Europa 1999

POCIĄGAMI PO EUROPIE

Relacja Chalego z naszej podróży pociągami dookoła Europy.

Polska, Niemcy

Jest 11 lipca, stoimy na dworcu w Katowicach, my to znaczy Kamil i ja. Mamy lekko zarysowany plan podróży, niezbyt duże plecaki, kilka przewodników, karty magnetyczne, no i nasz magiczny papierek "interrail ticket" dzięki któremu wszystkie pociągi Europy stoją przed nami otworem. Jedno co wiemy to, że chcemy w ciągu 30 dni zwiedzić około 13 państw. Czy się uda?

W Berlinie lądujemy jeden dzień po Love Parade. Po całonocnej zabawie zostały tylko śmieci, zasikane parki oraz masy trzeźwiejących ludzi na dworcach. Nie ma tu czego szukać, wiec po krótkiej wizycie w Reichstagu zmywamy się do Hamburga. Nad tym miastem wisi chyba jakieś fatum. Za każdym razem jak się tu pojawialiśmy, a było to 2 razy, przytrafiało nam się coś niedobrego. Za pierwszym razem jakiś Turek na ulicy próbował nam sprzedać narkotyki, a później skroić z plecaków. Za drugim o mało co nie zapłaciliśmy kary za przejazd pociągiem bez miejscówki. Pewnie się dziwicie, że usłyszeliście słowo płacić, ale "interrail ticket" nie upoważnia cię do poruszania się wszystkimi pociągami za darmo. Do niektórych musisz dopłacać za miejscówkę, no i właśnie za brak takowej niemieccy konduktorzy chcieli nas zaciągnąć na policję. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, jednak jedno jest pewne – nie lubię Hamburga.

Dania, Szwecja, Norwegia

Dania – tu było o wiele lepiej. Całkiem przyjemni ludzie, gdy podwozili nas stopem do Legolandu dali nam nawet jeden darmowy bilet wstępu, oraz o wiele lepsze pociągi. Były naprawdę komfortowe. No wiecie klimatyzacja, radio, automatyczne ubikacje. Tak, ubikacje były genialne, no i bardzo obszerne co wielce ułatwiało sprawę mycia się. Dobra łazienka w pociągu gwarantowała nam, że przez kilka następnych dni nie musieliśmy uporczywie szukać jakiegoś pola namiotowego z darmowym prysznicem.

W Kopenhadze byliśmy już czwartego dnia naszej podróży, szkoda tylko, że znaleźliśmy się tam o 1.00 w nocy. Wszystko pozamykane, nawet dworzec, więc aby się przespać musieliśmy drałować prawie przez połowę miasta na jakieś pole namiotowe. Oczywiście dostaliśmy się tam tradycyjną metoda zwaną "skok przez płot". Tak nawiasem mówiąc to tylko raz płaciliśmy za nocleg. Było to w Hiszpanii, a wszystko dlatego, że złapała nas ochrona.

To co warte jest zobaczenia w Kopenhadze, to browar Carlsberga – gdzie leją dla każdego zwiedzającego muzeum dwa piwa za darmo, Christiania – tak zwane utopijne miasto, a raczej dzielnica, gdzie w wojskowych barakach mieszkają dzicy lokatorzy (podobno aktualnie mieszka tam około 1000 osób), którzy nie płacą podatków, czynszu, a w dodatku można tam swobodnie kupić narkotyki i inne środki odurzające. Najdziwniejsze z tego wszystkiego jest to, że policja to toleruje. Aha, Kopenhaga będą mi się kojarzyć jeszcze rowery, cała masa rowerów. Dokładnie tak jak w Amsterdamie. A najważniejsze, że za 20 koron mogliśmy sobie wypożyczyć jednym no i w ten sposób zwiedzić to przepiękne miasto.

Szwecja, cóż jest piękna, ale Sztokholm, gdyż to był nasz cel podróży wcale nas nie zachwycił. Jedyny wyjątek stanowiło Vasa Muzeum, w którym znajduje się wrak statku wojennego z XVII wieku, zbudowany specjalnie na wojnę z Polską. Naprawdę polecam! No, ale cóż, tak jak mówiłem omijamy Szwecję dużym krokiem i walimy prosto ku Norwegii.

Norweskie fiordy i stolica tego państwa to jest właśnie to co wywarło na mnie największe wrażenie. Czy wiecie, że (gdzieś tak słyszałem) w Oslo mieszka 1,5 mln ludzi, a w całej Norwegii niewiele ponad 5 mln. Nieźle, prawie 1/3 narodu w jednym mieście. Oczywiście Oslo to nie tylko te 1,5 mln ludzi, to także pagórki, morze no i mnóstwo zieleni. Znajdzie się tu także coś i dla turystów jak na przykład muzeum Wikingów, skocznia Holmenkollen (wspaniała panorama na miasto) oraz park Vigeland z duża ilością rzeźb, niekoniecznie ubranych.

Oslo jest piękne, szczególnie nocą, kiedy w poszukiwaniu noclegu drałuje się na górę, a po drodze spotyka się jakiegoś Amerykanina (Nathan) z plecakiem mniejsze niż nasze, który przyjechał tu ze Sztokholmu tylko po to, by zobaczyć to miasto nocą i przespać się tak jak my gdzieś pod gołym niebem. Cóż, ludzie miewają różne dziwne pomysły, ale żeby przejechać tu kawał drogi jedynie z tego powodu?

Podróżowanie po samych miastach w pewnym momencie staje się nudne, zatem warto co pewien czas odskoczyć sobie ku czemuś co zostało stworzone tylko i wyłącznie przez naturę. Udało nam się to trzy razy. Pierwszy z nich nastąpił 10 dnia naszej podróży. Jadąc do Bergen zahaczyliśmy o Sogenfjord. To było cos naprawdę niesamowitego. Wypstrykaliśmy tam tyle zdjęć, że chyba żaden Japończyk nam nie dorównał. Za drugim razem udało nam się zdobyć najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii, a mowa tu o szkockiej górze Ben Navis, no a za trzecim razem wdrapaliśmy się trochę wyżej w szwajcarskich Alpach, ale o tym później. To tyle ze Skandynawii.

{mospagebreak}

Holandia, Belgia

Teraz szybkim tempem, rzekłbym nawet expresowym wycofaliśmy się do Amsterdamu. Nie ma co ukrywać, że to piękne miasto z ludźmi równie przyjemnymi co w Dani. Wyobraźcie sobie, że po 5 minutach jazdy w jednym przedziale, no i oczywiście rozmowy, jakiś facet zaprosił nas do siebie. Na początku trochę się obawiałem, ale okazał się być OK. Mogliśmy się u niego umyć, wyprać rzeczy oraz przenocować. Zaskoczył nas jeszcze bardziej gdy bez obawy dał nam zapasowy klucz do mieszkania, nie przejmując się faktem, że możemy mu coś podwędzić podczas jego nieobecności. W Polsce to by nie przeszło.

Cóż, o Amsterdamie nie muszę chyba dużo mówić. Pełna swoboda. Coffeeshopy, taksówki wodne no i słynna "czerwona dzielnica". Według mnie to te najładniejsze stoją bardziej na uboczu. Dlaczego? Nie wiem, tak mi się po prostu wydaje, a może to kwestia mojego gustu? Będąc w Amsterdamie nie zapomnijcie wstąpić do muzeum Heinekena. Na samym końcu zwiedzania czekać na was będzie 45 minutowe darmowe picie piwka!!!

Dwa dni później jechaliśmy już w stronę Francji i tylko przypadek, a raczej rachunek prawdopodobieństwa sprawił, że znaleźliśmy się nocą w Brukseli. Wypadła reszka. Muszę przyznać, że Grand-Place wygląda cudownie. Prawie przez godzinę kręciliśmy się po pustym rynku podziwiając jego wspaniałą architekturę. Nie należy zapominać również o Manneken Pis, figurce sikającego chłopca. W rzeczywistości jednak o 1.00 w nocy, gdyż w Brukseli byliśmy dopiero około 23.00, nie budził on aż tak wielkiego zachwytu. Skoro tylko wybiła 5.00 i otworzyły się bramy dworca pomknęliśmy w stronę Calais by dostać się do Anglii.

Wielka Brytania

Czy wiecie, że stojąc na francuskim brzegu widać angielskie klify. Ja nie wiedziałem i byłem tym faktem bardzo zaskoczony. Promem przez kanał La Manche i już po 1 godzinie jesteśmy w Dover. Następnie po zrobieniu małych zakupów ruszyliśmy na podbój stolicy tego kraju. Kiedy przyjechaliśmy do Londynu zrozumiałem jak czuje się człowiek zagubiony i zdezorientowany. Staliśmy pośrodku londyńskiego metra. Tysiące osób przemykało koło nas, a my nie wiedzieliśmy co zrobić, dokąd pójść itd… Trochę to trwało zanim się przyzwyczailiśmy do tego pośpiechu. Londyńskie zabytki takie jak Big Ben, Westminster Abbey, Hyde Park, twierdza Tower, chyba każdy zna z książek lub telewizji, ale nie każdy wie, że w chińskiej dzielnicy można tanio zjeść, korzystając z uroków "Eat as much as you can". Za około 5 funtów można najeść się do syta wszystkim co znajdziesz w restauracji. Tak też zrobiliśmy ku wielkiej uciesze naszych żołądków.

Będąc w Wielkiej Brytanii nie omieszkaliśmy zahaczyć także o miasta akademickie jak Oxford i Cambridge. Chętnie pozostałoby się tu na dłużej, niekoniecznie tylko podczas wakacji, ale i również podczas roku akademickiego, jednak marzenia zostawmy sobie na później. Gdy zwiedziliśmy już wszystko co nas interesowało w południowej części Anglii pomknęliśmy Gerr-em czyli expresowym pociągiem ku Szkocji.

Edynburg to piękne stare miasto, w szczególności ta część z zamkiem. Niestety ze względu na skromne fundusze jakie nam pozostały postanowiliśmy pooglądać go tylko z zewnątrz. Pieniędzy natomiast nie poskąpiliśmy na muzeum The Scotch Whisky, w którym po wysłuchaniu wszystkich ciekawych informacji na temat tego szlachetnego trunku, czekała na nas miła niespodzianka – kieliszek whisky do skosztowania w ichniejszej knajpce. Następnego dnia pędziliśmy już ku szkockim górom – Highlands. Naszym celem stał się najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii Ben Navis. Aby tam dotrzeć musieliśmy dostać się do Fort Williams by później po cztero godzinnej wędrówce stanąć na szczycie. Muszę się pochwalić, ze w drodze na górę nikt nas nie wyprzedził. Nagrodą był wspaniały widok jaki rozciągał się na okolicę. Góry, jeziora oraz owieczki, których było tu pełno. Biegały sobie swobodnie po zboczach gór od czasu do czasu becząc na przechodzących turystów, jednak mimo usilnych prób z nami pogadać nie chciały. Ze Szkocji wycofaliśmy się przez Walię do Dover, skąd z powrotem udaliśmy się do Francji.

Francja, Hiszpania

Znajdujemy się we w Calais, gdzie po krótkiej rozmowie z jakimś konduktorem (szczerze mówiąc nie wiem jak to się stało, że się z nim dogadaliśmy, bo my ani be ani me po francusku, a on ani słowa po angielsku, niemiecku nie mówiąc już o rosyjskim czy polskim) wskazał nam pociąg do Paryża. Magicznymi słowami okazały się być wypowiedziane przez Kamila "słuchaj TGV Paris" – najważniejsze, że podziałało.

W stolicy Francji spędziliśmy 2 dni, jednak zanim zaczęliśmy zwiedzanie miasta, musieliśmy znaleźć Bank de France, gdyż tylko tam mogliśmy rozmienić nasze niedobitki pieniężne z dotychczas odwiedzonych krajów. Po udanej transakcji z panią z okienka ( w banku) ruszyliśmy na miasto.

Powiem krótko. Pola marsowe z wieżą Eiffla w popołudniowych godzinach z dopiero co kupionym zimnym piwem, plac Montmarte, gdzie znajduje się muzeum Salvadora Dalego (coś wspaniałego ) oraz Luwr i katedra Notre-Dame, to właśnie to coś co tworzy atmosferę Paryża. Oczywiście nie omieszkaliśmy odwiedzić naszego wspaniałego kompozytora – pana Chopina – na cmentarzu Pere-Lachaise.

Z miasta snów i zakochanych par pomknęliśmy pociągiem TGV ku granicy francusko-hiszpańskiej, a dokładniej do Hendaye, gdzie około godziny 2.00 w nocy przywitaliśmy się z Oceanem Atlantyckim oraz zjedliśmy nasz lekko opóźniony obiad (znów fasolka po bretońsku). Rankiem skoro tylko obudziły nas pierwsze krople deszczu zerwaliśmy się z miejsca i po błyskawicznym pakowaniu udaliśmy się na dworzec kolejowy, skąd dalej do Hiszpanii.

Vitoria, to nasze pierwsze większe miasto jakie zwiedziliśmy w drodze do Madrytu. Mieliśmy szczęście, bo akurat trwały tam przygotowania do narodowego Święta Basków – Fiesty. Ulice były pełne od włóczących się ludzi, a w każdym zakątku miasta było słychać muzykę. No, może trochę przesadzam, ale ta muzyka zrobiła na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Jedno jest pewne – Hiszpanie potrafię się bawić. W zwiedzaniu Vitorii towarzyszył nam pewien Libańczyk spotkany przypadkowo na ulicy, jednak po upływie 2 godzin doszliśmy do wniosku,iż nasze drogi muszą się rozejść. Po prostu mieliśmy go już dosyć. Z tego tętniącego życiem miasta wyjechaliśmy późnym wieczorem do Madrytu, ale zanim tam dojechaliśmy czekała nas jeszcze ciężka przeprawa z hiszpańskimi kolejami. Pociąg był przepełniony, a my stojąc w korytarzu staraliśmy się zasnąć choćby na chwilę. Nie dość tego, w połowie drogi konduktor,który wpuścił nas do pociągu usiłował teraz wywalić z niego gdzieś pośrodku Hiszpanii. Do tej pory nie wiem dlaczego, ale ważne że wtedy się nie daliśmy wykurzyć z naszego miejsca. Rano byliśmy już w Madrycie. Żar lał się z nieba, a my z plecakami ruszyliśmy na podbój miasta. Najważniejsze 2 punkty wycieczki to stadion Santiago Bernabeu – siedziba Realu Madryt oraz corrida.

Dla kibiców piłkarskich nie ma lepszego miejsca niż te pierwsze, natomiast dla ciekawych tradycji hiszpańskiej, jednak niezbyt wrażliwych na widok krwi, gdyż było jej tam nie mało, polecam to drugie. Bardzo ciekawym miejscem jest również dworzec kolejowy Atoche, gdzie po środku wyrasta istna dżungla. Robi wrażenie. 24 i 25 dzień naszej podróży przeznaczyliśmy na odpoczynek, którego naprawdę nam podczas tej miesięcznej wędrówki brakowało, dlatego też zawitaliśmy sobie na pole namiotowe w El Escorial, gdzie czekali już na nas nasi znajomi ( zdzwoniliśmy się z Madrytu, a że byli blisko to postanowiliśmy do nich podskoczyć). Pole namiotowe było jak małe miasteczko. Supermarkety, kawiarnie, puby oraz 4 baseny – po prostu coś niesamowitego. Można by się z niego nie ruszać dłuższy czas (prawie udało nam się przenocować tam bez zapłaty, ale niestety złapała nas ochrona).

Po 2 dniach balangi ( bo piwo i wino w Hiszpanii jest bardzo tanie) ruszyliśmy dalej do Barcelony – miasta Gaudiego. Tym razem nie zawitaliśmy na kolejnym piłkarskim stadionie (FC Barcelona), ale za to zwiedziliśmy Sagrade Familia, niedokończoną katedrę Gaudiego jego park oraz przespacerowaliśmy się uliczkami miasta, które są upiększone przez kosmiczne kamieniczki tegoż architekta. Cóż, Barcelona to Gaudi i to właśnie on nadaje klimat temu miastu.

27 dnia naszej podróży zaczęliśmy powoli wycofywać się już w kierunku Polski. Był 05.08, a nasz bilet tracił ważność 10 tego miesiąca. Wracaliśmy przez Francję, gdzie zatrzymaliśmy się na dłużej (5 godzin) w Awinion. To wspaniałe stare miasto z najstarszą na świecie gotycką budowlę, a jest nią Pałac Papieski.

{mospagebreak}

Szwajcaria, Liechtenstein

Następny przystanek zrobiliśmy już w Szwajcarii, która upłynęła nam pod znakiem deszczu. Co prawda ani razu nie zmokliśmy, ale prawie każdej nocy zapowiadało się na burzę. Kładąc się spać zawsze zastanawiałem się jak długo ta kapryśna pogoda pozwoli mi trwać w tym błogim stanie zwanym snem. Dziwnym trafem budziłem się w suchym śpiworze, a nad głową miałem pogodne niebo, a po oznakach zbliżającej się burzy nie było najmniejszego śladu. Genewa, to chyba największe miasto Szwajcarii oraz nasze pierwsze odwiedzone w tym kraju. Zegar kwiatowy, najwyższa fontanna Europy (140 metrów wysokości) to naszym zdaniem najciekawsze atrakcje miasta. Będąc tam udało nam się także trafić na pokazy lotnicze. To co nas bardzo zdziwiło w Genewie to, że mieszka tu bardzo dużo osób wyznających religię islamu (tak mi się przynajmniej wydawało). Jeszcze tego samego wieczoru byliśmy w szwajcarskich Alpach. Pociąg wywiózł nas aż na 1602 m. n.p.m i tak oto znaleźliśmy się w Zermacie, przepięknym alpejskim miasteczku. Obowiązuje tu zakaz poruszania się samochodami, dlatego wszystkie zostawia się na 8 kilometrów przed miastem, a dojechać tam można tylko koleją. Miasto wraz ze swoimi drewnianymi domkami oraz wąskimi uliczkami wygląda szczególnie pięknie nocą kiedy wszędzie świecą się już światła. Stwarza to niesamowitą atmosferę.

Noc spędziliśmy w jakiejś pustej szopie, a nad ranem wybraliśmy się w góry. Gornergrat (3120 m. n.p.m.) stał się naszym punktem docelowym. Po 3-4 godzinnej wspinaczce w końcu zdobyliśmy nasz pierwszy w życiu trzytysięcznik. Widok jaki rozciągał się ze szczytu na wiecznie pokryte śniegiem pasmo górskie chyba na zawsze pozostanie mi w pamięci. Przy dobrej pogodzie, a taką mieliśmy, widać z niego 14 z 19 czterotysięczników szwajcarskich. Podczas naszej wspinaczki ciekawostką był fakt, iż na jakiś 2800 m.n.p.m. odbywał się coroczny turniej golfa. Będąc w Szwajcarii, odwiedziliśmy także stolicę tego pięknego kraju. W Bernie zobaczyliśmy między innymi parlament szwajcarski i trzeba przyznać wygląda imponująco w porównaniu z naszym na wiejskiej. W kolejnym mieście – Zurichu spędziliśmy zaledwie 2-3 godziny więc za dożo nie zobaczyliśmy. Naszym rekordem stał się Lichtenstein. Spędziliśmy w nim niecałe 1.5 godziny, gdyż tyle mieliśmy do następnego pociągu. W Vaduz stolicy kraju byliśmy około 1 godziny, a pomimo tego uważamy, że zwiedziliśmy chyba wszystko co się dało, łącznie z zamkiem książęcym, który króluje nad miastem.

Austria, Czechy

Austrię widzieliśmy głównie z okiem autobusu i pociągu, w którym mieliśmy przyjemność podróżować razem z Żydami ortodoksami. Znali angielski, więc sobie z nimi miło pogawędziliśmy. Najstarszy z nich chce być Rabinem, a z tego czego się dowiedziałem to będąc nim można całkiem sporo zarabiać. Jedynym austriackim miastem w jakim zatrzymaliśmy się na dłużej było Linz. Tu spędziliśmy noc w wagonie kolejowym, który z samego rana miał ruszać do Pragi. Następnego dnia dotarliśmy do stolicy Czech. Był 10.08, wiec oznaczało to, iż o 24.00 pryśnie magiczna moc naszego biletu. Przez cały dzień wałęsaliśmy się po mieście, Most Karola, Złota Uliczka no i Hradczany. W Pradze też po raz pierwszy mogliśmy sobie pozwolić na kupno prawdziwego obiadu w restauracji, nie mówić już o hot-dogach za 10 koron. To był po prostu raj dla naszych pustych żołądków.

Do Polski wjechaliśmy około 23.00, więc udało nam się wrócić do kraju na 1 godzinę przed wygaśnięciem ważności biletu. W końcu po miesięcznej wędrówce zawitaliśmy z powrotem do kraju " wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej".

Podsumowanie

Podsumowując, cała podróż wyniosła nas około 2600 zł, z tym, że interrail ticket na wszystkie strefy kosztował 1100 zł. Myślę, że jak na miesięczny pobyt w Europie to nie wyniosło to aż tak dużo. Trzeba wziąć pod uwagę, że jedzenie w Skandynawii oraz Wielkiej Brytanii było naprawdę drogie. Pozostaje pytanie czy było warto? Odpowiedz jest prosta i krótka. TAK. Co prawda tempo jakie sobie narzuciliśmy może nie odpowiadać niektórym osobom, ale należy pamiętać, iż można wykupić sobie bilet tylko na jednąš strefę, a wtedy na pewno nie będzie się gonić tak jak my, chociaż wcale tej gonitwy nie żałuję. Zobaczyłem porządny kawałek świata, który do tej pory był mi znany tylko z książek oraz telewizji, ale musze przyznać, że i nasz kraj ma dużo do zaoferowania. Takiego miasta jak Kraków nie widziałem nigdzie, a tak smacznego chleba jak u nas nie zasmakowałem w żadnym kraju. Zatem jeżeli nie masz tyle pieniędzy by przejechać się po Europie spróbuj w te wakacje dostrzec uroki naszego podwórka – Polski.

Komentarze są wyłączone.