Ameryka Południowa 2003
Ekwador
Trafiłem tu trochę przypadkowo. Słyszałem wcześniej opinie, że to najmniej atrakcyjny kraj Ameryki Południowej. A ja właśnie ten kontynent chciałem odwiedzić. Trafiła się promocja Iberii na wyloty z Niemiec, więc skorzystałem. Wyszło jakieś 300 USD taniej niż z Polski. Problem jedynie taki, że nie było możliwości zakupu open-jaws ticket, czyli takiego który dawałby mi możliwość powrotu z innego miejsca niż miejsce przylotu. Poniżej krótki opis paru miejsc na moim szlaku.
Quito
Pierwsze łyki Ameryki. Ląduje na 2.800 metrów n.p.m. Całkiem wysoko jak na stolicę. Pada deszcz. Jest rześko i zielono. Zanim zdążyłem dojechać do centrum zrobiło się ciemno. Quito leży prawie na równiku, więc słońce wstaje i zachodzi prawie natychmiast. Za to dzień trwa równe 12 godzin. Od szóstej do szóstej. O szóstej gliniarze zwijają się do domów i na ulicy zostają psy, bezdmoni i szukający wrażeń. Jako, że miasto leży w kotlinie, to elegancko widać oświetlone na przeciwległym zboczu ulice. Za to na ulicy gdzie jest moja noclegownia leży facet głową w chodniku i nogami pod górkę. Dobrze że się nie zsuwa. Taki widok Quito na początek nie zachęcał, ale następnego dnia rano było już całkiem ładnie. Spacer dokoła starego miasta. Dziesiątki kościołów (w tym jeden cały w złocie), zmiana warty pod pałacem prezydenckim i ludzie budzący się do życia. Wielki plakat z okazji 25-lecia pontyfikatu papieża na fasadzie katedry. Uliczni lumpowie, fryzjerzy, pucybuci, Indianki sprzedające jajka na twardo. Parę ekskluzywnych sklepów i fryzjer za 0,75$.
Banos
Banos znaczy kibel, chyba wszędzie poza dialektem ekwadorskim. Tu to chyba znaczy wody termalne, gorące, źródlane, ożywcze i inne takie. W czasie każdej podróży uczę się czegoś nowego. W Banos na przykład był to widok aktywnego wulkanu. Niby zwykła rzeczy widziana na discovery po milion razy. Ale na żywo wygląda to inaczej. I żeby to jeszcze była jakaś płynąca rzeka lawy gorącej, czerwieniącej się, kipiącej. Nie, to były po prostu zwykłe wyziewy, które jednak są wystarczające by przedstawiciel kraju który żadnych cudów geologicznych nie doświadcza, krzyknął wow! To wulkan Tungurahua, widniejący tu na setkach tiszertów.
Banos. Z dala od Quito. Stolice są zawsze duszne, tłoczne i wymagające. A tu pełen relaks. Od procesji do procesji. Od browaru do browaru. Gorące źródła, wodospady, chilout.
Wynajmuje rower i wyruszam w dół. Z andyjskich gór, z Banos na 1800 m n.p.m. do dorzecza Amazonki. Ma być cały czas w dół. I na początku jest. Wulkany, świeżość uwalniająca się z zielonych traw, krzew, drzew. Piknie! Potem są już góreczki i inne pierdółeczki. Męczące. Wodę zbieram z napotkanych po drodze wodospadów. Natrafia się kolejka a la Indiana Jones, którą przedostaję się na drugi brzeg kanionu. IIIIIIIIIhhhhhhhhhhhaaaaaaaaaaaa Equador!!!! Tylko to się da krzyczeć. Na drugim brzegu idę nad wodospad i po linach schodzę na jego krawędź. Wolność!
Potem jeszcze jeden, bardzo ważny wodospad opisywany w przewodnikach, ale daruje sobie bliskie z nim spotkanie za parę dolców (w Ekwadorze płaci się amerykańskimi dolarami). Wystarcza mi zdjęcie na wiszącym mostku. Dalej mknę do celu. Do Puyo. Zjeżdżam ze stromych serpentyn do nagle płaskiego dorzecza Amazonki. Jest jeszcze bardziej zielono. Jemy gdzieś almuerzo z poznanymi Francuzami. Oni wracają autobusem w górę na lekcje hiszpańskiego, ja ciągnę w dół do Puyo. Zaczyna padać na dwa, trzy kilometry przed metą co wystarcza, że docieram do cały w błocie.
Dżungla
Chciałem zobaczyć jak wygląda prawdziwa dżungla. Wsiadłem do autobusu jadącego do miejscowości Coca, która ma oficjalną nazwę Puerto Francisco de Orellana. Na cześć hiszpańskiego odkrywcy, który eksplorował basen Amazonki od jej ujścia po źródła. To wszystko miało miejsce pod koniec XVI wieku. Kurewsko odważni musieli być ci ludzie.
Wygonili mnie z autobusu gdzieś koło czwartej. Jacyś podejrzani kolesie oferują mi taksówkę. Dolara za przejazd do portu nie dam. Idę sam. Miasteczko ciemne, wymarłe, tonące w tropikalnym deszczu. Jestem łatwym celem. Adrenalina. Trzeba zachować spokój, trzeźwość umysłu i podreptać tam….. gdzie najciemniej. Instaluję się na werandzie obok niewielkiego parku z pomnikiem Orellano. Chyba mnie nie widać. Jest dygor. Klienci którzy chcieli mnie zgarnąć spod autobusu nie wyglądali zachęcająco. Siedzę na werandzie jakiegoś baru i spoglądam na wielką czarną w nocy rzekę. Z jej strony tysiące odgłosów. Taki właśnie dźwięk sobie wyobrażałem myśląc wcześniej o tropikalnych rzekach. To Rio Napo.
Na drugiej stronie rzeki słyszę coś jakby odgłosy orkiestry. Jakiś pogrzeb, czy co? Rozjaśniająca się ciemność pozwala mi odczytać napis na tabliczce oddalonej ode mnie o kilkadziesiąt metrów: Gracias por su visita. La Amazonia es el pulmon del mundo. Cuidemosla. Tak, tak jestem w dorzeczu Amazonii – czyli w płucach matki ziemi. Zbliża się do mnie ciężarówka z żołnierzami. Gra znajoma muzyka. Nie wyglądają oni na żałobników ani na pogrzeb. Raczej zastępują koguty i budzą miasteczko do życia.
Śniadanko zżeram z opcją maksymalną. Jajka, kiełbasy i inne rarytasy. Dlatego też zostawiam tu 2,5 dolca. Ligę angielską sobie przynajmniej pooglądałem. Wracam w stronę przystani, ale już wszystko popłynęło. Jest mi obojętne gdzie i z kim popłynę, byleby zakosztować podróży tropikalną rzeką. Takie jądro ciemności zawsze mi się marzyło.
Złapałem w końcu rzecznego autostopa. Nawet nie mam czasu na zdjęcia, na zakupy. Pakuje się do długorufowej łodzi napędzanej potężnymi silnikami. Ekipa płynie na egzamin praktyczny z przewodnictwa. Jak zdadzą będą czardżować krocie za oprowadzanie gringos po tropikalnych ostępach.
Rzeka jest fascynująca. Silniki robią swoje i suniemy całkiem szybko. Czysta przyjemność. Wysadzają mnie w Pompei, malutkiej wiosce. Dżungla tu jest typowa. Co pół godziny przejeżdża tu gigantyczna ciężarówka shella. A szel iz grin, więc postawił w miejscowych wioskach kosze na śmieci. A po co im kosze na śmieci, przecież oni tyle tego badziewia nie produkują. Za to przyroda ginie. Na szczęście widać jeszcze po drodze trochę kolorowych ptaków. W Limonochca jest jezioro. Wstęp ponoć szesnaście dolarów, ale na szczęście nikt nie żądał. Może też dlatego, że po aligatorach, które mają tu rezydować ni śladu. Cały czas pada. Jestem przemoczony i trochę rozczarowany, bo to żadna dżungla. Wracam do Coki najpierw na pace potem w luksusowej toyce. Śpię jak małe dziecko. W Coce zakładam nogi na werandę, kupuję litrowego browca i rozkoszuję się Rio Napo. No i gadać muszę z miejscowymi pijakami.
Alausi
Jak dla mnie kwintesencja ekwadorskiego miasteczka. Malowniczo położone w kotlinie otoczonej przeciętnymi acz uroczymi szczytami. Nad nimi góruje postać świętego Piotra dzielnie dzierżącego klucze. Mega kicz, ale dla nich pewnie świętość. W świętym Piotrze barek jest i można kupić browca. Ulice pełne miejscowych Indian. Stąd zaczyna się najbardziej widowiskowa część trasy linii kolejowej. Można jechać na dachu pociągu. Jak na dzikim zachodzie. Jak tu ,ale w dawnych czasach. Taka pozostałość ku uciesze turystów. Niestety jak dla mnie nie dzisiaj lecz manana. OK., przeżyję. Szwendam się po miasteczku pełnym Indian, którzy ustawiają się w kolejki do banków i do biur, które mają napisy emigracion new jersey new york new orlean.. new new new new new niu niu. Nowe życie dla Ekwadoru. Nowy świat. Ameryka.
Machala
W samej Machali się nie zatrzymywałem, ale przejeżdżałem przez całą prowincję. To kraina Chiquita. To tu rośnie główny, obok ropy, produkt eksportowy Ekwadoru. Zagłębie bananów. Nie mogę tylko zrozumieć dlaczego są one tu droższe niż na dworcu pekapu w Katosach. Może dlatego, że tu jest pięknie, a dworzec w Katowicach jest najobleśniejszym dworcem w Polsce?
Ceunca
Miało być najfajniejszym miastem Ekwadoru, na mapie zaznaczone w żółtej ramce jako miejsce szczególnie atrakcyjnie turystycznie, ale tak go nie odebrałem. Jak dla mnie przeciętne miasto z ładnym rynkiem i dwoma katedrami (starą i nową). Poza tym wieczorem się wyludnia. I tyle. Jadąc do Peru można się tu zatrzymać, ale dzień zwiedzania w zupełności wystarczy.
Wkrótce relacje z Boliwii, Peru i Chile!
{mospagebreak title=koszty}
| DZIEŃ | TRASA | CZAS | TRANSPORT | CENA | WALUTA | CENA (USD) |
| 1 | Warszawa-Berlin | 6:00 | pociąg (EC) | 123,5 | PLN | 31,27 |
| Berlin-Madryt | 2:45 | samolot (Airbus A-320) | ||||
| 2 | Madryt-Quito | 10:30 | samolot (Airbus A-340) | |||
| 3 | Quito-Banos | 3:45 | autobus | USD | 3,40 | |
| 4 | Puyo-Banos | 2:00 | autobus | USD | 2,00 | |
| 4-5 | Banos-Coca | 10:00 | autobus | USD | 11,00 | |
| 5 | Coca-Pompeya | 2:00 | longtail boat | free | ||
| Limoncocha-Coca | 2:00 | car | USD | 2,50 | ||
| 5-6 | Coca-Ambato | 8:35 | autobus | USD | 11,00 | |
| 6 | Ambato-Riobamba | 1:10 | autobus | USD | 1,00 | |
| Riobamba-Alausi | 1:40 | autobus | USD | 1,60 | ||
| Alausi-Cuenca | 3:40 | autobus | USD | 5,00 | ||
| Cuenca-Huaquillas | 4:30 | autobus | USD | 5,00 | ||
| 7 | Huaquillas-Tumbes | 0:40 | minbus | 1 | PEN | 0,29 |
| 7-8 | Tumbes-Lima | 20:15 | autobus | 40 | PEN | 11,59 |
| 9-10 | Lima-Tacna | 23:00 | autobus | 40 | PEN | 11,59 |
| 10 | Tacna-Arica | 1:30 | autobus | 5 | PEN | 1,45 |
| 10-11 | Arica-Calama | 9:00 | autobus | 5 000 | CLP | 8,20 |
| 11 | Calama-San Pedro de Atacama | 1:30 | autobus | 1 000 | CLP | 1,64 |
| 12-14 | salar trip | |||||
| 14-15 | Uyuni-Potosi | 6:20 | autobus | 25 | BOB | 3,23 |
| 16 | Potosi-Sucre | 2:40 | shared taxi | 27,5 | BOB | 3,55 |
| 16-17 | Sucre-La Paz | 14:45 | autobus | 50 | BOB | 6,45 |
| 18 | La Paz-Copacabana | 3:30 | autobus | 15,5 | BOB | 2,00 |
| Copacabana-Isla del Sol | 1:30 | boat | 10 | BOB | 1,29 | |
| 19 | Isla del Sol-Copacabana | 1:40 | boat | 15 | BOB | 1,94 |
| Copacabana-granica peruwiańska | 0:15 | minbus | 2,5 | BOB | 0,32 | |
| granica peruwiańska-Puno | 2:20 | autobus | 6,5 | PEN | 1,88 | |
| 19-20 | Puno-Cuzco | 6:00 | autobus | 13 | PEN | 3,77 |
| 20 | Cuzco-Ollantaytambo | 1:30 | shared taxi | 15 | PEN | 4,35 |
| Ollantaytambo-Urubumba | 0:30 | minbus | 1 | PEN | 0,29 | |
| Urubumba-Cuzco | 1:40 | autobus | 3 | PEN | 0,87 | |
| Cuzco-Ollantaytambo | 2:00 | autobus | 4 | PEN | 1,16 | |
| Ollantaytambo-Aquas Callientes | 1:30 | pociąg | 42 | PEN | 12,17 | |
| 22 | Aquas Callientes-Ollantaytambo | 1:30 | pociąg | 42 | PEN | 12,17 |
| Ollantaytambo-Cuzco | 1:45 | autobus | 5 | PEN | 1,45 | |
| 22-23 | Cuzco-Lima | 22:00 | autobus | 50 | PEN | 14,49 |
| 23-24 | Lima-Nazca | 8:00 | autobus | 20 | PEN | 5,80 |
| 24 | Nazca-Lima | 8:00 | autobus | 15 | PEN | 4,35 |
| 24-25 | Lima-Huaraz | 7:45 | autobus | 30 | PEN | 8,70 |
| 25 | Huraz-Llupo | 0:45 | minbus | 5 | PEN | 1,45 |
| Llupo-Huaraz | 0:45 | minbus | 5 | PEN | 1,45 | |
| 26 | Huaraz-Caraz | 1:00 | minbus | 4 | PEN | 1,01 |
| Caraz-Chimbote | 6:40 | autobus | 21 | PEN | 6,09 | |
| 26-27 | Chimbote-Zarumilla | 14:15 | autobus | 10,00 | ||
| 27 | Zarumilla-Huaquillas | 0:30 | mototaxi | 2 | PEN | 0,58 |
| Huaquillas-Cuenca | 4:50 | autobus | USD | 5,00 | ||
| 28-29 | Cuenca-Quito | 9:00 | autobus | USD | 10,00 | |
| 29 | Quito-Otavalo | 2:40 | autobus | USD | 2,50 | |
| Otavalo-Quito | 2:30 | autobus | USD | 2,00 | ||
| 29-30 | Quito-Madryt | 13:00 | samolot (Airbus A-340) | |||
| 31 | Madryt-Berlin | 3:00 | samolot (Airbus A-320) | |||
| Berlin-Frankfurt n. Odrą | 1:20 | 8,1 | EUR | 9,53 | ||
| Słubice-Rzepin | 1:00 | autobus | 5,8 | PLN | 1,47 | |
| Rzepin-Warszawa | pociąg (EC) | 85,4 | 21,62 | |||
| przejazdy na miejscu | 207,57 | |||||
| Berlin tam i z powrotem | 63,88 | |||||
| samolot | 481,5 | EUR | 566,47 | |||
| RAZEM | 837,92 |