy i lowlightsy naszej podróży? Zawsze trudno przychodzi konfrontacja wyobraźni z rzeczywistością. Dlatego tak trudno oceniać te miejsca najbardziej znane miejsca. Czy samarkandzki Registan jest imponujący? Pewnie tak, ale przed planowaniem podróży nie sposób uniknąć wielu zdjęć z tego miejsca. Przyjazd na miejsce jest tylko spojrzeniem na coś co wydaje się, że już widzieliśmy. I wtedy trudno o zachwyt, zauroczenie i pianie koguta! Dla mnie osobiście największym odkryciem był Murghab we wschodniej części Górnego Badakszanu. Rozpieprzone sowieckie miasteczko o wyglądzie wsi, której spodziewałbym się gdzieś na dalekiej Syberii albo w okolicach łagrów kołymskich. Ale nie tu w przepięknym krajobrazie ośnieżonych pamirskich wierzchołków i zielonych pastwisk. Powiem więc tak: ponury Murghab ze smętnymi spojrzeniami nastolatków, pomnikiem Lenina i cytatami jaśnie wielmożnego prezydenta w przenikającym zapachu krowiego gówna był dla mnie najwyraźniejszym punktem podróży. Prawie tak samo ostrym jak na przykład Afgańczycy biegnący po drugiej stronie rzeki Pjandż. Biegną po to żeby było szybciej. Odmiennie niż Filipides nie biegną z dobrą nowiną. Biegną, po pewnie tak robili od setek lat. Samochodów niet, a na ośle to tempa nie rozwiną. Od niedawna biegną z dodatkowym obciążeniem w postaci karabinów.

Kirgizja to przede wszystkim konie, jurty, kumys i patrolujące bezkresne stepy orły. W Osz, któremu kulturowo i społecznie bliżej do słynnej Doliny Fergańskiej, jedliśmy jedyne porządne żarcie podczas całej podróży. Rozczarował zbiornik Issyk-Kul, ale za to było muzeum Przewalskiego w Karakol i coniedzielny targ zwierzęcy, na który swoimi żiguli, ładami i wołgami zjeżdżają Kirgizi z całej okolicy. Z pobekującymi pasażerami okupującymi tylne siedzenia i bagażniki. Jak u Stasiuka ludzkie miesza się tu ze zwierzęcym, a prosiaka można kupić za 10 baksów.

Zastanawiam się czy ciągłe oczekiwanie w Tadżykistanie to pozytyw czy negatyw naszej podróży. Oczekiwanie na rejestrację, na pozwolenie na dalszą podróż, na naprawę marszrutki, na uprzątnięcie oberwanego gruzu, na naprawę dziurawego mostu. Nieznośna bezsilność siedzenia w miejscu, a zarazem miłe wspomnienie lenistwa na platformach i leżenia brzuchem do góry. Słodkie nicnierobienie. Albo oczekiwanie przy mini-uczcie na blaszanym stole. Czekaliśmy tak na zacerowanie dziury w moście na rozwidleniu prowadzącym do doliny Wancz i biesiadowaliśmy z głównym naczelnikiem badakszańskich dróg. Widok na strome szczyty afgańskiego Hindukuszu, makaron z gulaszem bez mięsa, zielona herbata i wódka z czarek. Obok stał nieczynny (pewnie „od wremja sajuza”) buldożer, na który wskoczyła rodzina indyków. Rozmowy, śmiech i toasty. W czasie naszej podróży były takie magiczne chwile i były chwile spędzone z biegunką w sraczach, czy na bezsensownym załatwianiu kolejnego stempla. Było czekanie w słońcu na jakiegoś przydupa, który dwie godziny „załatwia na bazarze jakieś dokumenty”. Są momenty, że ten sowiecki wielkomiejski syf jest nie do zniesienia, że chce się z powrotem uciec na łono natury, od której przecież nie tak dawno temu uciekliśmy, bo znudziła nam się kolejna wspinaczka żółwim tempem na wysoką przełęcz.

Wielkimi lowlightsami okazały się środkowoazjatyckie stolice. Bez żadnego smaku ni zapachu. Czy to Taszkient, Duszanbe, Biszkek czy Almaty, wszystkie wyglądają podobnie. Szarobure blokowiska, socrealizm i zazwyczaj jedna reprezentacyjna aleja. Do tego kawałek parku z potwornie nijakimi fontannami, które wnosiły jednak do miasta odrobinę orzeźwienia. Do tego jeszcze każde porządne miasto musi mieć park rozrywki. Miejsca te można określić jednym słowem – groteskowe.

Baranina też nam nie wpasowała w żołądki. W Tadżykistanie w większości miejsc było to jedyne konkretne żarcie jakie oferują jadłodajnie. W zupie pokrytej warstwą białego fetu pływały baranie kości. Na drugie przeważnie była niedopieczona lub niegotowana baranina, której nie sposób było rozgryźć. No ale za to czajnik zielonej herbaty czynił cuda.

W sumie najlepsze wrażenia wywieźliśmy z Pamiru, który najbardziej różni się od reszty regionu. Jest stosunkowo niedostępny, wymaga wysiłku podczas podróżowania i biesiadowania, ale mimo wszystko wart jest odwiedzenia. Siedząc o poranku nad położonym na prawie czteru tysiącach metrów jeziorem Kara-Kul można poczuć ten sam lodowaty wiatr, który owiewał Marco Polo, gdy ten odpoczywał w drodze do imperium kitajców. Teraz w tamtą stronę ciągną karawany kamazów obładowane złomem wszelakiego rodzaju.

Szkoda, że Turkmenistan tak mocno zaostrzył politykę wizową, bo pewnie jest pierwszorzędny. Ze swoim boskim przywódcą budującym pałac lodowy pośrodku pustyni ten kraj jest atrakcją samą w sobie. Reszta pokomunistycznych sekretarzyków z regionu Turkmenbaszy nie dorówna. Zadowolić musieliśmy się uzbeckimi atrakcjami: Samarkandą, Bucharą i Hiwą, które są widowiskowe, ale brakuje im naturalności i życia. Szczególnie obwarowanej murami Hiwie, która jest jednym wielkim muzeum. Za to niezapomniany będzie sposób w jaki tam dotarliśmy. Półtorej godziny jazdy zatłoczonym trolejbusem.

Podsumowując, podobało nam się w Azji Środkowej bo podróż to podróż, ale nie jest to region, do którego chce się wracać. No chyba, że w poszukiwaniu drogocennych kamieni w Pamirze J !!!

P.S. Po szczegółowe informacje praktyczne dotyczące wiz, kosztów transportu, noclegów piszcie na adres: autorzy@globetrotter.pl 

{mospagebreak title=Formalności}

Formalności

Centralna Azja to kraina kafkowska, w której trzeba walczyć z biurokracją. Choć i tak sprawy idą ku lepszemu. Z dwóch powodów. Po pierwsze wszystkie państwa regionu oprócz Turkmenistanu rozluźniają politykę wizową, a po drugie Polska weszła do Unii Europejskiej i coraz częściej postrzegani będziemy jako źródło dochodów z turystyki, więc mniej się od nas wymaga przy wystawianiu wizy.

Generalnie wszelkie zaproszenia i permity można otrzymać od Davida Berghofa ze Stantours – http://www.stantours.com . Gościu operuje z Niemiec i ma pozytywne opinie podróżników. Jego usługi kosztują więcej niż biura miejscowe, ale za to odpowiada szybko i rzeczowo. Inną opcją jest http://www.greatgametravel.co.uk – brytyjskie biuro, które też załatwia większość papierów. My korzystaliśmy jednak z biur lokalnych, które są tańsze, choć – jak dla mnie – mniej wiarygodne, bo do końca nie wiadomo, czy i kiedy otrzyma się zaproszenie lub permit. Właścicielami tamtejszych biur są ludzie z aparatu państwowego, więc zależy im na mnożeniu formalności, po to aby ich biura mogły turystom pomagać je rozwiązywać. Za dolary oczywiście. A oto po kolei przez co trzeba przejść, żeby wjechać do krajów Azji Centralnej.

Uzbekistan
Zaproszenie, czyli LOI lub inaczej support letter – ostatnio były problemy z otrzymaniem samego LOI bez zarezerwowania wycieczek z biura. Koszt zaproszenie pomiędzy 20-40 USD.

Wiza – ambasada w Warszawie na Wernyhory 30 dni, wiza dwukrotnego przekroczenia granicy (90 USD).
Tadżykistan
Ambasada w Berlinie –
http://www.botschaft-tadschikistan.de 

LOI – zgodnie z tadżyckim prawem obywatele UE nie są zobowiązani do przedstawienia zaproszenia. Jednak dla urzędników w ambasadzie niekoniecznie jesteśmy już obywatelami Unii. W razie czego: najtańsze co znalazłem to oferta za 20 USD.

Wiza – ostatecznie otrzymaliśmy bez zaproszenia. Czas oczekiwania – 3 dni. Wiza na 14 dni (45 EUR).
Permit GBAO – potrzebujemy specjalnego zezwolenia, jeśli podróżujemy w Pamir. Najtaniej w http://www.m-r.tj (20 USD).

Kirgizja
W tym przypadku na szczęście wiz nie potrzebujemy. Kirgizi żyją jeszcze w świecie RWPG i cały tamten komunistyczny świat wiz nie potrzebuje. Więc my też z tego korzystamy. Za to trzeba się już na miejscu rejestrować w OVIR.

Kazachstan
Z racji tego, że nie mamy zbyt wiele czasu i nie chciało nam się bawić w kolejne zdobywanie zaproszeń, zapodaliśmy sobie wizę tranzytową. Ważna na podróżowanie przez 3 dni (20 USD). Czas oczekiwania – 1 dzień lub od ręki, jeśli aplikujemy wcześnie rano i konsul jest skory do podpisania wizy. Więcej info na
http://www.kazakhstan.pl/www/index.html 

Turkmenistan
Teraz z wizami wygląda krucho, dlatego tu nie jedziemy. Turkmenbasza szczelnie chroni swój folwark. Wizę turystyczną można otrzymać tylko pod warunkiem, że podróżujemy w towarzystwie przewodników. Wiza tranzytowa wydawana jest jedynie po przedstawieniu wizy państwa sąsiadującego. Wydawana na 3-7 dni w zależności od ambasady. Uwaga! Nie można wjechać na wizie tranzytowej z Uzbekistanu i wyjeżdżać do tego samego kraju innym przejściem. No i warto pamiętać, że naruszenia procedur wizowych są w Turkmenistanie surowo karane. Po więcej info na temat Turkmenistanu zapraszam na
http://www.globetrotter.pl/Turkmenistan1.html 

{mospagebreak title=Koszty}

Zalaczony plik excelowski naszych wydatkow z Azji Centralnej

azja_centralna_koszty.xls

(więcej…)

Białoruś

czwartek, 9 Grudzień 2004

Alfabetyczne wrażenia z Białorusi

Braslav

największa wiocha z wielkiej płyty w okolicy ponad setki jezior. jest tam pięknie, bez infrastruktury turystycznej; czysta żywa przyroda.

dresiarze

są ale wyglądają niegroźnie. za to mafiosi wchodzą w skórach i wyglądają jak Iwan Dragon. tak się ten gości nazywał co od Rocky’ego po ryju dostał? najfajniejsze dresy są takie ohydno-zielone z napisem BELARUS na plecach.

Grodno

Jak niektórzy mawiają jedno z trzech największych polskich miast na wschodzie (obok Wilna i Lwowa). W mieście ładne kościoły z nabożeństwami po polsku. spory bazar i brak możliwości zjedzenia czegoś na ciepło w niedzielny poranek.

innostraniec

zawsze czardżują ich więcej w hotelach. niefajnie.

Kino Byliśmy. dubbingują filmy. na szczęście przy oglądaniu X-ludzi serii dwa, język nie jest tak istotny. wjazd w godzinach szczytu za niecałe sześć złotych. Kuźnica Trzymajcie się od tego przejścia samochodowego z daleka. szczyt olewactwa i wyższości polskich służb celnych nad Białorusinami w dwudziestoletnich niemieckich maszynach. jedyny plus dla zainteresowanych – litr wódki za półtora Euro.

Lenin

Znakomity punkt orientacyjny. Zawsze w samym centrum czegoś. Pomniki w każdym mieście i wsi.

Małysz

takiego chopa jak nasz Adaś to nie mają. ale na 5.000 rublach namalowany jest kompleks skoczni narciarskich.

Mińsk zabija na początek czystością dworca. jak byłem tu dwa lata temu w przerwie na napełnienie plastiku piwem, to przed dworcem był jeden wielki bazar. teraz czyściutko i kupa mundurowych. idąc na wprost z parku dociera się do uroczego skweru z ławkami, gdzie kulturalnie można spożyć alkohol. wieczorkami jest tam wielkie karaoksaje wycie. potem jest plac niezależności z radą miejską, uniwersytetem, czymś jeszcze z pomnikiem Lenina przed tym czymś i oczojebnym czerwonym polskim kościołem. a na farze mają zamontowany kosz do „kosza”. dalej jest prospekt Skaryny, ciągnący się daleko aż po maskiewskij awtabasnyj wakzał. centrum miasta to chyba mak na rogu skaryny i lenina. występują też a jakże by inaczej – ulice marksa i engelsa. po lewej mija się pałac republiki, potem syfiatą rzekę Swisłocz i dociera się do pomnika Tołstoja itd.

pani Lena

pracuje na recepcji w jedynym hotelu w Braslaviu. chciała nas skasować jak za zboże a tyle nie chcieliśmy dać. zapytaliśmy o prywatną kwaterę, więc zaprowadziła nas do siebie do bloku z wielkiej płyty. klasyczne jednopokojowe mieszkanko z zabudowanym balkonem, kotem, lodówką Mińsk, kryształami i baterią kieliszków za szybą, telewizorem z jednym kanałem, z rzeżuchą w słoikach, syfiatą łazienką, tłustymi garnkami, świętymi obrazkami i widokiem na blokhaus z hasłem „miru-mir”. wynajęliśmy to mieszkanko na jedną noc za 15.000 rubli. za tą kasę nawet jedna sztuka u niej w gastinicy nie wyspała. zostawiła nam klucze i całe mieszkanie. gościnność czy chęć zarobku 7 baksów nią kierowała? może jedno z drugim. a w ogóle to nawet nie wiemy jak się pani Lena naprawdę nazywała.

piętnastokopiejki

tak. w CCCP mieli system liczenia kasy na trojki, piętnastki. ktoś wie jak się tak system nazywa? teraz za 15 kopiejek można zostawić bagaż w przechowalni. kupuje się je u kierowniczki sali a następnie wykręca się kod cyryliczny.

piwo

Pite i noszone na ulicach bez żadnych oporów. Na dworcach, w maku, gdziekolwiek – pije się piwo. Ja z chęci wczucia się w klimat zawsze starałem się wybierać najtańsze. Pominąłem jednak tak uznany trademark jakim jest Żigulawskoje. Już kiedyś próbowałem więc teraz piłem dniskoje, altair, husarskoje, kłiskoje, czy ciemne otello, jakby na przekór modzie na importowaną wasmiorkę z Federacji Rosyjskiej.

pociągi

zaskakująco czyste i punktualne. międzynarodowe to full wypas. jeździliśmy kupiejnymi nocnymi zaoszczędzając przy okazji na noclegu.

Połock

nie przypuszczałem, że jeszcze tu się kiedyś znajdę. kiedyś kupowaliśmy tu zapasy przed czekającą nas nocą w drodze do sankt petersburga. beczkowozy z kwasem i piwem pozostały wciąż na swoich miejscach, ale tym razem zagłębiliśmy się w betonowe ulice i przespacerowaliśmy się nadrzeczną promenadą do muzeum w murach kościoła św. Zofii. to najstarsza budowla na całej Białorusi.

Przerwy

Są zawsze i wszędzie. Z ich powodu nie mogliśmy skorzystać z kibelka między siódmą a ósmą rano na dworcu w Witebsku, zjeść obiadu o piętnastej w barze Express w Połocku albo musieliśmy szybciej odbierać bagaże z przechowalni w Grodnie. Są przerwy techniczne, obiadowe i przerwy sensu-stricto. Najczęściej występują w najbardziej pożądanych godzinach. Na szczęście kioski z piwem przerw nie mają.

Rubel białoruski jeszcze niedawno były w obiegu jednorublowe banknoty. ktoś policzył, że papier toaletowy dzieli się na 150 kawałków. jedna rolka kosztowała jakieś 180 rubli, więc bardziej się opłacało podcierać szmalem.

Saszetki męskie

są popularne. można je określić jako coś pomiędzy taką saszetka pod pachę jaką nosił Józek Domżał, a damską torebką. Wychodzi z takiej mieszanki taki mały pedalski neseserek. do nabycia za 27.000 rubli, np. na bazarze w Grodnie.

satelitarni

zawsze w zasięgu wzroku. wszelkiej maści mundurowi w pierdolnych czapkach na głowie przypominających antenę satelitarną.

tyłeczki

eh. wdzięczny temat. otoczone zazwyczaj maks obcisłymi spodniami. laseczki na Białorusi generalnie są bardzo seksowne a większość z nich tyłeczki eksponuje. miłe dla oka.

Zbynek

Zbynek pracuje w kantorze na granicy polsko-białoruskiej i serdeczne mu dzięki za podwóz z Kuźnicy do Łajtstoku.

(więcej…)

Afryka

czwartek, 9 Grudzień 2004

AFRYKA (info z lata 2002 r.)

Gdzie załatwiałeś wizy, jaki był ich koszt i jak długo na nie oczekiwałeś?

Jako, że przed wyjazdem mieszkałem jakiś czas w Holandii to część wiz załatwiałem właśnie tam.

Egipt – 15 USD na lotnisku w Kairze

Sudan – 60 euro; Haga; 1 dzień

Erytrea – 40 USD; Chartum; 1 dzień

Etiopia – 56 euro; Haga; od ręki

Dżibuti – 25 euro – każda ambasada francuska; od ręki

Kenia – tranzytowa 20 USD (ważna 7 dni), 30-dniowa 50USD; na granicy

Tanzania – 20 USD; na granicy

Zambia – 23 USD; Dar-es-Salam; 1 dzień; przeważnie można ją też otrzymać na granicy

Zimbabwe – 30 USD; na granicy

Botswana – 0.5 USD (tak tanio bo po oficjalnym kursie w Zimbabwe); z listem polecającym z polskiej ambasady i po długich negocjacjach – od ręki

RPA – 50 USD; Gaborone; 14 dni – wizę do RPA zdecydowanie zalecam załatwiać w Polsce

Czy to prawda, że wizy do Kenii, Tanzanii, Zambii i Zimbabwe można dostać na granicy? (bo jeżeli tak to mamy zabezpieczoną całą trasę gdyby były problemy w ambasadach na miejscu , bo Sudan i Etiopia we Wiedniu , Egipt i RPA w Wawie )

prawda. choć w ambasadzie zambijskiej w Dar-es-Salam powiedzieli mi ze „mogą” być problemy. ale z tego co widziałem ludzie problemów nie mieli

Jakie poniosłeś koszty podróży samolotem?

Do Egiptu leciałem CSA (czeskie linie lotnicze) za 180 USD w jedną stronę na legitymację ISIC. bilet kupiony w Campusie. Z tego co wiem można załapać się na czartery do Egiptu przeważnie wylatujące z Niemiec za około 200 euro w dwie strony. Z powrotem wracałem British Airways przez Londyn. Zapłaciłem około 340 USD. Bilet kupowałem w STA Travel www.statravel.co.za . z Johannesburga jest około 30 USD taniej. Ponoć Virgin Atlantic latają z Johannesburga za około 250 USD do Londynu.

Jakie są koszty utrzymania w Afryce?

Na całość opłat za przejazdy na trasie Kair – Kapsztad przeznaczałem średnio 5 USD/dzień. Koszty noclegów, jedzenia i atrakcji turystycznych to 10 USD/dzień. Do tego trzeba doliczyć koszt samolotów, wiz, szczepionek i przewodników. Chyba, że ktoś woli bez.

Mamy możliwość zakupu biletu do Addis Abeby (lufthansa) i powrotu tymi samymi liniami z Erytrei. Chcieliśmy pojechać do płd. Etiopii a potem szybkim :-) tranzytem przez Dżibuti dostać się do Erytrei, gdzie planowaliśmy nurkować na archipelagu Dahlak. Boimy się jednak, że jeśli zakupimy bilet z tą opcja tj. addis a powrót z Erytrei możemy napotkać na szereg kłopotów a mianowicie: na to że nie dostaniemy wizy do Erytrei w Dżibuti – LP podaje ze ambasada jest zamknięta, że w Dżibuti wydamy mnóstwo kasy (czy naprawdę jest tam aż tak drogo?) – no i wreszcie obawiamy się ze ta granica może być zamknięta (granica Dżibuti – Erytrea). Jak myślisz ile czasu potrzeba minimum żeby się dostać tranzytem z Djibouti Town do portu Asab w Erytrei. Z tego co pisze LP z Asab można lecieć samolotem linii wewnętrznych do Asmary za 27 dolarów. Nie wiem dlaczego, ale mam jakiś niesmak do Dżibuti, a bardzo chce jechać do Erytrei… doradź co robić?

Co do pojęcia szybkiego tranzytu przez Dżibuti to raczej nie ma szans. Z adis bądź z Dessie w środkowej części Etiopii do Djibouti Town jedzie się minimum 2 dni. Następny dzień jak będziecie mieli szczęście dojedziecie do Asabu. Ale uwaga!! W lipcu 2002 transport chodził raz w tygodniu – w niedziele. promem z Djibouti Town do Obock (4$). tam przesiadka na pickupa, który dowiezie Was do granicy (12$) i następny pickup, który dowiezie Was do Asabu (5$). co do ambasady erytrejskiej w Dżibuti nie mam żadnych wiadomości. granica dżibutańsko-erytrejska jest najśmieśniejszą jaką w życiu widziałem. piasek i piasek i piasek tuz nad morzem. po stronie dżibutańskiej mały garnizon, po stronie erytrejskiej jeden żołnierz w drewnianej budzie. nie dostaniecie żadnych pieczątek wjazdowych. jeżeli będziecie jechać od strony Dżibuti musicie się zgłosić do immigration office w porcie w Asabie. sam Asab to wyludnione miasto. co do tych samolotów to rzeczywiście mogą być w takiej cenie, ale latają chyba tylko raz w tygodniu (środa). z autobusami do Asmary tez może być problem bo w przeciwną stronę były wykupione na 9 dni naprzód. oczywiście możecie wybulić więcej kasy i zafundować sobie prywatny transport. jeśli chcecie nurkować do Asmary nie dojeżdżajcie tylko wysiądźcie w Massawie. proponuje jednak sprawdzić czy na pewno nie ma samolotów adis-asmara, bo mi się wydawało ze cos lata. na LP nie polegajcie bo jest kiepski. informacje czasami się zgadzają, a czasami nie. jeśli masz jak mówisz "niesmak" do Dżibuti to jak zobaczysz ten kraj to będziesz miała jeszcze większy. generalnie syf, brud, ubóstwo i drożyzna. najtańszy nocleg śpiewają od 12$. w Massawie w rozwalonym pałacu jest biuro organizujące nurkowania i niesłychanie sympatyczni ludzie. podsyłam link dotyczący nurkowania w Erytrei http://home.planet.nl/~hans.mebrat/eritr e a-dahlaks.htm

gdzie kupiłeś bilet na prom do Wadi Halfa?

bilet na prom kupuje się w asuanie. zdaje się trzecia uliczka na lewo od dworca. w biurze „nile shipping company” czy cos w ten deseń. Albo tuż przy porcie przed odpłynięciem promu.

którą klasą warto podróżować i ceny promu ?

są dwie klasy. druga koło 27 USD; pierwsza koło 40 USD; zdecydowanie warto wziąć druga (bo tańsza) i spać na deku (bo przyjemniej). w cenie biletu wliczone jest żarcie za jakieś dwa dolary, czyli dwa posiłki.

ile kosztowała wycieczka do Abu Simbel ?

nie byłem. ale kawałek zobaczyłem z promu

co z wizą do Egiptu , czy masz już teraz potwierdzone info , musimy mieć czy na lotnisku ?

nie mam tego potwierdzonego; ja przyleciałem samolotem z Pragi i dostałem wizę bez problemu

ile kosztował Cię czarter ?

leciałem rejsowymi liniami czeskich linii lotniczych z Warszawy przez Pragę. 180 usd na legitymacje studencka ISIC w Campusie.

czy Sudan jest ogólnie drogi ?

Sudan jest tani. Noclegi znajdzie się nawet poniżej dolara. Jedzenie tak samo. Relatywnie drogie są przejazdy.

dlaczego nie jechałeś pociągiem z Wadi do Chartumu a autobusem ?

bo chciałem zobaczyć jak wygląda życie w osadach wzdłuż nilu, a po drugie nie chciało mi się czekać na pociąg (był opóźniony o dwa dni)

czy warto pchać się do Djibouti (straciłeś tam chyba trochę czasu , nie ? )

do dzibiuti bez kasy (czyli na budżecie) chyba pchać się nie warto. ale chciałem zobaczyć co to w ogóle jest.

czego w Etiopii nie możemy ominąć z tych rzeczy które Ty widziałeś ?

zależy co lubicie. ja osobiście nie ominąłbym wodospadów na błękitnym nilu. Adis raczej ominąć się nie da. a co do lalibeli to na pewno jest interesująca, tyle ze jak wiesz czego się spodziewasz to wrażenie jest mniejsze. ale sam dojazd do lalibeli i krajobrazy po drodze sprawiają, ze moim zdaniem wybrać się tam należy

jak chowałeś kasę w czasie całej podróży i co miałeś gotówkę , karty itp ?

uuuuuu. każdy ma swój know-how co do krycia kasy. na pewno pas na kasę i dokumenty, ale nie biodrowy tylko na brzuch pod koszulkę. warto mieć trochę kasy zaszyte np. w nogawce, koszuli. reszta w zależności od twórczej inwencji. 80% kasy miałem w gotowce, 20% w czekach podróżnych. gotówka jest bardzo wygodna, na północy szczególnie w nominałach poniżej 20 usd, ale zarazem ryzykowna; czeki bezpieczne ale bywają problemy z wymienieniem i kurs o wiele słabszy

ile kosztował statek z Massawy do Asabu?

niecałe 5 usd. kupuje się w rozwalonym pałacyku hajle selasje w massawie w biurze Eritrean Shipping Line

czy jest przejście z Aseb do Erytrei przez Debaisime czy trzeba przez Djibouti ?

niestety trzeba przez dzibuti. wszystkie przejścia miedzy Erytreą a Dżibuti są zamknięte. ale sytuacja może się tam zmienić wiec trzeba sprawdzać

jakie szczepienia robiłeś ?

żółtaczka A i B, gorączka menkonigokowa, żółta febra, dur brzuszny.

ile kasy wydałeś ?

Na całość opłat za przejazdy na trasie Kair – Kapsztad przeznaczałem średnio 5 USD/dzień. Koszty noclegów, jedzenia i atrakcji turystycznych to 10 USD/dzień. Do tego trzeba doliczyć koszt samolotów, wiz, szczepionek i przewodników. Chyba, że ktoś woli bez.

co z malarią – jakie lekarstwa ? cena ?

można brać lariam; można i nie brać i jechać na jakiś ichnich medykamentach typu fansidar. ja brałem lariam z przerwami bo nie miałem wystarczająco dużo tabletek a dopiero w Nairobi kupiłem zapas po jakieś 3 usd za tabletkę. minusem lariamu jest to ze niektórzy maja po nich wizje i źle sypiają (choć może to plus? ;-) ) plus ze są najskuteczniejsze, choć oczywiście nie wykluczają ryzyka choroby. uwaga na aptekarzy w Afryce bo mi chcieli wcisnąć jakiś gówniany antybiotyk jak poprosiłem o cos przeciw malarii.

czy Kenię potraktowałeś tak szczególnie tranzytowo wg planu czy była to improwizacja ?

wg planu. taniej, a że nie wybierałem się na safari to wolałem zapodać tranzytową

czy Zanzibar okazał się drogi ?

na pewno droższy niż reszta Afryki, ale mając na uwadze klimat na wyspie zdecydowanie warto tam pojechać! szczególnie zdzierają na promie w obie strony czego nie można uniknąć. ale na wyspie można wytargować nocleg za 5 usd i jeść nie na wybrzeżu miasta, a tam gdzie robią to lokale. i wychodzi całkiem całkiem. olejcie tez wycieczki z tour-operatorami. wszystko można załatwić samemu. o wiele taniej

jak planowałeś wjechać do Malawi i Mozambiku (to szczególnie ważne dla mnie państwa !) ?

do Malawi od mbeya w Tanzanii. ale wybrałem wodospady Wiktorii, a brak wolnych stron w paszporcie zmuszał mnie do innej jazdy. a Mozambik chciałem tylko przejechać tranzytem z Malawi do Zimbabwe

dlaczego nie Namibia (czas ? kasa ?)

czas, kasa, brak wolnych stron w paszporcie

ile dokładnie trwała podróż i ile byłeś w każdym z państw a ile w stolicach w sprawach wiz ?

od wyjścia z domu do powrotu – 90 dni; w sprawie wiz siedziałem jeden dzień w Chartumie, jeden w dar-es-salam i 16 dni w Botswanie.

czy jest przejście między Zambią a Botswaną w okolicach Wiktorii ?

tak jakieś 70 km od wodospadów

czy to prawda , że w Zimbabwe wiza do Botswany kosztuje 5 $ ?

5 usd to kosztuje normalnie, ale ze względu na chory rynek walutowy w zimbabwe wiza do Botswany kosztuje tam 0,5 usd!!! słyszałem ze ponoć można dostać wizę botswańską na granicy, ale nie jest to pewne

czy dwa i pół miecha wystarczy by dojechać i coś zobaczyć ?

no pewnie! tylko chyba lepiej wszystkiego nie zaliczać wszystkich krajów w południowej afryce, tak jak to rozumiemy macie zamiar zrobić .

czy 2000$ to suma wystarczająca ?

tak! targować się, oszczędzać, jeździć najniższą klasą, wybrać się na safari na dzień a nie na cztery, płynąć na zanzibar nocnymi promami a na wyspie spać w miasteczkach a nie w bungalowach nad morzem itd.

czy byłeś w okolicach przylądka igielnego ?

nie. podobno nic interesującego. poza tym ze najdalej na południe. za to przylądek dobrej nadziei robi wrażenie i jest łatwo dostępny z cape town

jak z pogodą podczas całej trasy ?

w egipcie, sudanie, dzibuti, na wybrzeżu erytrei potworny upal. na wyżynach etiopii i erytrei nawet sporo padało i czasem bywało chłodno nocami. w południowej Afryce piękna wiosna

(więcej…)

Ameryka Południowa 2003

środa, 8 Grudzień 2004

Ameryka Południowa 2003

Ekwador

Trafiłem tu trochę przypadkowo. Słyszałem wcześniej opinie, że to najmniej atrakcyjny kraj Ameryki Południowej. A ja właśnie ten kontynent chciałem odwiedzić. Trafiła się promocja Iberii na wyloty z Niemiec, więc skorzystałem. Wyszło jakieś 300 USD taniej niż z Polski. Problem jedynie taki, że nie było możliwości zakupu open-jaws ticket, czyli takiego który dawałby mi możliwość powrotu z innego miejsca niż miejsce przylotu. Poniżej krótki opis paru miejsc na moim szlaku.

Quito

Pierwsze łyki Ameryki. Ląduje na 2.800 metrów n.p.m. Całkiem wysoko jak na stolicę. Pada deszcz. Jest rześko i zielono. Zanim zdążyłem dojechać do centrum zrobiło się ciemno. Quito leży prawie na równiku, więc słońce wstaje i zachodzi prawie natychmiast. Za to dzień trwa równe 12 godzin. Od szóstej do szóstej. O szóstej gliniarze zwijają się do domów i na ulicy zostają psy, bezdmoni i szukający wrażeń. Jako, że miasto leży w kotlinie, to elegancko widać oświetlone na przeciwległym zboczu ulice. Za to na ulicy gdzie jest moja noclegownia leży facet głową w chodniku i nogami pod górkę. Dobrze że się nie zsuwa. Taki widok Quito na początek nie zachęcał, ale następnego dnia rano było już całkiem ładnie. Spacer dokoła starego miasta. Dziesiątki kościołów (w tym jeden cały w złocie), zmiana warty pod pałacem prezydenckim i ludzie budzący się do życia. Wielki plakat z okazji 25-lecia pontyfikatu papieża na fasadzie katedry. Uliczni lumpowie, fryzjerzy, pucybuci, Indianki sprzedające jajka na twardo. Parę ekskluzywnych sklepów i fryzjer za 0,75$.

Banos

Banos znaczy kibel, chyba wszędzie poza dialektem ekwadorskim. Tu to chyba znaczy wody termalne, gorące, źródlane, ożywcze i inne takie. W czasie każdej podróży uczę się czegoś nowego. W Banos na przykład był to widok aktywnego wulkanu. Niby zwykła rzeczy widziana na discovery po milion razy. Ale na żywo wygląda to inaczej. I żeby to jeszcze była jakaś płynąca rzeka lawy gorącej, czerwieniącej się, kipiącej. Nie, to były po prostu zwykłe wyziewy, które jednak są wystarczające by przedstawiciel kraju który żadnych cudów geologicznych nie doświadcza, krzyknął wow! To wulkan Tungurahua, widniejący tu na setkach tiszertów.

Banos. Z dala od Quito. Stolice są zawsze duszne, tłoczne i wymagające. A tu pełen relaks. Od procesji do procesji. Od browaru do browaru. Gorące źródła, wodospady, chilout.

Wynajmuje rower i wyruszam w dół. Z andyjskich gór, z Banos na 1800 m n.p.m. do dorzecza Amazonki. Ma być cały czas w dół. I na początku jest. Wulkany, świeżość uwalniająca się z zielonych traw, krzew, drzew. Piknie! Potem są już góreczki i inne pierdółeczki. Męczące. Wodę zbieram z napotkanych po drodze wodospadów. Natrafia się kolejka a la Indiana Jones, którą przedostaję się na drugi brzeg kanionu. IIIIIIIIIhhhhhhhhhhhaaaaaaaaaaaa Equador!!!! Tylko to się da krzyczeć. Na drugim brzegu idę nad wodospad i po linach schodzę na jego krawędź. Wolność!

Potem jeszcze jeden, bardzo ważny wodospad opisywany w przewodnikach, ale daruje sobie bliskie z nim spotkanie za parę dolców (w Ekwadorze płaci się amerykańskimi dolarami). Wystarcza mi zdjęcie na wiszącym mostku. Dalej mknę do celu. Do Puyo. Zjeżdżam ze stromych serpentyn do nagle płaskiego dorzecza Amazonki. Jest jeszcze bardziej zielono. Jemy gdzieś almuerzo z poznanymi Francuzami. Oni wracają autobusem w górę na lekcje hiszpańskiego, ja ciągnę w dół do Puyo. Zaczyna padać na dwa, trzy kilometry przed metą co wystarcza, że docieram do cały w błocie.

Dżungla

Chciałem zobaczyć jak wygląda prawdziwa dżungla. Wsiadłem do autobusu jadącego do miejscowości Coca, która ma oficjalną nazwę Puerto Francisco de Orellana. Na cześć hiszpańskiego odkrywcy, który eksplorował basen Amazonki od jej ujścia po źródła. To wszystko miało miejsce pod koniec XVI wieku. Kurewsko odważni musieli być ci ludzie.

Wygonili mnie z autobusu gdzieś koło czwartej. Jacyś podejrzani kolesie oferują mi taksówkę. Dolara za przejazd do portu nie dam. Idę sam. Miasteczko ciemne, wymarłe, tonące w tropikalnym deszczu. Jestem łatwym celem. Adrenalina. Trzeba zachować spokój, trzeźwość umysłu i podreptać tam….. gdzie najciemniej. Instaluję się na werandzie obok niewielkiego parku z pomnikiem Orellano. Chyba mnie nie widać. Jest dygor. Klienci którzy chcieli mnie zgarnąć spod autobusu nie wyglądali zachęcająco. Siedzę na werandzie jakiegoś baru i spoglądam na wielką czarną w nocy rzekę. Z jej strony tysiące odgłosów. Taki właśnie dźwięk sobie wyobrażałem myśląc wcześniej o tropikalnych rzekach. To Rio Napo.

Na drugiej stronie rzeki słyszę coś jakby odgłosy orkiestry. Jakiś pogrzeb, czy co? Rozjaśniająca się ciemność pozwala mi odczytać napis na tabliczce oddalonej ode mnie o kilkadziesiąt metrów: Gracias por su visita. La Amazonia es el pulmon del mundo. Cuidemosla. Tak, tak jestem w dorzeczu Amazonii – czyli w płucach matki ziemi. Zbliża się do mnie ciężarówka z żołnierzami. Gra znajoma muzyka. Nie wyglądają oni na żałobników ani na pogrzeb. Raczej zastępują koguty i budzą miasteczko do życia.

Śniadanko zżeram z opcją maksymalną. Jajka, kiełbasy i inne rarytasy. Dlatego też zostawiam tu 2,5 dolca. Ligę angielską sobie przynajmniej pooglądałem. Wracam w stronę przystani, ale już wszystko popłynęło. Jest mi obojętne gdzie i z kim popłynę, byleby zakosztować podróży tropikalną rzeką. Takie jądro ciemności zawsze mi się marzyło.

Złapałem w końcu rzecznego autostopa. Nawet nie mam czasu na zdjęcia, na zakupy. Pakuje się do długorufowej łodzi napędzanej potężnymi silnikami. Ekipa płynie na egzamin praktyczny z przewodnictwa. Jak zdadzą będą czardżować krocie za oprowadzanie gringos po tropikalnych ostępach.

Rzeka jest fascynująca. Silniki robią swoje i suniemy całkiem szybko. Czysta przyjemność. Wysadzają mnie w Pompei, malutkiej wiosce. Dżungla tu jest typowa. Co pół godziny przejeżdża tu gigantyczna ciężarówka shella. A szel iz grin, więc postawił w miejscowych wioskach kosze na śmieci. A po co im kosze na śmieci, przecież oni tyle tego badziewia nie produkują. Za to przyroda ginie. Na szczęście widać jeszcze po drodze trochę kolorowych ptaków. W Limonochca jest jezioro. Wstęp ponoć szesnaście dolarów, ale na szczęście nikt nie żądał. Może też dlatego, że po aligatorach, które mają tu rezydować ni śladu. Cały czas pada. Jestem przemoczony i trochę rozczarowany, bo to żadna dżungla. Wracam do Coki najpierw na pace potem w luksusowej toyce. Śpię jak małe dziecko. W Coce zakładam nogi na werandę, kupuję litrowego browca i rozkoszuję się Rio Napo. No i gadać muszę z miejscowymi pijakami.

Alausi

Jak dla mnie kwintesencja ekwadorskiego miasteczka. Malowniczo położone w kotlinie otoczonej przeciętnymi acz uroczymi szczytami. Nad nimi góruje postać świętego Piotra dzielnie dzierżącego klucze. Mega kicz, ale dla nich pewnie świętość. W świętym Piotrze barek jest i można kupić browca. Ulice pełne miejscowych Indian. Stąd zaczyna się najbardziej widowiskowa część trasy linii kolejowej. Można jechać na dachu pociągu. Jak na dzikim zachodzie. Jak tu ,ale w dawnych czasach. Taka pozostałość ku uciesze turystów. Niestety jak dla mnie nie dzisiaj lecz manana. OK., przeżyję. Szwendam się po miasteczku pełnym Indian, którzy ustawiają się w kolejki do banków i do biur, które mają napisy emigracion new jersey new york new orlean.. new new new new new niu niu. Nowe życie dla Ekwadoru. Nowy świat. Ameryka.

Machala

W samej Machali się nie zatrzymywałem, ale przejeżdżałem przez całą prowincję. To kraina Chiquita. To tu rośnie główny, obok ropy, produkt eksportowy Ekwadoru. Zagłębie bananów. Nie mogę tylko zrozumieć dlaczego są one tu droższe niż na dworcu pekapu w Katosach. Może dlatego, że tu jest pięknie, a dworzec w Katowicach jest najobleśniejszym dworcem w Polsce?

Ceunca

Miało być najfajniejszym miastem Ekwadoru, na mapie zaznaczone w żółtej ramce jako miejsce szczególnie atrakcyjnie turystycznie, ale tak go nie odebrałem. Jak dla mnie przeciętne miasto z ładnym rynkiem i dwoma katedrami (starą i nową). Poza tym wieczorem się wyludnia. I tyle. Jadąc do Peru można się tu zatrzymać, ale dzień zwiedzania w zupełności wystarczy.


Wkrótce relacje z Boliwii, Peru i Chile!

{mospagebreak title=koszty}

DZIEŃ TRASA CZAS TRANSPORT CENA WALUTA CENA (USD)
1 Warszawa-Berlin 6:00 pociąg (EC) 123,5 PLN 31,27
Berlin-Madryt 2:45 samolot (Airbus A-320)
2 Madryt-Quito 10:30 samolot (Airbus A-340)
3 Quito-Banos 3:45 autobus USD 3,40
4 Puyo-Banos 2:00 autobus USD 2,00
4-5 Banos-Coca 10:00 autobus USD 11,00
5 Coca-Pompeya 2:00 longtail boat free
Limoncocha-Coca 2:00 car USD 2,50
5-6 Coca-Ambato 8:35 autobus USD 11,00
6 Ambato-Riobamba 1:10 autobus USD 1,00
Riobamba-Alausi 1:40 autobus USD 1,60
Alausi-Cuenca 3:40 autobus USD 5,00
Cuenca-Huaquillas 4:30 autobus USD 5,00
7 Huaquillas-Tumbes 0:40 minbus 1 PEN 0,29
7-8 Tumbes-Lima 20:15 autobus 40 PEN 11,59
9-10 Lima-Tacna 23:00 autobus 40 PEN 11,59
10 Tacna-Arica 1:30 autobus 5 PEN 1,45
10-11 Arica-Calama 9:00 autobus 5 000 CLP 8,20
11 Calama-San Pedro de Atacama 1:30 autobus 1 000 CLP 1,64
12-14 salar trip
14-15 Uyuni-Potosi 6:20 autobus 25 BOB 3,23
16 Potosi-Sucre 2:40 shared taxi 27,5 BOB 3,55
16-17 Sucre-La Paz 14:45 autobus 50 BOB 6,45
18 La Paz-Copacabana 3:30 autobus 15,5 BOB 2,00
Copacabana-Isla del Sol 1:30 boat 10 BOB 1,29
19 Isla del Sol-Copacabana 1:40 boat 15 BOB 1,94
Copacabana-granica peruwiańska 0:15 minbus 2,5 BOB 0,32
granica peruwiańska-Puno 2:20 autobus 6,5 PEN 1,88
19-20 Puno-Cuzco 6:00 autobus 13 PEN 3,77
20 Cuzco-Ollantaytambo 1:30 shared taxi 15 PEN 4,35
Ollantaytambo-Urubumba 0:30 minbus 1 PEN 0,29
Urubumba-Cuzco 1:40 autobus 3 PEN 0,87
Cuzco-Ollantaytambo 2:00 autobus 4 PEN 1,16
Ollantaytambo-Aquas Callientes 1:30 pociąg 42 PEN 12,17
22 Aquas Callientes-Ollantaytambo 1:30 pociąg 42 PEN 12,17
Ollantaytambo-Cuzco 1:45 autobus 5 PEN 1,45
22-23 Cuzco-Lima 22:00 autobus 50 PEN 14,49
23-24 Lima-Nazca 8:00 autobus 20 PEN 5,80
24 Nazca-Lima 8:00 autobus 15 PEN 4,35
24-25 Lima-Huaraz 7:45 autobus 30 PEN 8,70
25 Huraz-Llupo 0:45 minbus 5 PEN 1,45
Llupo-Huaraz 0:45 minbus 5 PEN 1,45
26 Huaraz-Caraz 1:00 minbus 4 PEN 1,01
Caraz-Chimbote 6:40 autobus 21 PEN 6,09
26-27 Chimbote-Zarumilla 14:15 autobus 10,00
27 Zarumilla-Huaquillas 0:30 mototaxi 2 PEN 0,58
Huaquillas-Cuenca 4:50 autobus USD 5,00
28-29 Cuenca-Quito 9:00 autobus USD 10,00
29 Quito-Otavalo 2:40 autobus USD 2,50
Otavalo-Quito 2:30 autobus USD 2,00
29-30 Quito-Madryt 13:00 samolot (Airbus A-340)
31 Madryt-Berlin 3:00 samolot (Airbus A-320)
Berlin-Frankfurt n. Odrą 1:20 8,1 EUR 9,53
Słubice-Rzepin 1:00 autobus 5,8 PLN 1,47
Rzepin-Warszawa pociąg (EC) 85,4 21,62
przejazdy na miejscu 207,57
Berlin tam i z powrotem 63,88
samolot 481,5 EUR 566,47
RAZEM 837,92

(więcej…)