Archiwum z Grudzień 2004

Azja 2001

środa, 29 Grudzień 2004

Przygotowania

Relacja na żywo pisana wraz z Zupą z wyprawy przez Azję w 2001 r.

Witajcie na naszych stronach! Ruszamy na ostatnie w życiu studenckie wakacje, by zobaczyć trochę ciekawych miejsc, poznać smaki i zapachy Azji. Jakie są nasze plany? Przejedziemy tysiące kilometrów przez syberyjskie lasy, mongolskie stepy, gęsto zaludnione Chiny, dżunglę laotańską i lasy równikowe Malezji by dotrzeć na sam koniec półwyspu Indochińskiego – do Singapuru. Mamy na to dwa miesiące i 1000$. Czasu i pieniędzy mało, ale entuzjazmu i chęci w sam raz.

Czym się będziemy poruszać?

Na samym początku podróż koleją transsyberyjską, o której marzyliśmy od zawsze, by poczuć klimat jaki opisywał Kapuściński w swoim "Imperium". Tydzień leżenia brzuchem do góry, gry w karty, bratania się z naszymi wschodnimi sąsiadami i próbowania specjałów sprzedawanych na stacjach przez rosyjskie babuszki. Później pociągami klasy hard-seat i autobusami przejedziemy przez Chiny. W Laosie skorzystamy z jego głównej arterii komunikacyjnej – Mekongu. Na własnych nogach przejdziemy po Wielkim Murze i wejdziemy na święta chińską górę, a resztę drogi jeśli szczęście dopisze spędzimy na grzbietach koni i słoni.

Co chcemy zobaczyć?

Chcemy zobaczyć jak się miewają dwaj "wiecznie żywi" wodzowie rewolucji: towarzysze Lenin i Mao (napiszemy Wam który z nich się lepiej trzyma i czy nie zastąpiono już ich woskowymi figurami).

Kogo chcemy spotkać?

Sprawdzimy czy sławna gościnność Mongołów jest rzeczywiście prawdziwa i czy kumys nadaje się do picia. Popatrzymy jak zbierają jałmużnę buddyjscy mnisi i jak żyją animistyczne plemiona w Laosie. No i oczywiście chcemy policzyć czy Chińczyków jest rzeczywiście miliard. W końcu dowiemy się jakie grzywny płacą singapurscy yuppies za żucie gumy i niespłukiwanie wody w toalecie.

Czego się obawiamy?

Monotonnego stukotu kół pociągu, umiejętności językowych Chińczyków, monsunowych deszczy, a także wszelkiego latającego i pełzającego robactwa. Chcecie sprawdzić jaka będzie konfrontacja naszych oczekiwań z rzeczywistością? Zapraszamy do przeczytania naszej relacji!

{mospagebreak title=Rosja}

Rosja 

Jak wygląda stolica Rosji w "nowych" czasach?
Co warto tam zobaczyć? Jak się miewa Włodzimierz Ilicz Lenin?

Moskwa – Plac Czerwony

Na Plac Czerwony docieramy dosyć wcześnie, wiec jest zupełnie wyludniony, nie licząc patrolu milicji, który chyba trochę z nudów legitymuje nas. Robimy sobie zdjęcia przed mauzoleum Lenina. Mauzoleum otwarte jest codziennie, oprócz poniedziałków i piątków, od 10 do 13. Jako że jest dopiero ósma rano, udajemy się na krótki spacer wzdłuż rzeki Moskwy. Po powrocie ze zdumieniem stwierdzamy, że Plac Czerwony jest zamknięty, a chętni do odwiedzenia mauzoleum wpuszczani są tylko w jednym miejscu. Problemem okazują się nasze aparaty fotograficzne, których nie można wnieść nawet na teren placu.
Po wyczekaniu w długiej kolejce udaje nam się dostać do wnętrza mauzoleum. Jest chłodno, wszystko wyłożone jest czerwonym i czarnym marmurem.

Schodzimy po schodach w dół. Co kilka metrów na baczność stoi żołnierz. Lenin leży w przeźroczystym sarkofagu i trzyma się nieźle, a bródkę ma modnie przystrzyżoną. Niestety w tej sali nie można się zatrzymywać, więc wolnym krokiem jesteśmy zmuszeni ją opuścić.
Moskwa – inne atrakcje

Następnie postanawiamy zwiedzić Kreml. Bilety dla obcokrajowców są w cenie 150 rubli (110 dla studentów), natomiast cena dla Rosjan wynosi 30 rubli, więc korzystając z uprzejmości miejscowych kupujemy te ostatnie. Pobieżne zwiedzenie zabytków Kremla zajmuje nam około półtorej godziny. Następnym miejscem, które odwiedzamy jest kompleks olimpijski "Łużniki".

Na części tego olbrzymiego terenu znajduje się ogromny bazar. Sam stadion olimpijski jest jednak bardzo zadbany. Jego wielkość i urok robi na nas ogromne wrażenie.

Kolejnym punktem naszej wycieczki po Moskwie jest Wszechrosyjskie Centrum Wystawowe. Przed wejściem znajduje się ogromny pomnik poświecony kosmonautom. Sam teren centrum wystawowego również jest obfity w wiele atrakcji (m. in. wesołe miasteczko). Nieopodal znajduje się wieża telewizyjna Ostankino, niestety zamknięta dla turystów.

Jest już osiemnasta, wiec powoli musimy udać się na dworzec Jarosławski, skąd o 23.30 odjeżdża nasz pociąg. Przed nami cztery noce podroży do Irkucka.

Kolej transsyberyjska

5152 kilometry z Moskwy do Irkucka przejechaliśmy w 76 godzin. Mimo takiej odległości krajobraz zasadniczo się nie zmienił, ale nie czuliśmy się znudzeni widokami brzozowych lasów i zielonych pól. W pociągu i na stacjach życie towarzyskie kwitło.

Nasz wagon jest zaskakująco czysty. Dwie "prowadnice" odkurzają nasz przedział rano i wieczorem. Mijamy wsie i miasta, które różnią się od siebie tylko liczbą domów. A te domy, to albo budynki z wielkiej płyty, albo coś co u nas stawiane jest jako altanka na działce. Poza tym mamy wrażenie, jakby przed rokiem skończyła się tu jakaś wojna.

Dziwny to kraj, w którym utrzymuje się zwłoki człowieka przez 80 lat, a nie potrafi tego zrobić ze swoimi fabrykami. Rdza zjada stalowe konstrukcje, a bakteria Lenina nie.

Co kilka godzin mamy dwudziestominutowy postój. Można wtedy kupić jedzenie i piwo w plastikowych butelkach.

W sklepach sprzedawczynie najpierw używaj liczydła, by potem końcowy rachunek wbić na kasę fiskalną. Podobało nam się "marketingowe" podejście do handlu. Akurat w czasie postoju pociągu niektóre sklepy mają dziesięciominutową przerwę. Za to "babuszki" handlują na całego. U nas furorę robią duże wędzone ryby. Niestety ich zapach pozostaje w naszym przedziale do końca podróży.

Irkuck

Jesteśmy w Irkucku 31 czerwca 2001 roku. Tak przynajmniej wskazuje dworcowy zegar. Autobus do Listwianki jak zapewnia nas stojąca w środku "złotozębna" kobieta nie ma już wolnych miejsc, chociaż my akurat takie widzimy. Autobus odjeżdża, a my rozpoczynamy negocjacje z taksówkarzami. Ku naszemu zdziwieniu kierowca autobusu wraca za 5 minut. Płacimy mu po 50 rubli, czyli tyle samo co za bilet, tyle że go nie dostajemy.

Raz w dół (szybko), raz w górę (w tempie roweru) przez piękne mieszane lasy Przybajkalskiego Parku Narodowego docieramy do Listwianki. Rozciąga się stąd piękny widok. Na placu tego niby-kurortu sprzedawane są smażone i wędzone ryby. Na pokładzie wodolotu przez Bajkał i Angarę wracamy do Irkucka. Tym razem według dworcowego zegara opuszczamy to miasto 1 stycznia 2001 roku.

W wagonach jadą już z nami sami ludzie o skośnych rysach twarzy. Od takich, u których jest to ledwo widoczne, do takich u których czubek nosa jest w równej linii z czołem. Śmierdzi, ale pocieszamy się, że w Chinach będzie gorzej. Po nocnych widokach na Bajkał teraz widzimy góry i stepy, a raz nawet cały tabun dzikich koni. Docieramy do Nauszek. Przed nami Mongolia.

{mospagebreak title=Mongolia}

Mongolia 

Stoimy oparci plecami o toaletę. Co chwilę ktoś wchodzi i wychodzi. Obok nas małe dziecko załatwia się i wcale do tego celu nie potrzebuje opuszczać przedziału. Koniec wagonu staje się niewidoczny z powodu gęstego obłoku dymu papierosowego i trzy razy większej liczby podróżnych niż miejsc siedzących. Nasz sąsiad co chwilę spluwa na ziemię. Jedziemy do Pekinu klasą "hard-seat". Jeszcze tylko osiem godzin…

Ułan Bator

Przekroczywszy granicę w Nauszkach docieramy do Ułan Bator. W Mongolii mieszka jedynie dwa miliony osób, a wiele z nich wciąż prowadzi koczowniczy tryb życia. W swojej naiwności spodziewaliśmy się spotkać stada bydła na ulicach stolicy. W rzeczywistości jest trochę inaczej. Ułan Bator jest dużym miastem, w którym nie brakuje wieżowców. Po ulicach jeździ mnóstwo dobrych samochodów, co jest skutkiem ich bardzo niskich cen.

Ze znalezieniem noclegu nie mamy żadnych problemów. Już na dworcu zaczepia nas wiele osób, proponując nam nocleg w prowadzonych przez siebie guest-house’ ach. Wybieramy jedną z propozycji noclegu w centrum, właśnie z uwagi na położenie i niską cenę (2$). Ku naszemu zdziwieniu zostajemy przyprowadzeni do przedszkola przekształconego na czas wakacji w dwie sale sypialne. Jesteśmy zadowoleni, ponieważ jest tam czysto i obszernie. Jedynie sanitariaty są troszkę mniejszych rozmiarów.

Park Narodowy Bogdankhai

Zostawiamy plecaki i postanawiamy udać się do oddalonego o 40 km od miasta parku narodowego. Busem docieramy do Zanmuud i stamtąd mamy około 5 km do parku. Już po drodze przez okno naszego minibusa podziwiamy niepowtarzalny krajobraz stepów mongolskich z rozrzuconymi po nich jurtami. Po dotarciu do miasteczka w dalszą drogę ruszamy pieszo. Odrobinę meczącą wędrówkę uprzyjemniają nam piękne widoki.

Wchodzimy na teren parku i kierujemy się w stronę ruin buddyjskiej świątyni Manzyshir. Sam kompleks, a raczej pozostałość po kompleksie świątyń, w którym żyło kiedyś pięciuset mnichów, nie robi na nas wielkiego wrażenia. Jednak warto było tu dotrzeć chociażby ze względu na krajobraz. Lekko zmęczeni i bardzo opaleni wracamy do domu (przedszkola).
Następnego dnia pociąg mamy o godzinie 15.20, więc nie mamy czasu na dłuższą wycieczkę. Odwiedzamy miejscową świątynię i ruszamy do granicy chińskiej, prawdopodobnie ostatni raz w przedziale sypialnym (w Chinach ceny pociągów są znacznie wyższe).
Podróż do Pekinu

Odprawa na granicy mongolsko-chińskiej trwa dosyć długo. Wysiadamy w Erenhot i z pomocą tubylca (bynajmniej nie bezinteresowną) kupujemy bilety do Jining, gdzie będziemy musieli się przesiąść na pociąg do Pekinu. Podroż w klasie "hard-seat" jest dla nas nowym doświadczeniem. Z głośników płynie głośna muzyka, a my budzimy ogólne zainteresowanie.

Zainteresowanie naszymi skromnymi osobami narasta, kiedy wysiadamy w Jining. Idziemy wymienić pieniądze, a gdy tylko zatrzymujemy się na kilka sekund, wokół nas zbiera się kilkunastoosobowy tłumek gapiów. Wsiadając do pociągu jadącego do Pekinu szybko uświadamiamy sobie, że najbliższe dziewięć godzin podróży spędzimy na stojąco w towarzystwie setek Chińczyków.

W pociągu nie ma nawet miejsca, żeby usiąść na ziemi, do tego wszyscy palą papierosy, a co niektórzy plują na podłogę. Obok nas małe dziecko podróżujące z mama, robi kupkę, ale nie wzbudza to większego zdziwienia. Dojeżdżając do Pekinu, jesteśmy kompletnie wyczerpani, ale teraz już wiemy, jak wygląda podróż koleją po Chinach w klasie "hard-seat". Mamy nadzieję, że nie będzie tak zawsze, ponieważ przed nami jeszcze wiele godzin w pociągach. Póki co, idziemy poszukać hotelu, by mieć siłę na zwiedzanie stolicy Chińskiej Republiki Ludowej.

{mospagebreak title=Pekin} 

Pekin 

Pekin jak każda duża metropolia jest miastem kontrastów. Obok brudnych małych uliczek, pełnych restauracji, fryzjerów, sklepów z drobiazgami, rozciągają się najwspanialsze na świecie aleje. Szeroka aleja Jianguomennei z podświetlanymi na zielono budynkami robi niesamowite wrażenie. Całe miasto czeka na decyzję, czy to właśnie stolica Chin będzie gospodarzem Igrzysk Olimpijskich w 2008 r.

Pekin

Zwiedzamy Zakazane Miasto. Kompleks budynków jest okazały, ale niestety do żadnego z nich nie można wchodzić do środka. Do tego dochodzi niesamowity upał i tysiące Chińczyków. Duże wrażenie zrobił na nas lamaistyczny klasztor Yonghe Gong. Tuż obok znajduje się świątynia konfucjańska. Bardzo podobna do poprzedniej, z tym że wierni, zamiast brzoskwiń i pieniędzy, składają w darze butelki chińskiej wódki.

Plac Tiananamen – serce Pekinu

Na placu Tiananmen kupujemy czerwone książeczki. Później stoimy ponad godzinę w najdłuższej, a jednocześnie najszybszej kolejce w jakiej było nam dane stać. Sznurek utworzony z setek Chińczyków cierpliwie czeka, by kupić kwiaty i złożyć je pod pomnikiem przewodniczącego, a później przez kilka sekund rzucić przelotne spojrzenie na Mao Tse Tunga.

Mao jest wszędzie. Grubo po północy oglądamy chińską telenowelę o jego życiu. Mao się uśmiecha, rozmyśla, rozmawia, tłumaczy, pociesza. Mao na ryżowym polu, w bibliotece, na mównicy, wśród tłumów. Wódz, ojciec, bohater. Ludzie na Tienanmen wydają się być zadowoleni z życia. Puszczają latawce, spacerują, fotografują się na tle portretu Mao. Co jakiś czas jednak milicjanci, albo tajniacy, "odprowadzają" kogoś do samochodu i natychmiast wywożą.

Nocne spacery po Pekinie

Na nocnym targu obok "normalnych" potraw można zjeść węże, świerszcze, skorpiony i całą gamę robactwa. Do tego wszystkiego mamy prawdziwą pekińską operę. Kobieta zawodzi niesamowicie, ale przysłuchujemy się temu z zainteresowaniem. Później przychodzi czas na artystów-amatorów. Tego już nie wytrzymaliśmy.

Czekamy w nocy przy Tiananmen. Podjeżdża do nas rozwalający się tuk-tuk, czyli coś w rodzaju taksówki na motorze. Ze środka z trudem wychodzi dziadek. Mimo iż myślimy, że to kolejny "niekumaty" Chińczyk – mylimy się. Dziadek jest bardzo bystry. Szybko się dogadujemy i ruszamy w najbardziej ekscytującą przejażdżkę po Pekinie. Lawirując pomiędzy autobusami, niemal ocierając się o samochody i pieszych, docieramy do hotelu.

{mospagebreak title=Wielki Mur i Xian}

Wielki Mur i Xian

Jeździmy rowerami wzdłuż murów w Xian. Te malutkie uliczki, pełne ubogich ludzi sprzedających cokolwiek tylko mają, jakże różne są od pięknych pekińskich bulwarów. Obcokrajowcy przyjeżdżający do Pekinu mogą uważać Chiny za kraj dobrobytu, jednak trzeba wgłębić się w życie prostych ludzi, na prowincji, by zobaczyć, że to nie jest prawda.

Wielki Mur

Nareszcie nadchodzi dzień, w którym zobaczymy jedną z najważniejszych i najbardziej znanych na świecie budowli – Wielki Mur. Wybieramy niekomercyjny kawałek polecany przez "Lonely Planet". Z hotelu najpierw busem, a potem metrem, dojeżdżamy do przystanku, z którego odjeżdżają autobusy. Znajdujemy bus do miasteczka oddalonego o 20 km od muru, tam przesiadka na mały prywatny samochód, który za niską cenę dowozi nas do celu. Podróż z miejscowym to przygoda – brak pasów, ciągły dźwięk sygnału i niezwykła prędkość.

Fragment muru, który chcemy zdobyć, jest dziki, miejscami prawie całkowicie zniszczony niemniej wystarczająco zachowany, by mieć pojecie o jego kształcie przed wiekami. Nasza trasa liczy około 4 kilometrów i zajmuje nam 3 godziny. Mur robi na nas naprawdę niesamowite wrażenie, zwłaszcza fragmenty ciągnące się wzdłuż szczytów gór oraz dolinek. Zdjęcia nie są w stanie oddać tego, co zobaczyliśmy. Wracamy do Pekinu.

Bilety do Xian, który jest następnym naszym celem, kupujemy w kasie międzynarodowej na dworcu głównym w Pekinie, bez żadnych problemów. Mimo naszych obaw miejsca w pociągu "hard seat" okazują się luksusowe. Wszyscy mamy numerowane miejsca siedzące, a w wagonie jest klimatyzacja i jest czysto.

Xian

Rano, po 13 godzinnej podróży jesteśmy w Xian. Znajdujemy hotel z pokojami w piwnicach – dlatego trochę tańszymi. Po śniadaniu ruszamy do jednego z najbardziej rozsławionych chińskich zabytków – Terakotowej Armii. Miasteczko, gdzie znajduje się atrakcja, jest nastawione typowo na turystykę. Główna alejka prowadząca do wejścia jest zastawiona przez wyjątkowo nachalnych sprzedawców tandetnych pamiątek. Omijamy ich i kupujemy bilety; oczywiście o zniżkach na karty studenckie nikt nie słyszał, a wstęp jest wyjątkowo drogi.

Kierujemy się do pierwszej hali, gdzie ma być ta atrakcja. I tu małe rozczarowanie – na zdjęciach wygląda to wszystko trochę inaczej – po prostu atrakcyjniej. Zwiedzamy jeszcze muzeum oraz pozostałe budynki i wracamy do Xian. Następnego dnia wypożyczamy rowery i udajemy się wzdłuż murów otaczających stare miasto. Mijamy biedne dzielnice, ludzi, których małe warsztaty i sklepiki są zarazem ich domami. Ich życie towarzyskie toczy się wprost na ulicy. Po czternastu kilometrach dojeżdżamy z powrotem do hotelu. 

 {mospagebreak title=Songpan i Emei Shan}

Songpan i Emei Shan

Mierzymy tętno – prawie 160. Każdy kolejny krok jest coraz trudniejszy. Naszym celem jest przełęcz powyżej 5000 m n.p.m. Pojawia się coraz więcej śniegu. Wysokość daje o sobie znać pulsowaniem w skroniach z lekkimi zawrotami głowy. Do celu ciągle jeszcze daleko.

SONGPAN

Podróż z Chengdu do małego, górskiego miasteczka Songpan trwa 9 godzin. Nasz kierowca wygląda dosyć sympatycznie, a w autobusie oprócz nas i kilku Francuzów, jadą sami miejscowi.

Krajobraz zmienia się już po dwóch godzinach, droga malowniczo pnie się pod górę. Mniej więcej w połowie trasy zatrzymujemy się na posiłek w przydrożnej restauracji. W Songpan jesteśmy około 15. Autobus zawozi nas pod hotel, w którym z uwagi na przystępną cenę (25Y) postanawiamy się zatrzymać. Po południu wynajmujemy konie na czterodniową wycieczkę w góry i idziemy na spacer po uroczym Songpan.

DZIEŃ 1

Zbiórka jest o 8.30. Zamiast dwóch "obiecanych" Włoszek na wycieczkę wyrusza z nami trójka Chińczyków i siedmiu przewodników.

Cała grupa liczy więc czternaście osób i tyleż koni. Pierwsze obawy co do naszych umiejętności jeździeckich znikają po kilku minutach. Konie są dosyć spokojne, a nasze siodła wygodne. Przez cztery godziny wolno wjeżdżamy coraz wyżej. Zatrzymujemy się na obiad i zarazem na nasz pierwszą noc. Posiłek jaki otrzymujemy jest dosyć smaczny, ale składa się głownie z ryżu i makaronu. Żądni dalszych wrażeń zasypiamy.

DZIEŃ 2

Pobudka o ósmej, szybkie śniadanie i wyruszamy dalej w drogę. Po trzech godzinach czujemy się trochę zawiedzeni – na dziś to koniec jazdy na koniach. Obóz zakładamy na wysokości 3800 m n.p.m. W pobliżu są dwa przepiękne wodospady, a widok z naszego namiotu trudno opisać słowami.

Jesteśmy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Posiłki bliźniaczo podobne do wczorajszych, więc przed snem marzymy o jakiejś potrawie z mięsa. Kładziemy się wcześnie. Jutro wyprawa na lodowiec.

DZIEŃ 3

Wyruszamy wcześnie rano. Konie z trudnością pokonują stromizny. Po około 3 godzinach docieramy do podnóża lodowca (4500 m n.p.m.). Pieszo docieramy do pięknego jeziorka na wysokości około 4700 m n.p.m. Stąd roztacza się widok na okoliczne szczyty i przełęcz, na którą postanawiamy się wspiąć.

Z każdą minutą wspinaczki jest coraz trudniej. Na górę nie prowadzi żadna ścieżka, więc z ogromnym wysiłkiem pokonujemy każdy metr. Wreszcie jesteśmy u celu. Można odpocząć. Mamy lekkie zawroty głowy, prawdopodobnie z uwagi na znaczną już wysokość – około 5100 m n.p.m.
Droga powrotna wcale nie jest łatwiejsza. Późnym popołudniem docieramy do obozu. Ten dzień był dla nas bardzo wyczerpujący, ale dostarczył nam niezapomnianych wrażeń.

DZIEŃ 4

Droga powrotna do Songpan mija nam dosyć szybko. Strome odcinki pokonujemy pieszo. Po drodze zwiedzamy buddyjską świątynię i do Songpan docieramy po południu. Cieszymy się na kąpiel i bardziej urozmaicony posiłek, ale zarazem trochę nam żal rozstania z niesamowitym krajobrazem i wesołą grupą naszych przewodników. Jutro wracamy do Chengdu.

Emei Shan

Nocujemy w małym Baoguo Si. Wszystko – nawet krawężniki – są podświetlane kiczowatymi lampkami, które gasną równo o północy, a wtedy bez latarki nie warto wychodzić na ulice. Jemy pyszne hamburgery. Tak, tak – hamburgery są ulgą dla żołądka po tłustych, oleistych i nadmiernie ostrych potrawach.

Wstęp do parku Emei Shan jest drogi, ale dostajemy zniżkę pokazując znaczek Unesco na naszych legitymacjach studenckich ISIC. Później pozowanie do zdjęć i dostajemy bilety z naszymi fotografiami. Udajemy się do snack-baru. Jako, że nie możemy już patrzeć na chińszczyznę, instruujemy kucharkę, jak powinna przyrządzić jajecznicę.

Później są już tylko schody. Raz bardziej stromo, raz łagodnie, mozolnie pniemy się w górę. Wypijamy litry wody. Miejscowi zachęcają nas do kupna lasek do podpierania, które mogą być również przydatne do odpędzania natrętnych małp. Pokazujemy, że nasze buty będą najlepszą bronią. Małpy jednak wcale nie są agresywne. Z dumą i obojętnością przechodzą obok nas.

Cała droga pełna jest świątyń i klasztorów, w których można coś zjeść i przenocować. Na starszych pielgrzymów ze sporą ilością gotówki czekają mężczyźni, którzy na swoich barkach szybko wnoszą klientów na górę.

Opuszczamy prowincje Czterech Rzek – Syczuan i ostatnim już pociągiem klasy "hard seat" ruszamy do Yunanu. Mamy nadzieję, że skutki powodzi i trzęsienia ziemi nie utrudnią nam drogi do Laosu.

 {mospagebreak title=Lijiang i Dali}

Lijiang i Dali

Jeziora otoczone górami zawsze robią niesamowite wrażenie. Z naszej łódki na jeziorze Er Hai możemy podziwiać czterotysięczne szczyty. Obok nas, raz po raz wyskakują z wody kormorany. Łowimy ryby, a ściślej to te ptaki łowią je dla nas. W ciągu godziny siedem kormoranów może złowić dwa kilogramy ryb. Droga do prowincji Yunan

Jedziemy pociągiem klasy hard-seat do Panzhihua. Naprzeciw nas siedzi stale defekujące dziecko, pod siedzeniem cztery kaczki, a w przejściu między wagonami stoją skrzynie z żywymi rybami. Jest brudno i śmierdzi, ale nie narzekamy, bo mamy miejsca siedzące. W Panzhihua przesiadamy się do autobusu sypialnego, któremu daleko do pierwszej klasy czystości. Poprzez 1200-metrowe klify i przełom rzeki Jangcy docieramy do Lijiang.

Lijiang

Lijiang to idealne miasto do wypoczynku. Leży na wysokości około 2.000 m n.p.m., wiec klimat jest doskonały. Upał nie doskwiera, a powietrze jest rześkie. Stare miasto to siatka wąskich uliczek poprzecinanych kanałami. W starych niskich domkach jest mnóstwo hotelików, restauracji i sklepów z różnościami. Można skosztować europejskiego jedzenia i posłuchać dobrej muzyki. Miasto jest stolicą matriarchalnego ludu Naxi. Kobiety noszą fartuchy i niebieskie czapki, a mężczyźni maja zapuszczone charakterystyczne bródki.

W bogato zdobionej sali audytoryjnej codziennie odbywają się koncerty orkiestry Naxi. Słuchamy dawnej chińskiej muzyki, która umilała życie cesarskim dostojnikom. Przedziwne instrumenty przetrwały rewolucję kulturalną zakopane w ziemi.

Dali

Oddalone trzy godziny drogi od Lijiang Dali zamieszkuje naród Bai. Miasteczko leży nad jeziorem Er Hai, które mam kształt ucha. Na to jezioro wypływamy łodzią wiosłową na łowienie ryb z kormoranami. Siedem uroczych ptaków siedzi na belce. Są wierne i posłuszne niczym psy. Zawiązuje im się szyję trawą, aby nie połykały zdobyczy. Ryby wyciąga im się z dzioba i kolacja gotowa.

Drugi dzień w Dali poświęcamy na rowery górskie. Krętymi ulicami docieramy do trzech ogromnych pagód. Z okolicznych świątyń dobiega rytmiczny dźwięk bębnów. Po drodze pozdrawiamy setki dzieciaków. Bez wątpienia Dali i Lijiang to świetne miejsca, aby zrelaksować się po zwiedzaniu milionowych chińskich miast.
Droga do Laosu

W jakim czasie można przejechać 550 km? Nam zabiera to całą dobę. I tak mamy szczęście, bo jeśli pada to cała podróż może trwać trzy dni. Począwszy od Jinghong zmienia się krajobraz. Coraz więcej palm, czerwonobrunatne rzeki, domy na palach. Na targu mnóstwo egzotycznych owoców, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Za chwilę wjeżdżamy do Laosu!

{mospagebreak title=Laos}

Laos

W miasteczku Vang Vieng w Laosie nie sposób się nudzić. Można wspinać się na wapienne skały, można spływać rzek kajakiem, albo na dętce z ciężarówki. Po błotnistych bezdrożach można szaleć na motorach lub rowerach. Na wieczór pozostają puby i smaczne jedzenie. Laos

Laos wita nas uśmiechami ludzi, którzy nie są tak natrętni jak w Chinach. Jest ich też zdecydowanie mniej. Tereny Laosu zamieszkuje 5,5 mln osób. Na ulicach więcej jest zwierząt domowych niż samochodów. Ulice zresztą to niezbyt ścisłe określenie na laotańskie drogi. Można tu jeździć tylko samochodami terenowymi, ciężarówkami lub autobusami. Wymieniamy pieniądze i z trudnością upychamy je po kieszeniach. Największy banknot o nominale 5000 kipów to równowartość około 0.5$. Dwuosobowy pokój w guesthouse’ie w Luang Namtha wynajmujemy za 10000 kipów. śmieszna cena, ale i warunki spartańskie, a do tego elektryczność dostępna tylko od 18 do 21.

Muang Sing

Na pick-up’ie pełnym skrzynek jedziemy do Muang Sing. Zaraz po przyjeździe otacza nas wianuszek miejscowych kobiet z plemion Hmong i Akha. Na początku zachwalają bransoletki, ale faktycznie chcą sprzedać co innego. Chodzi o opium. Jesteśmy w końcu w rejonie "złotego trójkąta".

Muang Sing zawdzięcza swój byt temu produktowi ze słomy makowej. Kobiety go sprzedają, a ojcowie rodzin (policjanci) przyłapują nabywców. Dwójka Anglików miała do wyboru albo 400$, albo przygodę w laotańskim więzieniu. Można się domyślić, co wybrali.
Podróż przez dżunglę

Następny dzień to niezapomniana przygoda. Wydawało się, że będzie nudno. Mamy do pokonania 195 km z Luang Namtha do Huoayxai. Terenową Toyotą pokonujemy błotniste drogi wśród przepięknych gór porośniętych dżunglą. Co chwilę odpowiadamy na pozdrowienia mieszkańców wiosek, dla których przejazd samochodu to nie lada wydarzenie. Na stromych podjazdach trzeba pchać samochód, aby wydostać go z grubej warstwy błota.

Przejeżdżamy przez rzeki, które mają kilkanaście metrów szerokości. W niektórych miejscach trzeba ustawiać kładki drzew, aby przedostać się na druga stronę. Docieramy do celu po 11 godzinach.

Mekong

Mekong rozgranicza na wysokości Houayxai Laos od Tajlandii. Przez dwa dni spływamy łodzią w kierunku Luang Phrabang. Kapitan sprawnie steruje łodzią, omijając wiry i kawałki drzew. Mekong jest laotańską "autostradą". Większość transportu odbywa się właśnie tą rzeką.

Po poprzednim dniu, spędzonym na trzęsącym się samochodzie, nie dziwimy się temu. Przemieszczanie się Mekongiem jest szybsze i wygodniejsze. Mamy czas na odpoczynek i podziwianie krajobrazu. Na noc zatrzymujemy się w małej wiosce Pakbeng. W restauracjach można tu zamówić ryżową whisky lao-lao domowej produkcji, a właściciel guesthouse’u oferuje nam całą gamę narkotyków. Dziwne miejsce. Dziwny kraj.

Luang Phrabang

Luang Phrabang jest dawną stolicą Laosu. W Pałacu Królewskim można zobaczyć pozostałości po królewskiej rodzinie. Są tu też dary "oficjeli" dla narodu laotańskiego, a wśród nich m.in. kawałek księżyca podarowany przez Nixona i miniatura naszego miecza koronacyjnego – Szczerbca.

Luang Phrabang szczyci się dziesiątkami świątyń. Co dzień o świcie mnisi zbierają jałmużnę. Jeden po drugim przemierzają ulice miasta zbierając jedzenie i przedmioty codziennego użytku. Wieczorem udajemy się do świątyni na buddyjskie modły. Śpiewy mnichów, zapalone świece, posagi Buddy z ogromnymi brzuchami tworzą egzotyczną atmosferę. Jedyne co przeszkadza w Luang Prabang to obecność większej liczby obcokrajowców niż miejscowych.

Vang Vieng

Tuk-tuk wywozi nas w górę rzeki. Z przerażeniem patrzymy na jej prąd. Chyba za szybki, aby wsiąść na dętkę i ruszyć w dół. Pierwszy strach mija, a przed nami wyśmienita zabawa. Po spływie idziemy do jaskini.
Jaskinia jakich wiele w tej okolicy, ale wyróżnia ją to, że można do niej wpłynąć. Po walce z wartkim prądem krystalicznie czystej rzeki płyniemy coraz bardziej w głąb jaskini, aż do momentu, w którym brak światła uniemożliwia nam dalszą drogę.

Atrakcje Vang Vieng rozciągają się w promieniu 20 km od miasta. Wsiadamy więc na skutery i ruszamy zobaczyć okolice. Wśród malowniczych formacji skalnych, droga pełna błota, docieramy do wioski Hmongów. Tam jemy miejscową specjalność – zupę z makaronem i dużą ilością warzyw i przypraw (foe).

Vientiane

Vientiane to najbardziej dziwaczna stolica jaką do tej pory widzieliśmy. W całym mieście, które można obejść w godzinę, nie ma budynków wyższych niż czteropiętrowe. Miejscowe gazety na pierwszej stronie donoszą o spotkaniu prezydenta Laosu z delegacją wietnamskich skautów.
Szlagierem jest Muzeum Rewolucji, gdzie obok historii jedynie słusznej partii laotańskich komunistów i obelg na amerykańskich i francuskich imperialistów, można też zobaczyć skarpetki przewodniczącego partii, w których uciekł z więzienia.

Poza tym miasto tworzą: kilka świątyń, ambasady i imitacja francuskiego Łuku Triumfalnego. Zwiedzanie Vientiane, największego miasta w Laosie, zajmuje nam pół dnia. Wybudowanym przez Australijczyków Mostem Przyjaźni po uiszczeniu kilku różnego rodzaju opłat przejeżdżamy do Tajlandii.

{mospagebreak title=Tajlandia, Birma, Malezja}

Tajlandia, Birma, Malezja

Myśleliśmy, że nasze podróże w hard-seatach skończyły się, ale myliliśmy się. Jedziemy z Nong Khai do Bangkoku trzecią klasą. Siedzenia są jeszcze bardziej twarde niż w Chinach, ale na szczęście tutaj nie wzbudzamy takiego zainteresowania, a współpodróżni wrzucają śmieci do kosza, a nie na podłogę.

Bangkok to fascynujące miasto. Pałace i świątynie stoją tu obok nowoczesnych budynków, a ulice, na których w nocy pracują Tajki, o świcie stają się miejscem zbierania jałmużny przez mnichów. Okolice Khaosan Road w dzielnicy Banglamphu to miejsce opanowane w całości przez turystów. Hotele, uliczne restauracje i puby, w których wyświetlane są filmy, przyciągają turystów z całego świata.

Ulica pełna jest tanich i bardzo dobrze podrobionych ubrań, plecaków, zegarków i innych przydatnych dla backpackersa rzeczy. Bez problemów można w kilka godzin wyrobić sobie dowód tożsamości z każdego zakątka świata.. "Kupujemy wszystko" – ta wywieszka wisi tu na każdym kroku. Wiele osób sprzedaje tu swoje (albo kradzione) rzeczy, aby mieć pieniądze na bilet powrotny do domu. Bangkok bowiem to najtańsze na świecie miejsce do kupna biletów lotniczych.

Myanmar (Birma)

Przy wjeździe na podstawie wizy do Myanmar obowiązkowo trzeba wymienić 200$ dolarów na bony. Takie wymagania znacznie utrudniają możliwość taniego podróżowania. Jednak w trzech miejscach na granicy tajsko-birmańskiej można otrzymać pozwolenie na jednodniowy pobyt w Birmie. Bez wizy i bez obowiązku wymiany waluty. Długo zastanawiałem się, czy warto tu przyjechać tylko na kilka godzin. Po pierwsze koszty: 5$ za wizę birmańską i 10$ za powrót do Tajlandii, po drugie Aung San Suu Kyi – lider opozycji i laureatka pokojowej nagrody Nobla wezwała turystów do bojkotu rządzącej junty i zaprzestania przyjazdów do Myanmar.

Decydował za mnie los, gdyż na dworcu w Bangkoku jedynym dostępnym pociągiem był ten jadący tuż pod granicę z Birmą – do Chumphon. Stamtąd dotarłem do Ranong. W Ranong trzeba się zgłosić do urzędu imigracyjnego po pieczątkę wyjazdową z Tajlandii. Tam spędziłem godzinę na targowaniu się o cenę łódki. 150 bahtów w jedną stronę to zdecydowanie za dużo. Na szczęście zainteresowali się mną policjanci i wskazali miejsce gdzie mogę znaleźć coś tańszego.

Victoria Point

Victoria Point to najbardziej na południe wysunięte miasto lądowej części Birmy. Morze Andamańskie wdziera się tutaj między Victoria Point a Ranong. Na mapie wygląda to niewinnie, ale w rzeczywistości przeprawa łodzi podniosła mój poziom adrenaliny. Łódka, która była niestabilna i podtopiona, nabierała dodatkowo wody z rzęsistego deszczu i rozbryzgujących się o dziób fal. Właściciel łodzi sterował, a ja z autochtonem na wyścigi wybieraliśmy wodę.

Granice z niedalekiej przeszłości kojarzą nam się z ogromnymi strażnicami, drutami kolczastymi, mnóstwem świateł, szlabanami. W Kaw Thaung (Victoria Point) posterunek straży granicznej to mały budynek na palach w zacisznej zatoczce. Wewnątrz, z każdej ściany surowo patrzy na mnie generał Tan Swe, szef reżimu wojskowego. Ale jego podwładny inkasuje ode mnie 5 baksów z jak najszczerszym uśmiechem.

Birma jest nazywana Krajem Złotych Pagód. Dwie z nich (pozłacane) wznoszą się nad Victoria Point. Zwiedziłem obie. Zero turystów!

Na stołach przed domami stoi czerwonawy płyn w butelkach. Chciałem się dowiedzieć co to za napój. W tym samym momencie podjechał motocyklista i wlewa zawartość butelki do baku. Tak tutaj wygląda stacja benzynowa. Z płynu zrezygnowałem, ale kupiłem za to kiść bananów za równowartość 30 groszy. I tak pewnie przepłaciłem, bo miałem tylko tajlandzkie bahty.

Minąłem szkołę, w której setka dzieciaków w jednakowych mundurkach z zaciekawieniem słucha starszego człowieka. Do miasta przyjechała objazdowa biblioteka!

Do miasta wróciłem taksówką. Na motorze. Wysiadłem przed nabrzeżem. Akurat trafiłem w zaułek zamieszkany przez katolików. Są zdziwieni, że można mieć trzyosobową rodzinę. Ich rodzina mieszka w jednym domu i liczy 16 osób. Twarze mają wysmarowane proszkiem tanaka, który chroni skórę przed słońcem. Mówi językiem pashu, który jest mieszanką tajskiego, birmańskiego i malajskiego. Urocze dziewczyny, które tam poznałem zaprowadziły mnie do domu swego dziadka. Powitał mnie dostojny, siwowłosy mężczyzna. Opowiadał mi o założeniu miasta, o szpiegach i szmuglerach, o dzisiejszej opozycji, o tym jak się żyło za czasów brytyjskich rządów. Jak żyje się teraz mogę zobaczyć. Birmańczycy są bardzo biedni, ale niezmiernie przyjaźni. Tutaj znalazłem to, czego szukałem w Laosie. Biały człowiek jest partnerem do rozmowy, obiektem zainteresowania, a nie tylko bogatym turysta, od którego można wyciągnąć pieniądze.

Można zauważyć zależność: im bardziej reżim ogranicza prawa swoich obywateli, tym bardziej ludzie w tych krajach są otwarci i przyjaźni dla obcokrajowców.

Przed odpłynięciem chciałem odebrać swój paszport. Nie było to łatwe. Musiałem wrócić z właścicielem łódki, który wziął na siebie odpowiedzialność, że nie zostanę w Myanmar na dłużej.

Kota Bharu – Malezja

Już sama nazwa Kota Bharu jest intrygująca. Miasto okazało się równie fascynujące. Równie dobrze Kota Bharu mogłoby znajdować się gdzieś na Bliskim Wschodzie. W centrum miasta ogromny targ, gdzie zapachy przypraw mieszają się z zapachami mięsa, ryb i ludzkiego potu. Tuż obok targ z jedzeniem, który zamykany jest na czas wieczornej modlitwy. Ludzie, jedzący rękoma ryż z mięsem, siadają przy tych samych stołach co klienci McDonalds’a. W okolicznych sklepach z ubraniami kobiety zakryte od stóp do głów przebierają wśród markowych dżinsów i bluzeczek. A nad tym wszystkim czuwają władcy: sułtan i partia islamskich fundamentalistów.

{mospagebreak title=Singapur}

Singapur

Idę wąska ścieżką wśród gęstej, tropikalnej dżungli. Zza zakrętu wychodzi tygrys i patrzy na mnie błyszczącymi oczyma. Na szczęście miedzy nami jest kuloodporna szyba. Jestem na nocnym safari w singapurskim ZOO.

Grzywna dla każdego!!!

Singapur! Miasto Lwa. Jestem u celu podróży. Przed przyjazdem tutaj myślałem, że w tym kraju stoi wieżowiec na wieżowcu. Jest tu jednak mnóstwo parków i zieleni, a w samym centrum miasta znajduje się boisko do krykieta. Pierwsze co się rzuca w oczy po przybyciu, to ład i porządek, czyli coś przeciwnego niż w innych krajach południowo- wschodniej Azji.

Zdziwienie z tak zastanego stanu rzeczy mija po zaznajomieniu się z "taryfami" za śmiecenie. Najpierw jest to 250 USD, a recydywa to kolektywna praca na ulicy w kolorowych kamizelkach. Są też kary za jedzenie i picie w autobusach, za przewożenie durianów (śmierdzą okropnie!), za przekraczanie ulicy w miejscu niedozwolonym. Jednak gdy wywieszki informują tylko: "Proszę ustąp miejsca wychodzącym z wagonu" i nie przewidują żadnej kary, to ładu i porządku brakuje. Górę bierze chiński instynkt i żądza jak najszybszego dostania się do metra.

Przepisy w tym kraju to świętość, więc tanie hoteliki na Bencoolen Street, które nie miały schodów ewakuacyjnych zostały zamknięte. Wolny rynek działa tu jak mało gdzie na świecie, więc ceny noclegów w innych "guesthousach" poszły w górę. Po długim szukaniu stałem się szczęśliwym użytkownikiem łóżka na korytarzu za 7 USD.

Handel, czyli to na czym wyrósł Singapur

W każdym oknie w mieście wisi flaga narodowa. Singapurczycy świętują 36. rocznicę ogłoszenia niepodległości. Jest to okazja do manifestowania patriotyzmu, a dla handlowców szansa na zwiększenie obrotów poprzez udzielania specjalnych "niepodległościowych" upustów. W Suntec City, ogromnym centrum handlowym, istne szaleństwo zakupów. Do bankomatów ustawiają się kilkunastoosobowe kolejki.

Zmęczeni zakupami mogą podziwiać show przy największej na świecie fontannie. Na tle rozpryskiwanej wody wyświetlane s laserowe napisy zapewniające o dozgonnej miłości pana X do pani Y. I to samo przez dwie godziny, tyle że imiona się zmieniają. Całość sprawia kiczowate wrażenie, ale Singapurczycy są z tego dumni. Małą wioskę rybacką, do której w 1818 roku przybył Thomas Raffles, przekształcili w jedno z najbogatszych państw świata.

Różnorodność religii i narodów

70% mieszkańców Singapuru to Chińczycy. Pozostali to głównie Hindusi, Malezyjczycy i Anglicy. Prawdziwe wyobrażenie o bogactwie kultur i narodów, które tutaj żyją, daje spacer po Waterloo Street. Przechodząc mija się świątynie buddyjską, hinduską, żydowską i katolicką. W pobliżu jest meczet, kościół armeński, protestancki, metodystów, kantoński oraz świątynie – konfucjańska i taoistyczna.

Dżungla i ZOO

Fascynujące w tym kraju jest to, że w przeciągu pół godziny z centrum finansowego można dotrzeć do prawdziwej dżungli. Rezerwat Bukit Timah to pozostałość po lesie tropikalnym, jaki kiedyś porastał całą wyspę. Na szczycie wzgórza leży kamień z wyrytymi współrzędnym geograficznymi. Jestem tylko 1° na północ od równika. Wśród plątaniny ścieżek napotykam najbardziej zabawny, ale zarazem najsurowszy zakaz jaki tu widziałem. Za dokarmianie małp trzeba zapłacić około 5.000 USD.

Alternatywą dla rezerwatu są tereny ogrodu zoologicznego. Uważane za przyjazne dla zwierząt ze względu na całkowity brak żelaznych płotów czy krat. Zwierzęta odgrodzone są od publiczności naturalnymi przeszkodami bądź szybami. Można tu zjeść lunch z orangutanem, nakarmić krokodyla i wziąć na ręce pytona. Oprócz tego słonie, foki, sowy, niedźwiedzie polarne i inne stworzenia prezentują swoje umiejętności. Większość zwierząt jest bardziej aktywna w nocy i gdy inne ogrody zamykają swoje bramy, ten singapurski daje możliwość przeżycia całkowicie nowej przygody. Miło jest przez szybę patrzeć w paszcze lwa albo już bez szyby stanąć twarzą w pysk "latającego psa", czyli nietoperza.

{mospagebreak title=Podsumowanie}

Podsumowanie

W ciągu 60 dni przebyliśmy z jednego krańca Azji na drugi. Od słupa symbolizującego granicę Europy i Azji przy linii kolei transsyberyjskiej po nabrzeża portowe Singapuru. Przemieszczaliśmy się śmierdzącymi pociągami najniższej klasy i luksusowymi autobusami. Korzystaliśmy też z riksz, tuk-tuków, wozów konnych, autobusów sypialnych, końskich grzbietów i własnych nóg.

Co nam się najbardziej podobało?

  • przejazd koleją transsyberyjską: po to żeby nie mieć żadnych obowiązków przez parę dni, by zobaczyć Bajkał i napatrzeć się na niekończące się brzozowe lasy
  • Mongolia z niezmierzonymi przestrzeniami stepów i pustyni
  • wędrówka po Wielkim Murze
  • spacer po szerokich alejach Pekinu
  • jazda na rowerze w Xi’an
  • wycieczka na koniach i treking pod Lodowy Szczyt w okolicach Songpanu
  • atmosfera, jedzenie i … odpoczynek od upałów w położonym ponad 2000 m. n.p.m. małym miasteczku Lijiang
  • łowienie ryb z kormoranami nad jeziorem Er Hai
  • przejazd przez dżunglę laotańską
  • spływ Mekongiem
  • laotański Vang Vieng z jaskiniami, motorami, dętkami
  • Ayuttthaya – dawna stolica Tajlandii
  • targ z jedzeniem w Kota Bharu
  • skyline Singapuru

Jeśli wymieniłem najlepsze momenty naszej podróży to wypada wspomnieć o tym, z czego nie byliśmy zachwyceni:

  • terakotowa armia koło Xi’an – szkoda, czasu i pieniędzy
  • jedzenie w Chinach; większość spotkanych przez nas podróżników zgadzała się z opinią, że chińskie restauracje na całym świecie są wyśmienite – z wyjątkiem Chin
  • znajomość angielskiego w Chinach; pytaliśmy taksówkarza czy zawiezie nas do Polski, "Yes!"

Generalnie podróżowaliśmy bez większych problemów. O dziwo, bilety na pociągi w Chinach kupowaliśmy z łatwością, pomimo pory deszczowej opadów było niewiele, a komary i inne robactwo nam nie dokuczało. Internet na całym trasie był łatwo dostępny. Za noclegi płaciliśmy od 0.5$ w małym miasteczku na północy Laosu do 7$ w Singapurze. Samolot powrotny z Bangkoku do Frankfurtu kosztował 235$. Myślę, że trasa, którą przebyliśmy jest optymalna do częściowego przynajmniej poznania Chin i państw Azji południowo-wschodniej.

Dwie osoby z naszej wyprawy musza wracać wcześniej do domów, a pozostała dwójka jedzie do Singapuru różnymi drogami, dlatego od tego momentu będę pisał (Kamil) raporty z mojej trasy. Porównamy komu żyło się wygodniej, cesarzom Chin w Zakazanym Mieście czy monarchom Tajlandii w Ayutthaya. Zasalutujemy żołnierzom terakotowej armii Qin Shi Huanga. Zadrzemy głowy do góry by zobaczyć najwyższy budynek na świecie Petronas Tower w Kuala Lumpur oraz siedmiotysięczniki w chińskiej prowincji Syczuan.
(więcej…)

listy polecające

środa, 29 Grudzień 2004

Czasem nie wystarczy wiza do danego kraju, by zalegalizować nasz pobyt. Niektóre kraje wymagają zgłoszenia się do ichniejszego biura imigracyjnego w celu uzyskania rejestracji lub innego rodzaju pozwolenia na pobyt. Nie mam tu na myśli przypadków, jeśli zostajemy na terytorium obcego kraju dłużej niż 3 miesiące. To normalna procedura. Jeśli dane państwo wymaga takiej rejestracji musimy się zgłosić w jednostce policji bądź biurze emigracyjnym zazwyczaj w ciągu 48-72 godzin od wjazdu do kraju.

Zdarzyło mi się jednak, że w Tadżykistanie kazano nam czekać na rejestrację ponad dwa tygodnie (podczas gdy moja wiza ważna była jedynie przez 14 dni). Wtedy 20 baksów zapłacone do biura podróży, że formalności załatwione zostają w godzinę. Za to w sąsiednim Kirgistanie załatwiliśmy wszystko samodzielnie, od ręki, za 2 dolary. Z kolei w Sudanie rejestracja to był swoisty rytuał. Kosztował mnie sporo (ok. 35 USD) i polegał na bezustannym przemieszczaniu się z kwestionariuszami poprzez wszystkie pokoje miejscowej policji.

(więcej…)

listy polecające

środa, 29 Grudzień 2004

Czasem nie wystarczy wiza do danego kraju, by zalegalizować nasz pobyt. Niektóre kraje wymagają zgłoszenia się do ichniejszego biura imigracyjnego w celu uzyskania rejestracji lub innego rodzaju pozwolenia na pobyt. Nie mam tu na myśli przypadków, jeśli zostajemy na terytorium obcego kraju dłużej niż 3 miesiące. To normalna procedura. Jeśli dane państwo wymaga takiej rejestracji musimy się zgłosić w jednostce policji bądź biurze emigracyjnym zazwyczaj w ciągu 48-72 godzin od wjazdu do kraju.

Zdarzyło mi się jednak, że w Tadżykistanie kazano nam czekać na rejestrację ponad dwa tygodnie (podczas gdy moja wiza ważna była jedynie przez 14 dni). Wtedy 20 baksów zapłacone do biura podróży, że formalności załatwione zostają w godzinę. Za to w sąsiednim Kirgistanie załatwiliśmy wszystko samodzielnie, od ręki, za 2 dolary. Z kolei w Sudanie rejestracja to był swoisty rytuał. Kosztował mnie sporo (ok. 35 USD) i polegał na bezustannym przemieszczaniu się z kwestionariuszami poprzez wszystkie pokoje miejscowej policji.

(więcej…)

wizy

środa, 29 Grudzień 2004

Wizy fajnie się prezentują w paszporcie. Niektóre mają fajne hologramy, inne zajebiste kolory, jeszcze inne to zwykłe pieczątki w stylu schronisk PTTK lub po prostu znaczki skarbowe. I uwaga, uwaga, ostatnio trendy są wizy elektroniczne, np. do Australii. Twój paszport się nie brudzi i wreszcie ma szanse przetrwać całe dziesięć lat.

W zależności od stopnia trudności wizy, pokusiłbym się o taką klasyfikację wiz:

  • Nie-do-otrzymania : np. do Arabii Saudyjskiej. Nie otrzymasz tam wizy o ile nie jesteś dyplomatą, muzułmaninem pielgrzymującym do Mekki bądź nie masz siostry syjamskiej, z którą mógłbyś jechać za pieniądze księcia na operację rozdzielenia.
  • Nie-dla-indywidualistów : np. do Korei Północnej lub Libii. Ci kolesie z kolei chronią swój know-how na szczęśliwy system. Generalnie można do nich wstąpić, ale tylko ze zorganizowaną wycieczką, która pokaże Ci jedynie słuszne miejsca za naprawdę słuszne pieniądze.
  • Nie-dla-gastarbeiterów : np. do USA, Kanady, Australii, Nowej Zelandii. Do takich placówek zawsze dymamy z trzęsawicą czy aby łaskawy konsul czy polski pracownik techniczny okaże się na tyle łaskawy by dopuścić nas do królestwa dobrobytu
  • Na podreperowanie budżetu : np. do Tajlandii. I tak nas wpuszczą. I to z pocałowaniem w tyłeczek, ale skoro chcemy do nich przyjechać to czemu nie mają nas skubnąć na parę dodatkowych dolarów.
  • Na granicy : np. do Turcji, Zambii, Kenii czy Tanzanii. Moje ulubione, bo tylko za nie płacisz, a nie musisz się ubiegać poprzez przestarzałe fotki na pożółkłych formularzach. Od wiz „na podreperowanie budżetu” różnią się tym, że można je dostać na każdej granicy nawet lądowej, a nie tylko na lotnisku.
  • Na Unię Europejską : np. do Gwatemali. To nowość. Wizy na podpuchę, żeby ściągnąć jak najwięcej dularów. Nagle Polak stał się bloody rich man!
  • Tranzytowe : wybawienie dla trampów. Jeśli Ci się nie powiedzie z normalną wizą zawsze możesz liczyć na tranzyt. Wtedy albo załatwiasz pobyt w stołecznym biurze albo pełnowartościową wizę w ościennym kraju.

Gdzie bez wiz?

Na szczęście lista krajów, do których Polacy wjeżdżają bez wiz raczej się wydłuża niż skraca (choć kurde szkoda WNP na pieczątkach AB). Stajemy się bogatsi, więc jesteśmy mile widziani w coraz większej liczbie krajów. Ponoć najlepiej być Kiwim, czyli obywatelem Nowej Zelandii, oni mogą wjeżdżać do największej liczby krajów bez wiz.

My Polacy jesteśmy na bieżąco informowani przez nasz MSZ o miejscach gdzie jedziemy bez załatwiania formalności

http://www.msz.gov.pl/start.php?page=1110800000

Jeśli jednak potrzebujemy wizy, informację o najbliższej placówce dyplomatycznej najlepiej znaleźć na http://www.embassyworld.com/ gdzie znajdziemy adresy większości ambasad i konsulatów na świecie.

(więcej…)

wizy

środa, 29 Grudzień 2004

Wizy fajnie się prezentują w paszporcie. Niektóre mają fajne hologramy, inne zajebiste kolory, jeszcze inne to zwykłe pieczątki w stylu schronisk PTTK lub po prostu znaczki skarbowe. I uwaga, uwaga, ostatnio trendy są wizy elektroniczne, np. do Australii. Twój paszport się nie brudzi i wreszcie ma szanse przetrwać całe dziesięć lat.

W zależności od stopnia trudności wizy, pokusiłbym się o taką klasyfikację wiz:

  • Nie-do-otrzymania : np. do Arabii Saudyjskiej. Nie otrzymasz tam wizy o ile nie jesteś dyplomatą, muzułmaninem pielgrzymującym do Mekki bądź nie masz siostry syjamskiej, z którą mógłbyś jechać za pieniądze księcia na operację rozdzielenia.
  • Nie-dla-indywidualistów : np. do Korei Północnej lub Libii. Ci kolesie z kolei chronią swój know-how na szczęśliwy system. Generalnie można do nich wstąpić, ale tylko ze zorganizowaną wycieczką, która pokaże Ci jedynie słuszne miejsca za naprawdę słuszne pieniądze.
  • Nie-dla-gastarbeiterów : np. do USA, Kanady, Australii, Nowej Zelandii. Do takich placówek zawsze dymamy z trzęsawicą czy aby łaskawy konsul czy polski pracownik techniczny okaże się na tyle łaskawy by dopuścić nas do królestwa dobrobytu
  • Na podreperowanie budżetu : np. do Tajlandii. I tak nas wpuszczą. I to z pocałowaniem w tyłeczek, ale skoro chcemy do nich przyjechać to czemu nie mają nas skubnąć na parę dodatkowych dolarów.
  • Na granicy : np. do Turcji, Zambii, Kenii czy Tanzanii. Moje ulubione, bo tylko za nie płacisz, a nie musisz się ubiegać poprzez przestarzałe fotki na pożółkłych formularzach. Od wiz „na podreperowanie budżetu” różnią się tym, że można je dostać na każdej granicy nawet lądowej, a nie tylko na lotnisku.
  • Na Unię Europejską : np. do Gwatemali. To nowość. Wizy na podpuchę, żeby ściągnąć jak najwięcej dularów. Nagle Polak stał się bloody rich man!
  • Tranzytowe : wybawienie dla trampów. Jeśli Ci się nie powiedzie z normalną wizą zawsze możesz liczyć na tranzyt. Wtedy albo załatwiasz pobyt w stołecznym biurze albo pełnowartościową wizę w ościennym kraju.

Gdzie bez wiz?

Na szczęście lista krajów, do których Polacy wjeżdżają bez wiz raczej się wydłuża niż skraca (choć kurde szkoda WNP na pieczątkach AB). Stajemy się bogatsi, więc jesteśmy mile widziani w coraz większej liczbie krajów. Ponoć najlepiej być Kiwim, czyli obywatelem Nowej Zelandii, oni mogą wjeżdżać do największej liczby krajów bez wiz.

My Polacy jesteśmy na bieżąco informowani przez nasz MSZ o miejscach gdzie jedziemy bez załatwiania formalności

http://www.msz.gov.pl/start.php?page=1110800000

Jeśli jednak potrzebujemy wizy, informację o najbliższej placówce dyplomatycznej najlepiej znaleźć na http://www.embassyworld.com/ gdzie znajdziemy adresy większości ambasad i konsulatów na świecie.

(więcej…)

LOI, czyli zaproszenia

środa, 29 Grudzień 2004

LOI znaczy letter of invitation, czyli po naszemu zaproszenie. Do niektórych krajów nie dostaniemy wizy, jeśli nie przedstawimy stosowanego zaproszenia otrzymanego od osoby fizycznej, kontrahenta biznesowego lub np. biura podróży.

Z mojego doświadczenia w podróżowaniu do krajów Azji Centralnej wynika, że zazwyczaj ludzie którzy decydują o polityce wizowej w danym kraju czerpią jednocześnie profity z usług świadczonych przez biura podróży. Wymaganie zaproszenia ma być kolejnym bodźcem, aby zmusić turystę do skorzystania z usług biura podróży. W ostateczności jednak można mu sprzedać sam LOI, czyli świstek papieru z paroma pieczątkami. Koszt takiego LOIa to od 20 do tylu USD ile gotów jest klient zapłacić.

(więcej…)

LOI, czyli zaproszenia

środa, 29 Grudzień 2004

LOI znaczy letter of invitation, czyli po naszemu zaproszenie. Do niektórych krajów nie dostaniemy wizy, jeśli nie przedstawimy stosowanego zaproszenia otrzymanego od osoby fizycznej, kontrahenta biznesowego lub np. biura podróży.

Z mojego doświadczenia w podróżowaniu do krajów Azji Centralnej wynika, że zazwyczaj ludzie którzy decydują o polityce wizowej w danym kraju czerpią jednocześnie profity z usług świadczonych przez biura podróży. Wymaganie zaproszenia ma być kolejnym bodźcem, aby zmusić turystę do skorzystania z usług biura podróży. W ostateczności jednak można mu sprzedać sam LOI, czyli świstek papieru z paroma pieczątkami. Koszt takiego LOIa to od 20 do tylu USD ile gotów jest klient zapłacić.

(więcej…)

rejestracja pobytu

środa, 29 Grudzień 2004

Czasem nie wystarczy wiza do danego kraju, by zalegalizować nasz pobyt. Niektóre kraje wymagają zgłoszenia się do ichniejszego biura imigracyjnego w celu uzyskania rejestracji lub innego rodzaju pozwolenia na pobyt. Nie mam tu na myśli przypadków, jeśli zostajemy na terytorium obcego kraju dłużej niż 3 miesiące. To normalna procedura. Jeśli dane państwo wymaga takiej rejestracji musimy się zgłosić w jednostce policji bądź biurze emigracyjnym zazwyczaj w ciągu 48-72 godzin od wjazdu do kraju.

Zdarzyło mi się jednak, że w Tadżykistanie kazano nam czekać na rejestrację ponad dwa tygodnie (podczas gdy moja wiza ważna była jedynie przez 14 dni). Wtedy 20 baksów zapłacone do biura podróży, że formalności załatwione zostają w godzinę. Za to w sąsiednim Kirgistanie załatwiliśmy wszystko samodzielnie, od ręki, za 2 dolary.

Z kolei w Sudanie rejestracja to był swoisty rytuał. Kosztował mnie sporo (ok. 35 USD) i polegał na bezustannym przemieszczaniu się z kwestionariuszami poprzez wszystkie pokoje miejscowej policji.

(więcej…)

rejestracja pobytu

środa, 29 Grudzień 2004

Czasem nie wystarczy wiza do danego kraju, by zalegalizować nasz pobyt. Niektóre kraje wymagają zgłoszenia się do ichniejszego biura imigracyjnego w celu uzyskania rejestracji lub innego rodzaju pozwolenia na pobyt. Nie mam tu na myśli przypadków, jeśli zostajemy na terytorium obcego kraju dłużej niż 3 miesiące. To normalna procedura. Jeśli dane państwo wymaga takiej rejestracji musimy się zgłosić w jednostce policji bądź biurze emigracyjnym zazwyczaj w ciągu 48-72 godzin od wjazdu do kraju.

Zdarzyło mi się jednak, że w Tadżykistanie kazano nam czekać na rejestrację ponad dwa tygodnie (podczas gdy moja wiza ważna była jedynie przez 14 dni). Wtedy 20 baksów zapłacone do biura podróży, że formalności załatwione zostają w godzinę. Za to w sąsiednim Kirgistanie załatwiliśmy wszystko samodzielnie, od ręki, za 2 dolary.

Z kolei w Sudanie rejestracja to był swoisty rytuał. Kosztował mnie sporo (ok. 35 USD) i polegał na bezustannym przemieszczaniu się z kwestionariuszami poprzez wszystkie pokoje miejscowej policji.

(więcej…)

glejt małżeński

środa, 29 Grudzień 2004

GLEJT MAŁŻEŃSKI

Ha to jest dobre. Są kraje, które wymagają od mieszanych par podróżujących na ich terytorium zaświadczenia o zawarciu związku małżeńskiego. Bez niego można zapomnieć np. o noclegu w jednym pokoju. Saudyjczycy nie wpuszczą na statek, który płynie tranzytem przez ich Jeddah par, które nie są małżeństwem.

(więcej…)